Wiktor Orbán, człowiek, który przez szesnaście lat uchodził za niezatapialnego, miażdżąco przegrał wybory. Przegrał w sposób, który zamyka całą epokę. Partia TISZA Pétera Magyara osiągnęła sukces porównywany jedynie z tym, który Orban osiągnął w 2010. Według danych podawanych po wyborach, przy niemal pełnym przeliczeniu głosów TISZA zdobyła ok. 53 proc. głosów listowych, Fidesz ok. 38-39 proc., a Mi Hazánk niecałe 6 proc. Prognoza mandatowa: TISZA ok. 138 miejsc w 199-osobowym parlamencie, Fidesz ok. 54-55, Mi Hazánk 6-7. Do większości konstytucyjnej potrzeba 133 mandatów. Magyar wziął więc nie tylko władzę. Dostał narzędzia do całkowitego demontażu systemu Orbána.
Frekwencja sięgnęła niemal 80 proc. To była mobilizacja przeciwko systemowi, nie rutynowa zmiana władzy. TISZA wygrała w Budapeszcie, ale ważniejsze jest co innego: przebiła się poza wielkomiejski rezerwat opozycji. W aglomeracji stolicy, w zachodnich regionach kraju, w miastach przemysłowych, wśród młodych, w miejscach dotąd kontrolowanych przez aparat Fideszu pojawiła się fala, której Orbán nie był w stanie zatrzymać. Lawina stała się ukoronowaniem procesu: zmęczenia Fideszem, kryzysu usług publicznych, korupcji, brudnej kampanii, wreszcie strachu władzy, której ruchy w ostatnim czasie były coraz bardziej nerwowe.
Dlaczego Orban przegrał?
1️⃣ System gospodarczy Fideszu okazał się mechanizmem bardziej propagandy niż budowy realnego dobrobytu
Mit Orbána przez lata opierał się na prostym obrazie: twardy przywódca, stabilne państwo, wzrost, praca, inwestycje, narodowy kapitalizm. Tyle, że zwykły Węgier nie żyje na co dzień z konferencji prasowych ministra Szijjártó o kolejnej fabryce baterii. Żyje wysokością pensji, cen żywności, czynszu, rachunków, jakością szpitala, stanem kolei i tego, ile zostaje mu w portfelu. A tutaj bilans jest bezlitosny.
W 2010 r., kiedy Orbán wracał do władzy, nominalny PKB na mieszkańca Węgier wynosił ok. 13,2 tys. dolarów. Polska była wtedy na podobnym poziomie, ok. 12,6 tys. dolarów. Rumunia była daleko z tyłu, ok. 8,3 tys. dolarów. W 2024 r., czyli w ostatnich pełnych danych Banku Światowego, Węgry miały ok. 23,3 tys. dolarów PKB na mieszkańca, Polska ok. 25,1 tys., Słowacja ok. 26 tys., Czechy ok. 31,8 tys., Rumunia ok. 20,1 tys.
Co to znaczy politycznie? Węgry nie uciekły regionowi. Przeciwnie: dały się dogonić i częściowo przegonić. Polska wyprzedziła je nominalnie. Rumunia, startująca z dużo niższego poziomu, skróciła dystans dramatycznie. Czechy pozostały wyraźnie bogatsze. Słowacja, mimo własnych problemów, też była wyżej.
Jeszcze gorzej wygląda konsumpcja. Eurostat mierzy tzw. actual individual consumption, czyli realny materialny poziom konsumpcji gospodarstw domowych w standardzie siły nabywczej. W 2024 r. Węgry były na samym dole Unii: 72-73 proc. średniej UE. Polska notowała ok. 84 proc., Czechy ok. 82 proc., Słowacja ok. 78 proc., Rumunia ok. 86 proc. W 2023 r. Węgry miały 70 proc., Polska 83 proc., Rumunia 86 proc., Czechy 81 proc. To nie jest detal tylko codzienne doświadczenie ludzi: Węgrzy patrzą na region i widzą, że inni żyją lepiej albo doganiają szybciej.
