Pojechaliśmy do Fortu nr 52 „Borek” w Krakowie jak na jedną z tych niedzielnych wypraw, które mają być po prostu miłym spacerem z przyjaciółmi. Ot, trochę historii, trochę architektury, trochę świeżego powietrza. Nic, co by człowieka przygotowało na to, że wróci z głową pełną gotowego tematu. A jednak — miejsce samo w sobie jest ciekawe, ale jego prawdziwą siłę widać dopiero wtedy, gdy trafi się na ludzi, którzy potrafią je ożywić. Prof. Krzysztof Wielgus* i mgr inż. Arkadiusz Sordyl** nie oprowadzali nas po forcie, tylko wprowadzali w coś, co nazwałbym żywą tkanką pamięci. I w pewnym momencie poczułem, że za tymi murami stoi nie tylko austro‑węgierska cegła, ale historia, która domaga się, żeby ją wydobyć i opowiedzieć.

Im dłużej słuchałem, tym bardziej czułem, że Borek nie jest samotnym obiektem militarnym wyrwanym z kontekstu, tylko częścią większej opowieści. Fort 52 to jeden z elementów ogromnej, precyzyjnie zaprojektowanej machiny, którą kiedyś nazywano Twierdzą Kraków. Powstał w latach 1885–1886 jako dwuwałowy fort artyleryjski, mający pilnować południowego podejścia do miasta. I choć jego austro‑węgierscy budowniczowie dawno odeszli, sam obiekt nie zakończył życia wraz z końcem monarchii. Przez kolejne dekady zmieniał funkcje, właścicieli i przeznaczenia, jakby uparcie nie chciał stać się muzealnym eksponatem. Dopiero dziś, po latach rewitalizacji, wrócił do ludzi — jako miejsce kultury, edukacji i pamięci, które bardziej żyje, niż wygląda.

Borek nie jest też żadnym pojedynczym reliktem po dawnej armii, tylko fragmentem znacznie większego organizmu. Twierdza Kraków to nie muzealny eksponat rozłożony na mapie, ale sieć fortów, schronów, koszar, magazynów, dróg i dawnych instalacji wojskowych, które do dziś oplatają miasto jak ukryty system korzeni. Wielgus powtarzał, że nie chodzi o to, by wszędzie stawiać identyczne ekspozycje i powtarzać tę samą narrację. „To nie są kolejne muzea twierdzy Kraków. Każdy fort ma opowiadać inną historię” — mówił, a Borek zdawał się potwierdzać te słowa każdym swoim korytarzem. I może właśnie dlatego to miejsce tak działa: bo nie udaje, że jest czymś, czym nie jest, tylko szuka własnego głosu w tej wielkiej, rozgałęzionej opowieści.

To, co w Borku uderza najmocniej, to fakt, że ten fort naprawdę żyje. Nie jako muzealny eksponat, który ogląda się przez szybę, ale jako miejsce, do którego ludzie po prostu przychodzą — na zajęcia, na koncert, na spacer z dzieckiem. Działa tu Centrum Kultury Podgórza, jest Biblioteka Polskiej Piosenki, odbywają się spektakle, warsztaty, zwiedzania. I co najważniejsze: nie przychodzą tu wyłącznie miłośnicy militariów, ale zwykli mieszkańcy okolicznych osiedli, którzy traktują to miejsce jak swój dom kultury, a nie jak relikt po dawnych armiach.

A przecież jeszcze kilkanaście lat temu Borek wyglądał zupełnie inaczej. Opuszczony, zniszczony, w stanie, który bardziej przypominał zapomniany magazyn niż część miejskiego krajobrazu. Dopiero lata 2013–2022 przyniosły mu gruntowną rewitalizację, a od 30 lipca 2022 roku, kiedy przeszedł pod opiekę Centrum Kultury Podgórza, zaczął oddychać na nowo. Otoczenie udostępniono mieszkańcom jako park, a fort — zamiast straszyć — zaczął przyciągać. I to jest chyba najpiękniejsza przemiana: z miejsca obrony stał się miejscem spotkania, z militarnego bastionu — przestrzenią pokoju.

