Pod Polską znajduje się około 1,8 mln petadżuli energii w złożach węgla. Dla porządku: jeden petadżul to biliard dżuli, czyli około 278 gigawatogodzin energii elektrycznej.
Skala robi się czytelna dopiero przy porównaniach. Arabia Saudyjska dysponuje zasobami rzędu 2 mln petadżuli. Ten sam rząd wielkości. Norwegia, od której kupujemy gaz, ma około 17 razy mniej energii w swoich złożach.
A mimo to Polska w 2024 roku wydała około 112 miliardów złotych na import energii i paliw.
Za takie pieniądze można byłoby nie tylko zmodernizować całe górnictwo, ale jeszcze zbudować nowoczesny przemysł przetwarzania węgla. Zamiast tego Polakom od lat tłumaczy się, że to, na czym siedzą, nie jest już bogactwem.
Według nowej europejskiej ortodoksji klimatycznej węgiel stał się nagle „problemem”. Własne zasoby mają być obciążeniem, a nie fundamentem rozwoju.
Ciekawe, że ta filozofia obowiązuje głównie w Europie.
Stany Zjednoczone zwiększyły w ostatniej dekadzie produkcję gazu i ropy dzięki rewolucji łupkowej. Chiny budują kolejne elektrownie węglowe i są dziś największym producentem energii z węgla na świecie. Indie robią dokładnie to samo, bo wiedzą, że tania energia jest warunkiem rozwoju.
Europa natomiast postanowiła prowadzić eksperyment gospodarczy na własnym organizmie.
Efekt?
Niemcy wyłączyli elektrownie jądrowe, a potem zaczęli ratować system energetyczny powrotem do węgla i importem gazu. Jednocześnie sprzedają innym krajom ideologię, według której węgiel jest reliktem przeszłości.
Tymczasem technologia poszła dawno do przodu.
Podziemne zgazowanie węgla pozwala przekształcić go w metan, wodór i paliwa syntetyczne. Na tej technologii opiera się chemia paliwowa rozwijana od lat czterdziestych XX wieku.
W czasie II wojny światowej Niemcy produkowali w ten sposób paliwa dla swojej armii. Dziś podobne rozwiązania rozwijają Chiny, Australia i USA.
Z węgla można wytwarzać nie tylko energię, ale także amoniak, metanol, nawozy, paliwa lotnicze i całą gamę produktów chemicznych.
Polska mogłaby mieć z tego ogromny przemysł. Ale wybraliśmy inną drogę.
W 1998 roku, za rządu Jerzego Buzka, rozpoczęto wielką likwidację kopalń. Kolejne rządy ją kontynuowały. PiS przez osiem lat nie odwrócił tego kursu, choć miał pełnię władzy. Obecny rząd idzie jeszcze dalej i przeznacza około 9 miliardów złotych rocznie na zamykanie kopalń.
Nie na modernizację. Nie na nowe technologie.
Na likwidację.
W tym samym czasie miliardy euro pompowane są w OZE, które mają jedną zasadniczą wadę. Produkują energię wtedy, kiedy wieje i świeci.
Dlatego Niemcy, którzy najgłośniej głoszą zieloną transformację, muszą utrzymywać równolegle elektrownie węglowe i gazowe jako rezerwę systemu. To właśnie dlatego ich energia należy dziś do najdroższych w Europie.
Polska mogłaby pójść inną drogą.
Nowoczesne, zautomatyzowane kopalnie w Lubelskim Zagłębiu Węglowym, połączone z instalacjami zgazowania węgla i przemysłem chemicznym. Tania energia z własnych zasobów. Produkcja paliw syntetycznych. Silny przemysł chemiczny. To nie jest science fiction.
Dziś istnieją narzędzia analityczne, które pozwalają policzyć taki projekt niemal co do złotówki. Platformy optymalizacyjne używane przez Pentagon, systemy symulacji procesów przemysłowych, modele makroekonomiczne stosowane przez OECD i banki centralne.
Polska ma też coś jeszcze.
Ogromną bazę danych gospodarczch. GUS od dziesięcioleci zbiera tablice przepływów międzygałęziowych, bilanse surowcowe i struktury kosztów w setkach branż.
Na podstawie tych danych można dokładnie obliczyć:
przy jakiej skali wydobycia inwestycja się zwraca,
ile powstaje miejsc pracy,
jak zmienia się bilans handlowy państwa.
A jednak w Polityce Surowcowej Państwa z 2022 roku nie ma ani jednego takiego modelu. Ani jednej symulacji wariantowej. Ani rachunku zwrotu.
Strategia bez rachunku to nie strategia. To broszura.
Poważne państwa działają inaczej. W USA, Japonii, Korei Południowej czy Singapurze planowanie strategiczne opiera się na modelach i prognozach na 20–30 lat.
Polska ma zasoby, dane i technologię.
Nie ma tylko odwagi, żeby z nich skorzystać. A może raczej nie ma zgody, żeby to zrobić. Bo w europejskim porządku gospodarczym Polska ma być rynkiem zbytu i odbiorcą energii, nie jej producentem.
I dopóki będziemy w to wierzyć, będziemy siedzieć na jednym z największych zasobów energii w Europie… i płacić 112 miliardów złotych rocznie, żeby kupować ją od innych.

Zostaw komentarz