Do tego doszła inflacja. Węgry po pandemii i po szoku energetycznym miały jedną z najwyższych inflacji w UE. Szczyt inflacji zimą 2023 r. był blisko 26 proc. To zjadło mit stabilności. Państwo mogło mówić o suwerenności, ale portfel mówił Węgrom coś innego.
Orbán rozbudował model gospodarki jako wielkiej montowni. Niemieckie samochody, azjatyckie baterie, chińskie inwestycje, koreańskie zakłady, publiczne dopłaty, tania albo importowana siła robocza, specjalne traktowanie wybranych inwestorów. Audi w Győr, Mercedes w Kecskemét, BMW i CATL w Debreczynie, Samsung SDI w Göd, BYD w Szeged i Komárom. Na papierze wyglądało jak industrialna ofensywa. W praktyce Węgry stały się platformą produkcyjną obcych koncernów, bardzo głęboko uzależnioną od decyzji Berlina czy Pekinu i wahań koniunktury światowej. W porównaniu z Węgrami np. Polska posiada dużo bardziej zróżnicowaną gospodarkę, która dużo lepiej znosi kryzysy, co było widać zarówno po 2008 jak i 2020 roku.
Ręczne sterowanie ową gospodarką tylko pogłębiło problemy. Specjalne podatki, ceny regulowane, arbitralne decyzje, państwowe transfery do swoich, nacjonalizacje tam, gdzie trzeba było coś przejąć, prywatyzacje tam, gdzie trzeba oddać znajomym. Taki system przez chwilę może działać, bo daje władzy kontrolę. Długofalowo niszczy konkurencję, przewidywalność i zaufanie. A kiedy przychodzi kryzys, okazuje się, że nie ma prawdziwej odporności. Jest tylko administracyjna improwizacja.
I jest jeszcze Budapeszt kontra prowincja. Stolica i jej aglomeracja ciągną statystyki, przyciągają usługi, kapitał, młodych, uczelnie, kulturę. Prowincja wygląda często tak jak prowincja wyglądała w Polsce 20 lat temu. Prowincja widzi zamykane albo niedofinansowane szpitale, słaby transport, niskie płace, odpływ młodych. Widzi lokalnych baronów Fideszu i inwestycje, które niekoniecznie poprawiają codzienne życie mieszkańców. Orbán mówił o narodzie ale stworzył państwo, w którym ogromna część narodu czuła, że żyje na zapleczu cudzej fabryki.
2️⃣ System korupcyjno-oligarchiczny stał się zbyt widoczny
Każda długotrwała władza obrasta klientelą, natomiast zakres władzy jaką dostał Orban w 2010 roku i jak z niej bardzo szybko zaczął korzystać sprawiły, że jego system stał się radykalnie podatny na kolesiostwo i korupcję. Węgry spadły na dno Unii Europejskiej w indeksach korupcji Transparency International. W 2025 r. TI Hungary pisała, że kraj pozostaje najbardziej skorumpowanym państwem UE czwarty rok z rzędu, a systemowa korupcja jest związana z transferem publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni.
Symbolami systemu stali się ludzie tacy jak Lőrinc Mészáros, dawny znajomy Orbána z Felcsút, który wyrósł na jednego z najbogatszych ludzi kraju. Kariery biznesowe związane z Fideszem eksplodowały dzięki zamówieniom publicznym, przejęciom, koncesjom, funduszom, mediom, bankom, energetyce, budownictwu. Państwo przestało być arbitrem. Stało się dystrybutorem politycznych łupów.
Osobnym symbolem stała się sprawa prywatnego majątku samego Orbána. Formalnie premier od lat przedstawiał się jako polityk o skromnym majątku, z deklaracjami nieprzystającymi do fortun ludzi z jego najbliższego otoczenia. Ale wielu Węgrów nie wierzy już w ten obraz. W centrum podejrzeń znalazła się wielka wiejska posiadłość w Hatvanpuszta, formalnie związana z rodziną Orbána, przede wszystkim z jego ojcem Győzőm Orbánem. Oficjalnie to nie jest majątek premiera. Politycznie jednak stał się on symbolem pytania, które zadawali sobie wyborcy: czy człowiek, który przez lata kontrolował państwo, naprawdę nie korzystał prywatnie z systemu, który uczynił milionerami jego krewnych, przyjaciół i dawnych znajomych? Władza może odpowiadać papierami własności. Społeczeństwo patrzy na skalę, przepych, powiązania i pyta prościej: czy to jeszcze rodzinna posiadłość, czy już pomnik ukrytego majątku, którego nie mógł dorobić się z premierowskiej pensji?