W pewnym momencie, między opowieściami o rewitalizacji a historią twierdzy, stanęliśmy przed modelem amerykańskiego bombowca B‑17G „Candie”. I to już nie był zwykły eksponat, który ogląda się z grzeczności. Ten samolot miał w sobie coś, co nagle ściągnęło całą wielką wojnę z map sztabowych prosto na ziemię, tutaj, do Borku. A może raczej — do Inwałdu, bo jego twórca, Arkadiusz Sordyl, pochodzi właśnie stamtąd, z moich stron. I nagle ta cała historia przestała być abstrakcyjną opowieścią o alianckich nalotach, a stała się czymś bardzo lokalnym, bardzo ludzkim.

Model nie był symboliczny ani „dla ozdoby”. To była rekonstrukcja dopracowana w każdym szczególe, od poszycia po karabiny maszynowe. A obok stał jej autor Arkadiusz Sordyl — człowiek, który po godzinach, w domowym warsztacie, przez kilkanaście miesięcy odtwarzał każdy element tej „Latającej Fortecy”. Jak sam mówił:

„Z historią tego samolotu zetknąłem się jeszcze podczas pracy dyplomowej na Politechnice Krakowskiej. Wtedy po raz pierwszy zgłębiałem temat i zbudowałem niewielki model B‑17G w skali 1:72, jako ilustrację do dyplomu. Przy okazji tamtego researchu trafiłem na wiele materiałów dotyczących lotu ‘Candie’, przede wszystkim dzięki opracowaniom prof. Krzysztofa Wielgusa i zespołu Szymona Serwatki z AMIAP — Aircraft Missing in Action Project. Model, który zrobiłem na studiach, okazał się na tyle udany, że zaproponowano mi wykonanie dużej rekonstrukcji. Nad tą wersją pracowałem kilkanaście miesięcy, po godzinach, w domowym warsztacie. Każdy panel poszycia, każda gondola silnika, każdy karabin maszynowy powstawał osobno na drukarce 3D. Starałem się odwzorować wszystkie detale jak najdokładniej. Jeśli zajrzy się do kokpitu, widać pełne wyposażenie kabiny pilotów. W silnikach również odtworzyłem praktycznie każdy element. Jestem z tego modelu naprawdę zadowolony.”    (A. Sordyl)

I wtedy zrozumiałem, że to nie jest tylko model samolotu, ale ślad konkretnego wydarzenia, które rozegrało się dokładnie tutaj, na tej ziemi. Dlatego dziś zajmę się właśnie tą jedną historią — losami „Candie” i sposobem, w jaki została upamiętniona. Do samej Twierdzy Kraków jeszcze wrócę, bo to temat na osobną gawędę, i to taką, która aż się prosi, żeby ją opowiedzieć.

I właśnie wtedy, kiedy człowiek już myśli, że to będzie po prostu kolejna ciekawa opowieść o forcie, pojawia się w niej nagle dzień, który wszystko wywraca. Bo sednem tej historii jest kontrast — taki, który trudno zignorować. Był 26 grudnia 1944 roku, drugi dzień Bożego Narodzenia, święto św. Szczepana. Dzień, który z natury powinien pachnieć domem, cichym obiadem, chwilą oddechu od wojennej codzienności. A tymczasem nad okupowanym Krakowem pojawił się ranny amerykański bombowiec. Huk, dym, ogień — cała groza wojny wdarła się w świąteczne popołudnie jak intruz, który nie zna ani kalendarza, ani ludzkich zwyczajów. Ten obraz jest tak mocny, że właściwie sam prowadzi dalej opowieść.

Zanim jednak „Candie” pojawiła się nad Śląskiem, była po prostu jednym z setek nowych bombowców opuszczających hale produkcyjne Douglas Aircraft Company w Long Beach w Kalifornii. Ten egzemplarz — Boeing B‑17G Flying Fortress o numerze seryjnym 46337, z bloku produkcyjnego B‑17G‑50‑DL — dostarczono do USAAF 10 lipca 1944 roku. Najpierw trafił na Hunter Field, potem na Dow Field, a już 27 lipca został przydzielony do jednostki bojowej. To oznacza, że kiedy lądował przymusowo w Krakowie, miał zaledwie pięć i pół miesiąca służby. Maszyna niemal nowa, świeżo z fabryki, wciągnięta w wir wojny szybciej, niż zdążyła się „opatrzeć” własnej załodze. Należała do 352. Dywizjonu Bombowego 301. Grupy Bombowej 15. Armii Powietrznej, stacjonującej we włoskiej Lucerze — jednego z głównych punktów alianckich operacji nad Europą Środkową.

