Najlepsze momenty w polityce, kiedy ktoś mówi na głos coś, co wszyscy widzą, ale niewielu ma odwagę nazwać. Tak było podczas wizyty JD Vance w Budapeszcie. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych powiedział wprost: wstrzymywanie miliardów euro przez Unię Europejską w czasie kampanii wyborczej wygląda jak polityczna presja na wyborców na Węgrzech.

Haniebne zagrywki, choć my to w Polsce też przerabialiśmy. Odblokujemy jak Tusk dojdzie do władzy- taka była narracja a on sam robił filmiki i plakaty z paletą na której leżały miliony euro, które później rozkradli. Na Węgrzech jest podobnie.

Kiedy w środku kampanii odbiera się państwu ogromne środki, które mają wpływ na gospodarkę, inwestycje i poziom życia ludzi, to nie jest już tylko spór prawny o „standardy”. To jest realna ingerencja w politykę. A może nawet próba zmiany władzy metodą finansowego nacisku.

Premier Viktor Orbán od miesięcy mówi o politycznej wojnie z Brukselą. Jego przeciwnicy twierdzą, że to tylko propaganda. Tyle że fakty są proste: pieniądze są zamrożone, a wybory odbywają się właśnie teraz.

Tymczasem sondaże pokazują wyjątkowo wyrównaną walkę. Opozycja momentami wyprzedza Fidesz, w innych badaniach przewaga rządu wraca. Różnice są niewielkie, kilka punktów procentowych. W praktyce oznacza to jedno: wynik wyborów może rozstrzygnąć się dosłownie na ostatniej prostej.

Dlatego słowa Vance’a wywołały w Europie taką nerwowość. Bo padło pytanie, którego w Brukseli nikt nie chce słyszeć. Czy to jeszcze spór o wartości, czy już próba wpływania na demokrację pieniędzmi?

A prawdziwą odpowiedź poznamy dopiero w niedziele.

Czy węgierskie społeczeństwo okaże się odporne na presję z zewnątrz?
Czy wyborcy zagłosują wbrew politycznym naciskom?

Czy może jednak finansowa dźwignia okaże się silniejsza niż suwerenność wyborcza?
Jutro zobaczymy. I będzie to bardzo ciekawa lekcja dla całej Europy,bo Polacy tego egzaminu w 2023 roku nie zdali i wybrali, to co wybrali?