Ukraina nie idzie dziś w dobrym kierunku. Widać to w polityce historycznej, w stosunku do części własnej przeszłości, w wielu decyzjach elit i w zjawiskach społecznych, które budzą uzasadniony niepokój. Nie ma sensu tego pudrować ani udawać, że problemów nie ma.
Piszę to jako człowiek, który interesował się Ukrainą jeszcze wtedy, gdy większość Polaków niewiele o niej wiedziała. Przez lata nauczyłem się jednego: ten kraj potrafi zaskakiwać. Czasem pozytywnie, czasem negatywnie. Dlatego nie przesądzam, dokąd ostatecznie zmierza. Historia Ukrainy nie raz pokazała, że procesy, które wydają się nieuchronne, potrafią nagle zmienić kierunek.
Jest jednak jedna rzecz, o której nie wolno zapominać. Jakakolwiek Ukraina — nawet trudna, irytująca, popełniająca błędy i prowadząca politykę, z którą często się nie zgadzamy — jest dla Polski rozwiązaniem lepszym niż Ukraina podporządkowana Moskwie.
Można jednocześnie domagać się prawdy o zbrodniach na Polakach, krytykować kult sprawców ludobójstwa, sprzeciwiać się fałszowaniu historii i piętnować anty­polskie ekscesy. Ale nie wolno przy tym tracić z oczu szerszego obrazu. Rosja nie stała się mniej imperialna tylko dlatego, że zmieniły się nazwy państw i granic na mapie. Wciąż dąży do dominacji nad przestrzenią Europy Wschodniej i Środkowej, a podporządkowanie sobie Ukrainy byłoby dla niej ogromnym krokiem w tym kierunku.
Dlatego warto zachować jednocześnie pamięć i rozsądek. Nie idealizować Ukrainy. Nie przemilczać jej błędów. Nie rezygnować z własnej godności i własnej historii. Ale też nie ulegać złudzeniu, że zwycięstwo Moskwy nad Ukrainą byłoby dla Polski czymś korzystnym.
Polska racja stanu nie wymaga od nas ani ukrainofilii, ani ukrainofobii. Wymaga trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. A ta jest taka, że między Ukrainą, która bywa problemem, a Rosją, która od wieków stanowi zagrożenie, różnica jest zasadnicza. I warto o tym pamiętać nawet wtedy, gdy Ukraina daje nam wiele powodów do krytyki.