Maszyna, która lądowała przymusowo na przedpolu Fortu Borek, nie była przypadkowym gościem na krakowskim niebie. „Candie” leciała z Lucery w ramach czegoś znacznie większego niż zwykły lot bojowy. To był fragment alianckiej „Bitwy o paliwo” — systematycznego niszczenia niemieckiego przemysłu petrochemicznego, bez którego cała machina III Rzeszy traciła swoje zęby. Celem tamtego dnia były zakłady paliw syntetycznych w Blechhammer, dzisiejszej Blachowni Śląskiej, będącej częścią Kędzierzyna-Koźla — miejsce, gdzie z węgla robiono benzynę, a z benzyny możliwość prowadzenia wojny. Alianci dobrze wiedzieli, że jeśli uderzy się w paliwo, to uderza się w samo serce niemieckich możliwości bojowych. I właśnie dlatego „Candie” znalazła się nad Śląskiem, a potem — już ranna — nad Krakowem. Wielka strategia świata zderzyła się z lokalnym krajobrazem, jak to w historii bywa: nagle, gwałtownie i bez pytania o zgodę.

Warto tu zatrzymać się na chwilę, bo Blechhammer nie był żadnym przypadkowym punktem na mapie, który akurat wypadł w grafiku alianckich nalotów. To było jedno z kluczowych miejsc niemieckiej produkcji paliw syntetycznych — paliwa, bez którego armia III Rzeszy mogła co najwyżej maszerować pieszo. Niemcy nie mieli własnych zasobów ropy, więc zakłady takie jak Blachownia Śląska były dla nich strategicznym płucem. I właśnie dlatego aliancka kampania naftowa stała się jednym z najważniejszych elementów całej strategii bombardowań: RAF i USAAF uderzały w rafinerie, fabryki paliw syntetycznych, składy i całą infrastrukturę, która pozwalała Rzeszy prowadzić wojnę na pełnym regulatorze.

Tu warto przywołać słowa prof. Krzysztofa Wielgusa, który potrafi tę historię opowiedzieć tak, że nagle cała wielka strategia staje się czymś bardzo konkretnym:

„Proszę Państwa, Niemcy rozpoczynając II wojnę światową postanowili oszukać wszystkich — oszukać świat. Nie mając ropy, zaczęli wojnę na węglu, zwłaszcza na węglu śląskim i tym z Zagłębia Ruhry. Potem liczyli, że zdobędą paliwo płynne w Iranie, w Iraku, na Kaukazie, nad Morzem Kaspijskim. Na szczęście nie doszli ani tu, ani tu. Kiedy te rajdy się nie udały, zaczęli protezować brak ropy metodą syntetyczną — robić benzynę z węgla. I to nie w probówce, tylko na pełną skalę.

Największe zakłady? Leuna — Leuna‑Werke, Police — Hydrierwerke Pölitz, które w szczytowym momencie dawały 15–20% całej produkcji syntetycznej w III Rzeszy. Monowice — IG Farben, Auschwitz III‑Monowitz: planowano tam gigantyczną produkcję paliw i kauczuku, ale instalacje nigdy nie osiągnęły pełnej wydajności. I wreszcie Blechhammer — Blachownia Śląska i Kędzierzyn. To były jedne z najczęściej bombardowanych celów paliwowych, obok Polic.

I teraz proszę spojrzeć: w tych dwóch gablotach widzimy samolot zwiadu fotograficznego — P-38 Lightning — nad zakładami w Blachowni Śląskiej, a dalej model B-17. A pod nim — porzucone czołgi i ciężarówki. Dlaczego? Bo po pierwsze: wywiad krajowy***  rozpracował niemiecką produkcję benzyny syntetycznej metodą Friedricha Bergiusa. Alianci dostali informację: ogarnijcie się, Niemcy robią benzynę z węgla — i to nie w laboratorium, tylko na pełną skalę. Po drugie: zwiad lotniczy to potwierdził. Po trzecie: generał Dwight Eisenhower zdecydował, że wszystkie dzienne bombardowania amerykańskie po Normandii mają iść w niemiecki przemysł petrochemiczny. Zatem alianci w ramach operacji Pointblank — proszę zapamiętać tę nazwę — postanowili uderzyć właśnie w paliwo. Bo jak się odetnie paliwo, to cała machina wojny staje.

