W polityce bardzo łatwo jest wskazać winnego. Polityk. Lider. Partia. Nazwisko. Twarz z telewizji. To wygodne, bo człowiek lubi myśleć, że historia dzieje się gdzieś wysoko, ponad nim, w gabinetach i na konferencjach prasowych.
Tylko że prawda jest mniej komfortowa.
Politycy rzadko wyrastają z próżni. Najczęściej są lustrem swoich wyborców. Czasem lepszym, czasem gorszym, ale jednak lustrem. To społeczeństwo tworzy klimat, w którym jedni rosną do rangi mężów stanu, a inni stają się marnymi pato celebrytami.
I paradoksalnie bywa tak, że największym problemem polityka nie jest przeciwnik polityczny, lecz własny elektorat.
Bo elektorat potrafi wynieść człowieka bardzo wysoko, ale potrafi też go politycznie pociągnąć
na samo dno. Zwłaszcza wtedy, gdy zamiast myślenia pojawia się fanatyzm. Gdy polityka przestaje być sporem o państwo, a zaczyna przypominać religijny kult albo stadionową wojnę plemion.
Wtedy kończy się rozsądek.
Każda krytyka „naszych” staje się zdradą. Każde pytanie uznawane jest za atak. Każda wątpliwość za działalność wroga. I nagle wokół polityka pojawia się mur ludzi, którzy teoretycznie chcą go bronić, ale w praktyce odstraszają od niego normalnych obywateli.
Co gorsza, taki fanatyczny elektorat bardzo często zaczyna tworzyć własną rzeczywistość. Pojawiają się absurdalne teorie spiskowe, irracjonalne interpretacje faktów, opowieści oderwane od logiki i zdrowego rozsądku. Ludzie nie tylko hejtują przeciwników, ale zaczynają produkować fałszywy obraz świata, w którym wszystko da się wyjaśnić spiskiem, zdradą albo „ukrytym układem”. Im mniej dowodów, tym większa wiara. Emocje zastępują myślenie i rozum.
To zjawisko powtarza się wszędzie. Na prawicy, lewicy, w centrum. Historia polityki pełna jest liderów niszczonych nie tyle przez przeciwników, ile przez najbardziej radykalnych swoich wyznawców.
Bo fanatyczny elektorat zaczyna żyć własnym życiem. Nie słucha argumentów. Nie szuka prawdy. Szuka emocji i poczucia moralnej wyższości. W pewnym momencie bardziej potrzebuje wroga niż rozwiązania problemu.
I wtedy polityka przestaje być rozmową, a staje się wojną tożsamości.
Socjologowie od dawna zauważają, że tłum działa inaczej niż pojedynczy człowiek. Człowiek sam potrafi być rozsądny. Tłum często szuka prostych haseł, silnych emocji i poczucia przynależności. W grupie ludzie zaczynają mówić ostrzej, myśleć bardziej skrajnie i reagować bardziej agresywnie niż zrobiliby to indywidualnie.
Internet jeszcze to pogłębił.
Dziś polityczne plemiona żyją w swoich zamkniętych światach. Algorytmy karmią emocje. Największy zasięg zdobywa nie ten, kto myśli najgłębiej, lecz ten, kto najmocniej krzyczy. Rozsądek jest zbyt spokojny dla współczesnych mediów.
I może dlatego coraz częściej ludzie odwracają się nie od samego polityka, ale od atmosfery wokół niego. Od agresji jego zwolenników. Od pogardy wobec innych. Od tej dusznej pewności, że „my mamy rację absolutną”.
Bo normalny człowiek może zaakceptować różnicę poglądów. Trudniej mu zaakceptować fanatyzm.
Najbardziej dojrzali politycznie ludzie to nie ci, którzy bezrefleksyjnie klaszczą swoim liderom. Najcenniejsi są ci, którzy potrafią poprzeć, ale także skrytykować. Którzy nie robią z polityków świętych ani demonów. Rozumieją, że demokracja nie polega na oddawaniu rozumu partii.
W przeciwnym razie polityka zamienia się w coś bardzo niebezpiecznego: wielką emocjonalną sektę, w której najważniejsze staje się już nie dobro państwa, lecz nienawiść do drugiego plemienia.
A wtedy przegrywają wszyscy. Nawet ci, którzy chwilowo wygrywają wybory.