Jakubiak mówi to, co chyba każdy rozsądny człowiek zauważa: co innego zarządzać partią, a co innego rządzić państwem.

Kaczyński państwem rządzić nie potrafi. Jest mistrzem intryg i otacza się albo klakierami (np. Błaszczak), albo ludźmi do siebie podobnymi (Kurski). To prowadzi do stworzenia systemu zamkniętego na obiektywne, krytyczne głosy. Z kolei brak zdolności koalicyjnych i koncyliacyjnych mści się podwójnie: państwo wymaga długofalowej stabilności, kompromisów oraz budowania mostów instytucjonalnych, co stoi w sprzeczności z permanentnym stanem mobilizacji i szukania konfliktów. Kaczyński to po prostu sprawny politykier, a nie żaden geniusz.

Morawiecki i jego środowisko to już zupełnie inna para kaloszy.

Tu mamy pieśni o wielkich programach inwestycyjnych rozpisanych na słupki statystyczne oraz kreowanie nowoczesnej opowieści o polskiej gospodarce. Miałem wrażenie, że w relacjach zewnętrznych – zwłaszcza z instytucjami europejskimi – to środowisko stale próbowało balansować między twardą retoryką centrali partyjnej a potrzebą pragmatycznych kompromisów finansowych. Dlatego tak często wykpiwałem te sprzeczności, kiedy rządził PiS.

Dziś sporej liczbie wyborców tej formacji chyba powoli otwierają się oczy. Dla wielu osób przyznanie przed samym sobą, że popierany obóz polityczny zawiódł lub okazał się czymś zupełnie innym, niż zapowiadano, wymaga przełamania sporego oporu psychicznego – w końcu wiąże się to z rewizją własnych wyborów i politycznej tożsamości budowanej przez lata.

Oczywiście ci ludzie nie pójdą w najbliższych wyborach głosować na Tuska, ale przynajmniej jest szansa, że zracjonalizuje się dyskurs polityczny. Odrzucenie bezkrytycznego uwielbienia dla lidera otwiera przestrzeń do patrzenia władzy na ręce – niezależnie od tego, kto akurat rządzi. To krok ku normalizacji, w której obywatel przestaje być bezkrytycznym kibicem, a zaczyna być wymagającym recenzentem.

Kiedy opada emocjonalna mgła i kończy się bezwarunkowa lojalność, rośnie presja na całą klasę polityczną, by zaczęła rozmawiać o konkretach, gospodarce i usługach publicznych, a nie wyłącznie o ideologicznych wojnach tożsamościowych.

Być może Morawiecki jest jak Mefisto u Goethego, który – wiecznie zła pragnąc – wiecznie czyni dobro. On i jego środowisko, poruszając się w świecie bezwzględnej gry o władzę i cynicznego PR-u, realizując cele Kaczyńskiego, wprowadzali przecież mechanizmy, które w ostatecznym rozrachunku modernizowały państwo, budowały cyfrowe struktury i przyciągały kapitał. Chcieli sprawnie zarządzać narzędziami autorytarnej partii, a popchnęli modernizację gospodarki do przodu (choćby przez cyfryzację).

Zamiast romantycznego buntu czy ideowego zmagania dostajemy polityczny pragmatyzm, który – choć uwikłany w mroczniejsze meandry systemu – paradoksalnie wymusi (mam taką nadzieję) wyższy standard instytucjonalny, z którego skorzysta całe państwo, niezależnie od tego, kto akurat dzierży stery.