W lutym 1944 roku Niemcy produkowali 3,2 miliona ton paliwa syntetycznego rocznie. Po nalotach — praktycznie zero. Dzięki temu wojna w Europie skróciła się o trzy miesiące. Gdyby trwała do jesieni 1945 roku, mielibyśmy dwa grzyby atomowe w Europie.” (K.Wielgus)

To mocne słowa, ale dobrze oddają skalę stawki. Choć nie istnieje oficjalna, zatwierdzona lista celów atomowych dla Niemiec — tak jak dla Japonii — wiadomo, że takie rozważania pojawiały się w scenariuszach „co jeśli wojna potrwa dłużej”.

W tym sensie lot „Candie” był małym fragmentem ogromnej operacji, która mogła zmienić bieg historii. Bombowiec, który później osiadł pod Borkiem, brał udział w uderzeniu wymierzonym nie w fabrykę, lecz w samo serce niemieckiej zdolności prowadzenia wojny. I właśnie dlatego znalazł się tamtego dnia nad Śląskiem — a potem, już ranny, nad Krakowem.

Nad celem „Candie” została trafiona i to nie byle jak — dwa silniki przestały pracować, a to w przypadku B‑17 oznaczało jedno: powrót do włoskiej bazy stawał się marzeniem, nie planem. Porucznik Harry Owen Filer, dowódca maszyny, musiał podjąć decyzję szybko, bez komfortu długiego liczenia i bez złudzeń. Zamiast próbować wracać na południe, wybrał kierunek wschodni, w stronę terenów zajmowanych już przez Armię Czerwoną. Ryzykowne? Oczywiście. Ale w tamtej chwili była to chyba jedyna droga, która dawała załodze realną szansę przeżycia. Bombowiec, ciężki jak wyrzut sumienia i coraz bardziej bezbronny, zaczął więc powolny lot w stronę Krakowa — miasta, które wcale nie było celem, a jedynie przystankiem między życiem a śmiercią.

Kiedy „Candie” doleciała nad Kraków, dramat wcale się nie skończył. Wręcz przeciwnie — wszedł w swoją najbardziej niebezpieczną fazę. Uszkodzony bombowiec, który ledwo trzymał się w powietrzu, został ponownie ostrzelany: z niemieckiego Flakzugu stojącego na stacji w Płaszowie, a także z rejonu obozu jenieckiego w Borku Fałęckim. Maszyna leciała już nisko, ciężko, jakby szukała miejsca, gdzie mogłaby się położyć, zanim całkiem odmówi posłuszeństwa. Nad okupowanym miastem musiał to być widok jednocześnie niezwykły i przerażający — ogromny, ranny bombowiec sunący nad dachami, jakby walczył nie tylko z grawitacją, ale i z czasem, który kończył się szybciej niż paliwo.

Kulminacją całej tej opowieści jest lądowanie, które do dziś trudno sobie wyobrazić bez lekkiego dreszczu. „Candie” podeszła do ziemi bez wysuniętego podwozia, sunąc po przedpolu Fortu Borek jak ogromny, ranny ptak, który w ostatniej chwili znalazł miejsce, by opaść. Zatrzymała się zaledwie kilkadziesiąt metrów od głębokiej fosy — różnicy, która w tamtej chwili decydowała o życiu całej załogi. To był manewr graniczny, wykonany z precyzją i zimną krwią, jakiej nie da się nauczyć z podręczników. Można powiedzieć bez przesady, że porucznik Filer nie tyle posadził samolot, co wyrwał swoich ludzi śmierci, która już miała ich w garści.

