O zakupach, które i tak powinny zostać zrealizowane.

Ogłoszenie kolejnych umów w ramach programu Polska SAFE zostało przedstawione jako przełomowy krok wzmacniający bezpieczeństwo państwa i rozwój krajowego przemysłu obronnego. Lista kontraktów rzeczywiście robi wrażenie: systemy przeciwlotnicze SAN, moduły GLADIUS, bezzałogowce FLYEYE, amunicja krążąca WARMATE, hełmy, kamizelki kuloodporne, pojazdy rozpoznawcze KLESZCZ, ciężarówki Jelcz, środki kryptograficzne, wyposażenie logistyczne czy specjalistyczne rozwiązania inżynieryjne.

Problem polega jednak na tym, że po bliższym przyjrzeniu się tej liście trudno oprzeć się wrażeniu, że nie mamy do czynienia z finansowaniem nowych zdolności, lecz z próbą przedstawienia jako sukcesu czegoś, co od dawna powinno być realizowane w ramach zwykłego budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej.

Większość ogłoszonych projektów nie jest nowa. Nie są to programy stworzone specjalnie dzięki środkom SAFE. Są to przedsięwzięcia, które od lat funkcjonują w planach modernizacyjnych Sił Zbrojnych RP. FLYEYE od dawna znajduje się na wyposażeniu wojska. WARMATE jest produktem znanym zarówno w Polsce, jak i za granicą. GLADIUS został zakontraktowany już wcześniej. Jelcze od lat stanowią podstawę wojskowej logistyki. Hełmy, kamizelki kuloodporne czy środki kryptograficzne nie są nowymi kategoriami uzbrojenia, lecz elementami wyposażenia, które armia musi kupować regularnie niezależnie od istnienia jakiegokolwiek programu europejskiego.

Powstaje więc zasadnicze pytanie: czy środki pozyskane w ramach SAFE powinny finansować zakupy, które i tak były planowane?

Przez lata kolejne rządy przekonywały opinię publiczną, że Polska przeznacza rekordowe środki na obronność. Wydatki MON osiągnęły poziom niespotykany od dekad. Wprowadzono Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, uruchomiono wielomiliardowe programy zakupów czołgów, armatohaubic, samolotów i systemów przeciwlotniczych. Skoro państwo dysponuje tak ogromnymi środkami przeznaczonymi na wojsko, to naturalnym oczekiwaniem jest finansowanie podstawowych potrzeb armii właśnie z tych pieniędzy.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że środki SAFE stają się wygodnym sposobem na odciążenie budżetu krajowego. Zamiast przeznaczać własne fundusze na wyposażenie żołnierzy, logistykę czy rozwój istniejących programów bezzałogowych, część tych wydatków przenosi się do programu europejskiego. Formalnie wszystko się zgadza – wojsko otrzymuje potrzebny sprzęt. Politycznie również jest to korzystne – można ogłosić kolejną listę imponujących kontraktów. Jednak z punktu widzenia finansów publicznych warto zadać pytanie, czy nie dochodzi do zastępowania środków krajowych pieniędzmi, które powinny służyć budowaniu dodatkowych zdolności.

Istotą takich programów jak SAFE powinno być tworzenie czegoś ponad standardowy poziom modernizacji. Jeśli pojawiają się dodatkowe fundusze europejskie, powinny one umożliwiać realizację projektów, których bez tego wsparcia nie dałoby się przeprowadzić lub które zostałyby odłożone na wiele lat. W przeciwnym razie nie zwiększamy realnie potencjału obronnego państwa, lecz jedynie zmieniamy źródło finansowania tych samych zakupów.

Szczególnie dobrze widać to na przykładzie wyposażenia indywidualnego żołnierza. Zakup setek tysięcy hełmów i dziesiątek tysięcy kamizelek kuloodpornych jest oczywiście potrzebny. Trudno jednak uznać go za przedsięwzięcie nadzwyczajne. Państwo posiadające jedną z największych armii NATO w Europie powinno zapewniać takie wyposażenie w ramach własnego budżetu obronnego. To nie jest luksus ani eksperymentalna technologia. To absolutna podstawa funkcjonowania sił zbrojnych.

Podobnie wygląda sytuacja z pojazdami logistycznymi. Ciężarówki Jelcz stanowią kręgosłup transportowy Wojska Polskiego. Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby ich zakupu. Jednak właśnie dlatego powinny być one finansowane w sposób przewidywalny i długoterminowy z budżetu MON. Trudno uznać je za szczególny przykład wykorzystania wyjątkowych środków rozwojowych.

Nie oznacza to oczywiście, że same kontrakty są złe. Większość z nich wzmacnia polskie zdolności obronne, wspiera krajowy przemysł i zwiększa bezpieczeństwo państwa. Problem dotyczy nie tego, co jest kupowane, lecz tego, jak przedstawia się te zakupy opinii publicznej.

Rząd powinien uczciwie powiedzieć, że znaczna część tych programów była już wcześniej zaplanowana, a środki SAFE pozwalają jedynie przyspieszyć ich realizację lub ograniczyć obciążenie krajowego budżetu. Byłoby to stwierdzenie zgodne z rzeczywistością i nie umniejszałoby znaczenia samych kontraktów.

Bezpieczeństwo państwa wymaga bowiem nie tylko dużych wydatków, ale również przejrzystości. Obywatele mają prawo wiedzieć, które projekty są rzeczywiście nowymi zdolnościami powstałymi dzięki dodatkowym funduszom, a które stanowią kontynuację wcześniejszych planów modernizacyjnych. W przeciwnym razie łatwo stworzyć wrażenie wielkiego skoku jakościowego tam, gdzie w rzeczywistości mamy do czynienia z realizacją obowiązków, które armia i tak powinna wykonywać.

Polska potrzebuje silnego wojska. Potrzebuje także nowoczesnego przemysłu obronnego. Ale równie mocno potrzebuje uczciwej debaty o tym, co jest nową inwestycją, a co zwyczajnym finansowaniem zadań, które od dawna znajdują się na liście podstawowych obowiązków państwa.