Najważniejsze było jednak to czego zaczęli doświadczać zwykli Węgrzy. Kariera bez Fideszu? Możliwa, ale trudniejsza. Biznes bez kontaktów? Możliwy, ale mniej bezpieczny. Samorząd bez układu? Możliwy, ale narażony na finansowe duszenie. Media bez państwowej reklamy? Możliwe, ale skazane na walkę o przeżycie. Uniwersytet, fundacja, instytut, muzeum, klub sportowy, lokalny wykonawca, kancelaria, firma budowlana – wszędzie system dawał sygnał: jesteś z nami albo masz ciężko lub jesteś całkowicie poza obiegiem.
TISZA wygrała także dlatego, że Péter Magyar był z wnętrza tego świata. Nie dało się go łatwo przedstawić jako „sorosowca”, „liberała z Brukseli” albo człowieka nieznającego mechanizmów państwa. On znał te mechanizmy. I mówił Węgrom: ja wiem, jak to działa. W państwie zbudowanym na lojalności insajder, który zdradza sekrety systemu, jest groźniejszy niż dziesięciu klasycznych opozycjonistów.
3️⃣Propaganda była potężna, ale przestała być wszechmocna
Orbán przez lata budował dominację medialną metodycznie. Najpierw regulacje. Potem rynek reklam. Potem publiczne media. Potem prywatne przejęcia. W końcu KESMA, czyli wielka fundacja skupiająca setki prorządowych mediów oddanych przez zaprzyjaźnionych właścicieli. Do tego MTVA, państwowy przekaz, lokalne gazety, portale, radia, telewizje, influencerzy, kampanie billboardowe, wojna informacyjna.
Metoda była prosta: przeciwnika nie krytykować, tylko zdehumanizować politycznie. Raz był agentem Sorosa. Raz marionetką Brukseli. Raz człowiekiem Gyurcsánya. Raz „partią wojny”. Raz zdrajcą na rzecz Ukrainy, Zachodu, globalistów, migrantów – wszystko zależało od tego, czego akurat wymagała kampania. W 2026 r. Fidesz próbował znów zrobić z wyborów plebiscyt: Orbán albo wojna. TISZA równa się wysłanie Węgrów na front. Orbán albo chaos.
Na ostatniej prostej kampanii Orbán próbował grać bezpieczeństwem narodowym także przez sprawę gazociągu biegnącego przez Serbię. Po informacji o znalezieniu materiałów wybuchowych w pobliżu Balkan Stream, czyli nitki transportującej rosyjski gaz przez Bałkany do Węgier, Orbán zwołał Radę Obrony i pojechał na granicę. Władza zaczęła sugerować ukraiński trop, choć bez twardych dowodów. Lider opozycji Péter Magyar mówił o możliwej operacji fałszywej flagi i próbie zastraszenia wyborców.
Najciekawsze było zachowanie prezydenta Serbii Aleksandara Vučicia. Dotychczasowy przyjaciel Orbána poinformował o sprawie, ale nie poszedł do końca w kampanijną narrację Budapesztu. Serbowie mówili o śledztwie, o „pewnych śladach”, ale nie chcieli przesądzać winnych przed wyborami. Vučić odrzucał związek sprawy z wyborami na Węgrzech, a jednocześnie odkładał szczegóły na później. Wyglądało to tak, jakby nawet on rozumiał, że Orbán jest blisko klęski i że nie warto w ostatnim tygodniu stawiać całego własnego autorytetu na jego propagandową kartę.
W 2022 Orban wygrał zdecydowanie m.in. dzięki temu, że przekonał Węgrów iż ochroni ich przed wojną, którą kilka tygodni wcześniej rozpętał Władimir Putin. Tym razem straszenie wojną już nie pomogło, wierzył w nie już tylko najtwardszy elektorat. Opozycja obeszła mur medialny przez internet i pracę bezpośrednią we terenie. Magyar jeździł po kraju, spotykał się z ludźmi, nagrywał, odpowiadał, tworzył poczucie ruchu. TISZA nie musiała wygrać w telewizji publicznej, bo zbudowała własny obieg. Social media, niezależne portale, spotkania w gminach wielkie demonstracje, lokalne struktury, młodzi ludzie.