A potem, kiedy samolot już leżał na ziemi i ucichł ostatni zgrzyt metalu, historia nagle odsłoniła swoją najbardziej ludzką twarz. Lotnicy, działając według procedur, zdążyli jeszcze zniszczyć mapy i celownik bombardierski, jakby chcieli odciąć ostatni ślad wojny, zanim ta dopadnie ich na ziemi. A zaraz potem zobaczyli ludzi z okolicznych domów, którzy przybiegli na miejsce katastrofy — z ciekawości, z niepokoju, może z odruchem pomocy. I w tych pierwszych minutach wydarzyło się coś, co zostaje w pamięci bardziej niż wszystkie raporty: amerykańscy lotnicy częstowali mieszkańców sucharami i czekoladą. Drobny gest, a jednak mocniejszy niż niejeden patetyczny opis. Bo pokazuje, że nawet pośrodku wojny, wśród dymu i strachu, człowiek potrafi na chwilę pozostać po prostu człowiekiem.

Wszyscy członkowie załogi „Candie” przeżyli lądowanie, choć ich losy potoczyły się dalej w sposób, którego nikt z nich nie planował. Na pokładzie było dziesięciu ludzi: pilot porucznik Harry O. Filer, drugi pilot ppor. Alfred J. Cryer, nawigator ppor. Gilbert T. Nesch, bombardier i operator przedniej wieży sierż. William E. Nassif, mechanik i strzelec górnej wieży sierż. Ernest M. Anticola, radiooperator i strzelec górnego karabinu maszynowego sierż. Earle J. Cochrane, dolny strzelec Edward A. Codo, boczni strzelcy Phillip Shlom i Franklin J. Elmen oraz tylny strzelec Patrick M. Hicks. Jeszcze zanim na miejsce dotarli Niemcy, lotnicy zdążyli zniszczyć mapy i celownik bombardierski — ostatni ślad swojej misji. Potem wszyscy trafili do niewoli.

Armia Krajowa przygotowywała ich odbicie, planowane na noc sylwestrową 1944 roku, ale akcja nie doszła do skutku. Niemcy wywieźli lotników wcześniej, do obozu dla alianckich załóg w Oberursel pod Frankfurtem. Tam doczekali końca wojny, co nadaje tej historii przynajmniej częściowo ocalający finał — bo w tej wojennej ruletce mogli skończyć znacznie gorzej.

A samolot? Tu zaczyna się osobna opowieść, bardziej tajemnicza niż losy jego załogi. „Candie” została rozmontowana i przewieziona na lotnisko Rakowice‑Czyżyny, a potem ślad się urywa. Jedna wersja mówi o zwykłym zezłomowaniu, inna — że maszynę wyremontowano i wcielono do niemieckiej jednostki specjalnej KG 200, gdzie miała służyć do przerzutu dywersantów za linię frontu. Jest nawet opowieść o B‑17 z niemieckimi oznaczeniami, zestrzelonej nad Holandią w marcu 1945 roku, o numerze podejrzanie bliskim „naszej” 44‑6337. Ta niepewność zostawia na końcu smugę tajemnicy, jakby samolot po raz drugi zniknął z pola widzenia historii — odleciał poza zasięg wzroku, zostawiając po sobie tylko domysły i kilka niepewnych tropów.

A skąd w ogóle wiadomo, jak wyglądała „Candie” po lądowaniu? Skąd te zdjęcia, które dziś pozwalają ustalić zarówno maszynę, jak i jej załogę? Otóż nie z żadnego wojskowego archiwum, tylko z odwagi ludzi, którzy w tamtym czasie mieli więcej determinacji niż rozsądku. Irena Marcinkowska, późniejsza Halicka, związana ze Zgrupowaniem „Żelbet” AK, zrobiła dokumentację niemal na oczach Niemców — tak po prostu, jakby fotografowanie rozbitego amerykańskiego bombowca w okupowanym mieście było czymś zwyczajnym. Niezależnie swoje ujęcia wykonał Krzysztof Trzebicki, który — jak głosi wieść — robił zdjęcia przez okular lornetki, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Dlatego te fotografie nie są tylko ilustracjami do wydarzenia. To są akty odwagi i pamięci, dzięki którym dziś wiemy, co naprawdę stało się pod Fortem Borek. Bez nich „Candie” mogłaby pozostać jedną z wielu wojennych opowieści, które rozpływają się w mglistych wspomnieniach. A tak — stoi przed nami konkret: samolot, miejsce, czas, ludzie. I to właśnie te zdjęcia sprawiają, że historia nie zniknęła, tylko przetrwała.

