„Chcę, żeby za dziesięć lat Polska była w pierwszej trójce najbardziej wpływowych, najsilniejszych gospodarek Europy” — ogłosił na Impact’26 minister finansów i gospodarki Andrzej Domański.
Piękne. Naprawdę piękne. Człowiek słucha takich słów i od razu czuje, że bierze udział w czymś wielkim. W narodowej epopei gospodarczej. W marszu ku potędze. Niemal słychać fanfary, w tle husaria, drony, wykresy w PowerPoincie i obowiązkowe hasło o „innowacyjności”. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy obywatel — ten niewdzięczny typ — otworzy oczy i spojrzy na rzeczywistość.
Bo według nowej szkoły ekonomii droga do dobrobytu wiedzie najwyraźniej przez systematyczne osłabianie wszystkiego, co normalnie buduje siłę państwa. To trochę tak, jakby trener piłkarski oznajmił: „Za dekadę wygramy mundial. Dlatego od jutra likwidujemy treningi, zamykamy boiska i sprzedajemy buty napastnika”.
Szkolnictwo? Doskonale wiadomo, że przyszłość należy do narodów niewykształconych, zmęczonych i uczonych pod test. Inżynierowie, naukowcy, lekarze? Przereklamowane. Prawdziwa nowoczesność polega przecież na tym, żeby młody człowiek kończył szkołę z umiejętnością robienia prezentacji o dobrostanie emocjonalnym i z lękiem przed matematyką większym niż przed kredytem hipotecznym.
Służba zdrowia również zmierza ku europejskiej elicie — zapewne metodą selekcji naturalnej. Kolejki tak długie, że pacjent zdąży albo wyzdrowieć, albo przestać obciążać system. To bardzo nowatorskie podejście do finansów publicznych: najtańszy pacjent to przecież pacjent nieobsługiwany.
Gospodarka natomiast rozwija się zgodnie z najwyższymi standardami absurdu administracyjnego. Mały przedsiębiorca w Polsce nie prowadzi firmy. On codziennie bierze udział w escape roomie organizowanym przez państwo. Zagadki podatkowe, zmieniające się przepisy, kontrole, składki, opłaty i obowiązkowe cyfrowe rewolucje wdrażane w tempie pożaru. Jeśli ktoś po tym wszystkim jeszcze utrzyma biznes, powinien automatycznie dostawać profesurę z zarządzania kryzysowego.
Ale minister mówi o „pierwszej trójce Europy”. I tu trzeba przyznać — wizja jest odważna. Bardzo odważna. Tak odważna, że ociera się o fantastykę polityczną. Polska ma zostać gospodarczą potęgą, mimo że coraz więcej energii państwo poświęca nie na rozwój, lecz na produkowanie procedur, stanowisk, regulacji i konferencji o rozwoju.
To trochę jak budowanie Ferrari poprzez sukcesywne wykręcanie części silnika. Najpierw edukacja. Potem zdrowie. Następnie przedsiębiorczość. Na końcu zostanie sama karoseria i komunikat rzecznika: „Nigdy wcześniej nie byliśmy tak blisko motoryzacyjnego sukcesu”.
Być może jednak to my nie rozumiemy geniuszu tej strategii. Może istnieje jakaś tajna ekonomiczna teoria, według której kraj staje się mocarstwem dzięki zniechęcaniu ludzi do pracy, przedsiębiorców do inwestowania, lekarzy do leczenia, a młodych do pozostawania w kraju.
Jeśli tak, to rzeczywiście jesteśmy na dobrej drodze.
I to bardzo dobrej.
Zwłaszcza do tego, żeby za dziesięć lat nadal słuchać polityków opowiadających, jak wielką potęgą będziemy za kolejne dziesięć lat.
Zostaw komentarz