4️⃣Sojusze z Trumpem i Netanjahu nie uratowały Orbána, tylko go obciążyły
Orbán przez lata inwestował w międzynarodówkę silnych ludzi: Trump, Netanjahu, Putin, Erdoğan, europejska prawica antybrukselska. W normalnych warunkach mogło to wyglądać jak sprytna gra. Orbán chciał być łącznikiem: między Waszyngtonem trumpowskim a Europą, między Izraelem a prawicą europejską, między Moskwą a Brukselą, między Berlinem a Pekinem. Tyle że polityka zagraniczna nie jest salonową układanką, kiedy świat płonie a Węgry na koniec dnia są tylko małym, europejskim krajem bez dostępu do morza, nieprzesadnie bogatym i słabo się rozwijającym. Mocarstwowe ambicje dyplomatyczne Orbana najpierw karmiły dumę narodową Węgrów, ale z czasem zaczęły być dla nich nużące, kiedy nie widzieli efektów w swoim codziennym życiu.
Jest tu jeszcze jeden wątek, szczególnie niewygodny. Orbán przez lata grał nutą anty-Sorosową. Atakował George’a Sorosa jako patrona kosmopolitycznej, proimigracyjnej, liberalnej agendy, jako symbol świata NGO-sów, otwartych granic, inżynierii społecznej i wpływów ponadnarodowego kapitału. Większość tej krytyki miała jak najbardziej realne uzasadnienie: Soros faktycznie finansował sieć instytucji ideowych i obywatelskich, które były przeciwieństwem świata Fideszu. Ale sposób prowadzenia tej kampanii był czymś więcej niż zwykłą polemiką polityczną. Orbán grał kodem, który na Węgrzech ma długą historię: postawą wobec Żydów zakotwiczoną w faktach historycznych, karmioną jeszcze pamięcią Węgierskiej Republiki Rad. Rola działaczy żydowskiego pochodzenia w tamtej rewolucji komunistycznej i późniejszej agendzie kosmopolitycznej w latach 90. dawała tu mocne podstawy. Fidesz najczęściej nie mówił tego wprost. Puszczał oko. Plakatem, aluzją, słowem „Soros”, figurą kosmopolity bez ojczyzny.
Wszyscy wiedzieli o co chodzi i to działało, do czasu. Między innymi właśnie dlatego obecny sojusz z Netanjahu zaczął wyglądać tak niespójnie. Z jednej strony propaganda latami żerowała na antykosmopolitycznym kodzie, który łączył się płynnie z antyżydowskim sentymentem. Z drugiej strony Orbán hołubił Netanjahu, nie egzekwował wobec niego zobowiązań wynikających z nakazu MTK, zapraszał izraelskich polityków. Ostatnio przyjmował w Budapeszcie Yaira Netanjahu, syna premiera Izraela, który na CPAC Hungary wychwalał Orbána i mówił, że Izrael nie ma lepszych przyjaciół w Europie. W chwili, gdy Izrael prowadzi w Gazie i na Bliskim Wschodzie politykę ludobójczą i popełnia coraz to nowe zbrodnie wojenne ta dwuznaczność stała się politycznie toksyczna. Orbán chciał jednocześnie korzystać z anty-Sorosowego resentymentu i pić z dzióbków z Netanjahu. Chciał grać przeciw kosmopolitycznym elitom, a zarazem osłaniać przywódcę państwa oskarżanego o najcięższe zbrodnie. To się nie dodało.
Trumpowskie poparcie, w sytuacji gdy prezydent USA coraz bardziej pogrąża się w oczach opinii publicznej, wywołując kolejną wielką wojnę na Bliskim Wschodzie, też nie pomogło. Wręcz przeciwnie: w oczach części Węgrów wzmacniało wrażenie, że Orbán jest bardziej elementem globalnego obozu politycznego niż przywódcą rozwiązującym ich codzienne problemy. Orban odmieniający przez wszystkie przypadki pokój objawił się jako najbliższy europejski sojusznik najbardziej agresywnych, wywołujących wojny przywódców; Netanyahu, Trumpa i Putina. Tego obrazu nie dało się utrzymać w spójności i wiarygodności.