Po wojnie los „Candie” i jej załogi nie miał łatwego życia w oficjalnej narracji. Amerykańskie loty nad Polską nie pasowały do powojennego obrazu świata, więc temat bywał przemilczany, rozmywany, a czasem zwyczajnie przekręcany. Zdarzało się nawet, że mówiono o samolocie „kanadyjskim”, byle tylko nie przyznać, że nad okupowanym Krakowem lądował amerykański bombowiec. Dopiero późniejsze badania pozwoliły ustalić tożsamość maszyny, przebieg lotu i losy załogi — kawałek po kawałku, jakby ktoś odgruzowywał pamięć spod warstw powojennego milczenia.

I tu właśnie okazało się, jak wielką wagę mają fotografie wykonane tuż po katastrofie. Przetrwały, były jednoznaczne i nikt nie mógł podważyć ich rzetelności. To dzięki nim kłamstwo zostało obalone, a prawda — ta cicha, uparta prawda — mogła wreszcie wrócić na swoje miejsce.

Dzisiejsze upamiętnienie „Candie” ma w sobie coś niezwykle charakterystycznego: nie jest pomnikowe, nie stoi na cokole, nie wymusza powagi. Wręcz przeciwnie — wrasta w przestrzeń fortu tak naturalnie, jakby zawsze tu było. Jest roślinna sylweta bombowca w skali 1:1, która latem wygląda jak cień samolotu odciśnięty w trawie. Jest model wykonany przez Arkadiusza Sordyla, precyzyjny jak zegarmistrzowska robota i jednocześnie pełen pasji. Są wydarzenia lotnicze, są opowieści przewodników, są ludzie, którzy przychodzą tu z dziećmi, żeby pokazać im, że historia nie zawsze jest daleko.

W ten sposób ślad po awaryjnym lądowaniu wrósł w przestrzeń fortu i jego otoczenia. To nie jest pamięć sztywna, odświętna, odgrodzona barierką. To pamięć, która żyje w krajobrazie — w trawie, w ścieżkach, w rozmowach, w modelu stojącym w sali wystawowej. Pamięć, która nie tyle przypomina o wojnie, ile o tym, że nawet najbardziej dramatyczne wydarzenia mogą po latach stać się częścią miejsca, które dziś służy ludziom zupełnie inaczej.

Na zakończenie warto spojrzeć na tę historię przez pryzmat kontrastów, które przewijają się przez nią jak dwie równoległe linie. Z jednej strony mamy wielką strategię wojny o paliwo: bombowce startujące z włoskich baz, rafinerie na Śląsku, przemysł III Rzeszy, któremu trzeba było odciąć oddech. A z drugiej — świąteczny Kraków, drugi dzień Bożego Narodzenia, kilka minut grozy nad miastem, czekoladę rozdawaną dzieciom i fotografie robione ukradkiem, niemal na oczach Niemców.

A dziś? Dziś został po tym wszystkim zielony cień samolotu w parku, model wykonany z pasją przez człowieka z Inwałdu i pamięć ludzi, którzy nie chcą, by ta historia zgasła. Od wielkiej strategii do cichego śladu w krajobrazie — tak właśnie historia „Candie” wróciła na ziemię. I może dlatego tak porusza: bo pokazuje, że nawet największe wydarzenia świata ostatecznie osiadają w bardzo konkretnych miejscach, w trawie, w pamięci, w opowieściach, które ktoś musi opowiedzieć, żeby nie przepadły.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

PS. Ta opowieść powstała na kanwie narracji prof. Krzysztofa Wielgusa, którą miałem okazję usłyszeć podczas zwiedzania Fortu Borek. Wykorzystałem także informacje zawarte w książce Mateusza Drożdża Spacerem przez Twierdzę Kraków oraz materiały dostępne w serwisie https://twierdzakrakow.pl/.

