Zabierzemy Zełeńskiemu Order Orła Białego. Albo nie zabierzemy, ale go postraszymy. Od razu wszyscy poczuliśmy przypływ dumy narodowej. A wszystko przez to, że Wołodymyr Zełeński nadał ukraińskiej jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”.

Nawet były polski ambasador w Kijowie Bartosz Cichocki poczuł się tym oburzony i oddał na znak protestu ukraiński order otrzymany „za zasługi” dla Ukrainy. Bo on się dowiedział z gazet, że Ukraina czci pamięć zbrodniarzy z Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wcześniej tego nie wiedział, chociaż był polskim ambasadorem w Kijowie. To skąd my bierzemy naszych ambasadorów?

Jeżeli o mnie chodzi – zawsze byłem dość ostrożny w kwestii relacji z Ukrainą. Nie dałem się unieść fali entuzjazmu. Dlatego nigdy nie dostałem ukraińskiego medalu. A teraz nie mam czego oddawać. Słabo to wygląda.

Jest nawet jeszcze gorzej, gdyż całą tę nagłą zmianę narracji wobec Ukrainy postrzegam jako zwykłą hucpę.

Po pierwsze – te nasze pretensje do władz ukraińskich przypominają mi użalanie się zdradzonej kochanki. Miałeś być wierny, a jesteś taki niewierny!

Po drugie, lepiej niech Ukraińcy chwalą zbrodniarzy otwarcie, niż mieliby to robić skrycie. Dzięki temu będziemy wiedzieć, z kim naprawdę mamy do czynienia.

Dlatego mam poczucie, że znowu jesteśmy wodzeni za nos. Gdyby to było szczere – zaczęlibyśmy od rozliczenia siebie, a nie od Ukraińców. Nie oni odpowiadają za naszą politykę wobec Ukrainy opartą na idei chciejstwa. My wam damy wszystko i chcielibyśmy, abyście nam byli za to wdzięczni.

Prawda jest taka, że pretensje możemy mieć wyłącznie do siebie. Oni idą swoją drogą i nie mamy na to żadnego wpływu. Za swoje błędy możemy rozliczać wyłącznie siebie. Bo wojna na Ukrainie skłoniła wielu ludzi w Polsce do bardzo brzydkich zachowań. A może raczej ujawniła tkwiące w nich złe skłonności?

Nie mówię tutaj oczywiście o zwykłym odruchu serca czy chęci niesienia pomocy ludziom pokrzywdzonym przez wojnę. To było zrozumiałe i bardzo piękne. Absolutnie nie mam też żadnych pretensji do tych, którzy uwierzyli w możliwość polsko-ukraińskiego pojednania i marzyli o odbudowie unii jagiellońskiej z Ukrainą. Każdy ma prawo do swoich poglądów. Na tym polega debata.

No właśnie, problem polega na tym, że tacy ludzie jak ja, którzy obawiali się, że tożsamość ukraińska jest zbudowana na antypolskich tradycjach – też mieli prawo wziąć udział w tej debacie. Ale zostaliśmy z niej wykluczeni.

Krytyczne opinie wobec polityki braterstwa i bezwarunkowego wspierania Ukrainy były blokowane i zwalczane szykanami i epitetami. Bo wojna na Ukrainie stała się pretekstem do stosowania autorytarnych metod w zwalczaniu niewygodnych poglądów.

Oto w jednej chwili tysiące ludzi przemieniło się w samozwańczych cenzorów, którzy hejtowali pamięć o zbrodni wołyńskiej i zmrozili debatę o polskiej polityce wschodniej oskarżeniami o uprawianie prorosyjskiej propagandy.

Nie robili tego wyłącznie anonimowi użytkownicy internetu, ale także ci, którzy uchodzili za największe autorytety w zakresie wolności słowa. To były często patriotyczne autorytety. Sam tego doświadczyłem na własnej skórze. To było szczególnie niesmaczne.

Okazało się bowiem, że każdy ma skłonność do usprawiedliwiania swojego najbardziej podłego postępowania, jeżeli uwierzył, że wszedł w posiadanie jedynej prawdy. Nie jest to wyłączna cecha komunistów.

A teraz obawiam się, że ci sami ludzie, którzy oskarżali, donosili, wykluczali, straszyli i kłamali w sprawie Ukrainy – zaczną się lansować poprzez demonstracyjne oddawanie ukraińskich odznaczeń. Na tej samej zasadzie, na jakiej stalinowscy komuniści przekształcili się nagle w liderów opozycji antykomunistycznej poprzez odrzucenie legitymacji partyjnej.