5️⃣ Polityka wobec Rosji zaczęła wyglądać nie jak realizm, lecz wasalizm
Dosyć symbolicznym obrazem w całej tej historii upadku władzy Orbána jest to, że człowiek, który w 1989 r. wzywał Sowietów do opuszczenia Węgier, kończy swoją epokę jako polityk oskarżany o bycie najbliższym rzecznikiem rosyjskich interesów w UE. Jako polityk przeciwko któremu dziesiątki tysięcy Węgrów skandowało na wiecach w ostatnim czasie „Ruscy do domu!” – nawiązując do legendarnego powstania w 1956 roku.
Przez lata postawę Orbana można było to tłumaczyć pragmatyzmem. Gaz. Ropa. Elektrownia jądrowa w Paks. Geografia. Historia. Mniejszość węgierska na Zakarpaciu. Interesy. Ale po 2022 r. ta opowieść stawała się coraz bardziej naciągana. Rosja napadła na Ukrainę, a Budapeszt wciąż blokował, opóźniał, rozmywał, negocjował wyjątki, atakował Kijów, mówił językiem „pokoju”, który w praktyce oznaczał kalki z rosyjskiej propagandy. Węgry mogły zachowywać się wobec Ukrainy aserytwnie, co należałoby pochwalić, takiej asertywności brakowało i nieraz brakuje w polskim podejściu. Poszły jednak krok dalej i zaczęły zachowywać się agresywnie. To również było niespójne z „pokojową” retoryką premiera.
Potem przyszły doniesienia z ostatnich tygodni. Według „Washington Post” i Euronews minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó miał regularnie kontaktować się z Siergiejem Ławrowem przy okazji zamkniętych spotkań unijnych. Sam Szijjártó przyznał, że rozmawiał z Ławrowem przed i po spotkaniach Rady UE, tłumacząc to dyplomacją. Kolejne przecieki mówiły o briefowaniu Rosjan w sprawach unijnych i o rozmowach dotyczących sankcji. Komisja Europejska żądała wyjaśnień. Dla wielu Węgrów to już nie był „realizm”. To wyglądało jak donoszenie Moskwie z wnętrza europejskiego pokoju narad. Rząd Orbana nie określił tych doniesień jako jednoznacznie kłamliwych.
Dlatego tak mocno wybrzmiały okrzyki „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!” – powracające do wydarzeń z 1956 r. i 1989 r. Wczoraj wieczorem w Budapeszcie i wielu miejscach na Węgrzech tak właśnie skandowały olbrzymie tłumy. To było coś więcej niż slogan. To był symbol, że większość narodu węgierskiego odrzuciła prorosyjską dwuznaczność Orbána.
➡ Wobec Polski Orbán prowadził politykę cyniczną
Opowiedzieliśmy sobie w pięciu punktach dlaczego Organ stracił władzę. Teraz powiedzmy o jeszcze jednym – relacjach polsko-węgierskich. Przez lata słyszeliśmy od niego: Polak, Węgier, dwa bratanki. Braterstwo. Wspólna historia. Wspólna walka o Europę narodów. Smoleńsk. Lech Kaczyński. Centralna Europa chrześcijańska. Piękne gesty. Dobre przemówienia. Sentymenty. Polacy byli zachwyceni. Ale potem przychodziła praktyka.
Orbán wolał realnie układać się z Niemcami i Rosją niż budować z Polską podmiotowy blok regionalny. Polska była mu potrzebna jako osłona w UE, jako partner w sporach o migrację, jako symboliczne zaplecze „Europy narodów”. Ale w sprawach twardych – energia, przemysł, relacje z Moskwą, balans wobec Berlina – Budapeszt szedł zupełnie odrębną drogą. Zaczął mocno wchodzić w kurs kolizyjny z interesami Polski, mimo powtarzanych frazesów.