Tych, którzy chcieliby zobaczyć nie tylko Fort nr 52, ale i inne obiekty Twierdzy Kraków w towarzystwie prof. Krzysztofa Wielgusa lub innych przewodników, zachęcam do kontaktu z Centrum Kultury Podgórza – Fort Borek: tel. 530 510 168, 12 202 07 42, e-mail: borek@ckpodgorza.pl

Przypisy:

\* Dr inż. arch. Krzysztof Wielgus, Profesor PK, to naukowiec z Katedry Architektury Krajobrazu Politechniki Krakowskiej, architekt i jeden z najwybitniejszych znawców architektury obronnej w Polsce. Od dziesięcioleci jest kluczową postacią w procesie ratowania i rewaloryzacji Twierdzy Kraków. Jako ekspert ICOMOS, członek SKOZK oraz laureat medalu „Cracoviae Merenti”, łączy rygor naukowy z nowoczesnym podejściem do adaptacji fortów.

W swojej działalności promuje filozofię fortu jako „żywej tkanki pamięci” – miejsca, które nie powinno być martwym skansenem, lecz przestrzenią służącą mieszkańcom jako centrum kultury czy park. Podkreśla, że każdy obiekt Twierdzy powinien opowiadać własną, unikalną historię, czego symbolem stała się wzorcowa rewitalizacja Fortu 52 „Borek”. Jako pionier badań nad zielenią forteczną, postrzega krakowskie fortyfikacje jako integralny element krajobrazu miasta, dbając o zachowanie ich unikalnych walorów przyrodniczych i historycznych epizodów, w tym także tych związanych z historią lotnictwa.

\** mgr inż. Arkadiusz Sordyl … Arkadiusz Sordyl – absolwent Politechniki Krakowskiej, modelarz i pasjonat historii lotnictwa, autor rekonstrukcji bombowca B-17G „Candie”, prezentowanej w Forcie 52 „Borek”. Z historią tej maszyny zetknął się jeszcze podczas pracy dyplomowej na Politechnice Krakowskiej. Od lat zajmuje się odtwarzaniem jej losów i materialnej postaci, łącząc precyzję techniczną z pasją badacza

\*** Operacja „Synteza”, prowadzona przez wywiad Armii Krajowej w ramach siatki „Lombard”, była jedną z najbardziej spektakularnych akcji polskiego podziemia, mających bezpośredni wpływ na alianckie naloty na fabrykę paliw syntetycznych w Policach (Hydrierwerke Pölitz). Po rozbiciu wcześniejszej siatki „Stragan” zadanie rozpracowania zakładu przejęła właśnie sieć „Lombard”. Jej celem było dostarczenie aliantom precyzyjnych planów technologicznych i architektonicznych instalacji, które produkowały m.in. paliwo lotnicze dla Luftwaffe i olej napędowy dla U‑Bootów.

Siatkę stworzył cichociemny Stefan Ignaszak, a pracami w terenie kierował Bernard Kaczmarek „Wrzos”. Kluczową rolę odegrał inżynier Franciszek Jendryczka, który — pracując w fabryce — wynosił tajne plany instalacji. Dzięki informacjom AK brytyjski wywiad lotniczy mógł zaplanować serię precyzyjnych nalotów w latach 1944–1945. W kulminacyjnym ataku, 13 stycznia 1945 roku, na fabrykę zrzucono 1600 bomb w ciągu zaledwie 14 minut. Ostatni, jedenasty nalot (8 marca 1945 r.) przeprowadził polski 300. Dywizjon Bombowy Ziemi Mazowieckiej, ostatecznie unieruchamiając zakłady.

Gestapo wpadło na trop konspiratorów po zniszczeniu fabryki. Większość uczestników operacji aresztowano i skazano na śmierć. Wyroki na głównych działaczach — m.in. Jendryczce i Sowińskim — wykonano w Berlinie 20 kwietnia 1945 roku, zaledwie kilkanaście dni przed końcem wojny.

Uwaga: operacja „Synteza” dotyczyła wyłącznie fabryki w Policach. Na Śląsku Armia Krajowa prowadziła rozpoznanie zakładów paliw syntetycznych (Blechhammer, Heydebreck, Odertal), ale działania te nie miały odrębnego kryptonimu i były realizowane przez lokalne komórki wywiadu AK.


Galeria:
Foto: Zbigniew Grzyb


Atak „Candy” na zakłady produkujące paliwo syntetyczne. Wizualizacja pierwszego modelu „Candy” autorstwa A. Sordyla.

Arkadiusz Sordyl przy wykonanym przez siebie modelu „Candy”.

Prof. Krzysztof Wielgus przy modelu „Candy”.