„To jest władza dewiantów. Ludzi, którzy już zupełnie nie mają żadnych zahamowań, kłamców, nieudaczników i leni” — powiedział Paweł Kukiz.
Brutalne? Tak. Politycznie niepoprawne? Oczywiście. Ale zamiast urządzać narodową debatę nad tym, czy Kukiz użył odpowiednio pachnących słów, warto zainteresować się tym, dlaczego takie słowa w ogóle padają.
Bo problemem Polski nie jest Kukiz i jego język. Problemem jest system, w którym obywatel raz na cztery lata dostaje kartkę, wrzuca ją do urny, a następnego dnia polityczna klasa zamyka drzwi i mówi: „Dziękujemy. Teraz my będziemy decydować w waszym imieniu”.
A potem zaczyna się festiwal demokracji przedstawicielskiej po polsku.
Stanowiska? My zdecydujemy.
Spółki? My obsadzimy.
Instytucje? My wybierzemy.
Ustawy? My napiszemy.
Podatki? My uchwalimy.
A obywatel?
Obywatel ma płacić, pracować i cierpliwie czekać na następne wybory.
I właśnie dlatego wraca temat, który Kukiz podnosi od lat: demokracja bezpośrednia.
Bo największym problemem polskiej polityki nie jest nawet to, która partia akurat siedzi przy kierownicy. Problemem jest samochód skonstruowany tak, że po wyborach kierowca może przez cztery lata udawać, że pasażerowie nie istnieją.
Zmieniają się garnitury. Zmieniają się logotypy. Zmieniają się prezesi. Każda nowa ekipa zapowiada „odpartyjnienie państwa”, po czym zaczyna od sprawdzenia, ile foteli zostało jeszcze do obsadzenia.
I wszyscy dziwią się później, że społeczeństwo ma polityki po dziurki w nosie.
Sprawa Szpitala Południowego jest znakomitym symbolem tej choroby. Audyt wykazał nieprawidłowości dotyczące grafików, Kacprzyk stracił kontrakt, skorygował 33 faktury i przekazał około pół miliona złotych, a prokuratura wszczęła śledztwa. Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć: samo śledztwo nie oznacza winy i na obecnym etapie nie wolno zastępować sądu politycznym wyrokiem.
Ale polityczne pytanie pozostaje:
Jak długo obywatele mają być jedynie publicznością oglądającą spektakl organizowany za ich własne pieniądze?
I tu zaczyna się rzecz znacznie ważniejsza niż nazwisko Kacprzyka.
POLSKA POTRZEBUJE WIĘCEJ OBYWATELA, A MNIEJ PARTYJNEGO DWORU
Wyobraźmy sobie państwo, w którym przy najważniejszych sprawach polityk nie mówi obywatelowi: „my wiemy lepiej”, lecz musi powiedzieć:
„Zapytajmy Polaków”.
Podniesienie wieku emerytalnego? Referendum.
Przekazywanie kolejnych kompetencji państwa instytucjom międzynarodowym? Referendum.
Fundamentalna zmiana systemu podatkowego? Obywatele powinni mieć możliwość wymuszenia głosowania.
Wielkie zmiany ustrojowe? Naród, a nie partyjne gabinety, powinien mieć realny głos.
A gdy odpowiednio duża grupa obywateli domaga się referendum, politycy nie powinni móc schować podpisów do sejmowej szuflady i powiedzieć społeczeństwu: „Dziękujemy za zainteresowanie demokracją”.
Bo cóż to za demokracja, w której suweren może poprosić swoich przedstawicieli o możliwość wypowiedzenia się, a przedstawiciele mogą odpowiedzieć suwerenowi: „Nie”?
To jest właśnie paradoks polskiej demokracji.
Konstytucja mówi, że władza zwierzchnia należy do Narodu. W praktyce Naród często przypomina właściciela firmy, któremu zarząd raz na cztery lata pozwala wybrać członków rady nadzorczej, a potem przez następne cztery lata nie wpuszcza go do własnego gabinetu.
I dlatego politycy różnych stron tak chętnie mówią o demokracji, ale znacznie mniej entuzjastycznie reagują na pomysł oddania obywatelom realnych narzędzi kontroli.
Bo demokracja jest wspaniała, dopóki oznacza:
„Głosujcie na nas”.
Robi się znacznie mniej wygodna, kiedy oznacza:
„Teraz my zagłosujemy nad waszą decyzją”.
Tu właśnie znajduje się sedno postulatu demokracji bezpośredniej. Nie chodzi o organizowanie referendum w sprawie koloru krawężnika. Chodzi o stworzenie mechanizmu, dzięki któremu w fundamentalnych sprawach państwa ostatnie słowo może należeć rzeczywiście do obywateli.
Bo może największym problemem naszego systemu nie jest to, że od czasu do czasu pojawia się jakiś Kacprzyk.
Może problemem jest to, że system zbyt często produkuje ludzi przekonanych, że państwo należy do nich.
Minister zaczyna uważać ministerstwo za swoje.
Partia — państwo za swoje.
Prezes — spółkę za swoją.
Urzędnik — urząd za swój.
A obywatel?
Obywatel dostaje numer sprawy.
I właśnie dlatego wypowiedź Kukiza warto czytać szerzej niż jako kolejną polityczną awanturę. Sam Kukiz mówił przecież w tej samej rozmowie o „państwie partyjnym” i o kolejnych władzach coraz bardziej odrywających się od obywateli.
I tutaj trafia w sedno problemu.
Nie wystarczy wymienić jednej partii na drugą, jeżeli mechanizm pozostaje ten sam. Nie wystarczy zmienić nazwisk na drzwiach gabinetów, jeśli obywatel nadal przez cztery lata może co najwyżej krzyczeć na telewizor.
Trzeba zmienić relację między państwem a obywatelem.
Referendum obywatelskie, którego po spełnieniu jasno określonych warunków politycy nie mogliby po prostu wyrzucić do kosza. Silniejsza inicjatywa obywatelska. Realna kontrola nad najważniejszymi decyzjami. Mechanizmy pozwalające społeczeństwu powiedzieć władzy:
STOP. TYM RAZEM DECYDUJEMY MY.
Bo politycy wszystkich barw powinni pamiętać jedną prostą rzecz:
Sejm nie jest właścicielem Polski.
Rząd nie jest właścicielem Polski.
Partie nie są właścicielami Polski.
Są jedynie czasowymi administratorami państwa.
A właścicielem politycznej suwerenności — zgodnie z samą Konstytucją — pozostaje Naród.
Może więc zamiast zastanawiać się, czy Kukiz powiedział za ostro, warto wreszcie zadać pytanie znacznie bardziej niewygodne:
DLACZEGO W PAŃSTWIE, W KTÓRYM PODOBNO RZĄDZI NARÓD, POLITYCY TAK RZADKO POZWALAJĄ MU NAPRAWDĘ DECYDOWAĆ?
Zostaw komentarz