Orbán powiedział to zresztą otwarcie w 2018 r. podczas wystąpienia po spotkaniu z Recepem Erdoğanem: węgierska polityka zagraniczna musi szczególnie patrzeć na trzy stolice: Berlin, Moskwę i Ankarę. To mają być wielkie ośrodki, w których cieniu Węgry żyły przez wieki. Polski tam nie było. Była w retoryce. Nie w rdzeniu strategii. Mimo, że 2018 to przecież szczyt potęgi rządów PiS w Warszawie, teoretycznie bardzo zaprzyjaźnionych z Orbanem.
I właśnie dlatego polska prawica powinna wyciągnąć z Orbána lekcję, a nie pisać mu politycznych laurek. Można szanować troskę o Węgrów poza granicami. Można docenić język narodowej dumy. Ale nie wolno mylić sentymentu z sojuszem. Orbán był wobec Polski partnerem użytkowym. Braterstwo zostawiał na uroczystości. Strategię budował gdzie indziej.
➡ Trzy elementy, które zostaną po Orbánie
Nie ma sensu kończyć tego tekstu prostym aktem potępienia. Orbán przegrał, bo jego system zgnił, gospodarka rozczarowała, propaganda się zużyła, korupcja stała się zbyt jawna, a polityka wobec Moskwy zaczęła śmierdzieć wasalnością. Ale były w jego rządach elementy, które pozostaną trwałym, pozytywnym dziedzictwem.
Pierwszy to węgierska polityka „kresowa”. Orbán konsekwentnie pamiętał o Węgrach poza granicami: w Siedmiogrodzie, na Słowacji, w Serbii, na Zakarpaciu. Nadawanie obywatelstwa, symboliczne dowartościowanie, finansowanie instytucji, polityka pamięci, mówienie o narodzie ponad granicami państwa – to zostanie. Tego następcy Orbána łatwo nie odwrócą, zresztą wcale nie muszą chcieć; on prawdopobnie uczynił z tych spraw element węgierskiego konsensusu narodowego. Powinniśmy się w tym względzie od Węgrów jeszcze dużo nauczyć.
Drugi element to odbudzenie języka dumy narodowej i suwerenności. Orbán nauczył Węgrów mówić o sobie nie jak o peryferii, ale jako o narodzie z własną historią, interesem i godnością. To było ważne. Tyle, że mówił o suwerenności więcej, niż ją realnie budował. Państwo pozostało energetycznie uzależnione od Moskwy. Gospodarczo uzależniło się od niemieckich, chińskich i innych koncernów. W UE Orbán potrafił głośno krzyczeć o niepodległości, ale w faktycznych ruchach prawnych nigdy nie zanegował centralizacyjnej logiki Brukseli w sposób systemowy. Często blokował, targował się, wetował, wymuszał wyjątki. Ale nie pokusił się o żadną konkretną wizję alternatywnego ładu. Ona pozostała wyłącznie użytecznym hasłem. Tutaj zresztą widać niemal bliźniacze podobieństwo do polityki rządów PiSu nad Wisłą.
Trzeba też dopisać trzeci punkt: prawo rodzinne i symboliczny konserwatyzm. Orbán wprowadził do konstytucji definicję małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, akcentował ochronę rodziny, sprzeciw wobec ideologii gender, obronę dzieci przed radykalną rewolucją obyczajową. To były realne konserwatywne ruchy państwa. Tyle, że konserwatywną rewolucję na Węgrzech bardziej widać w przestrzeni publicznej niż w życiu społecznym. Społeczeństwo, mimo tych zmian prawnych i symbolicznych, nie przestało stawać się coraz bardziej liberalne pod względem kulturowym, choć zarazem coraz bardziej prawicowe politycznie.
Paradoks, ale tylko pozorny. Wynika on ze zmian kulturowych, cywilizacyjnych i z logiki komunikacji politycznej: ludzie mogą głosować prawicowo, bo chcą bezpieczeństwa, tożsamości i sprzeciwu wobec elit, ale jednocześnie w codziennych wyborach życiowych przesuwają się w stronę liberalnych norm. To jest osobna lekcja dla polskiej prawicy. Samo ustawodawstwo i sama propaganda nie odbudują konserwatywnego społeczeństwa, jeśli nie stoją za nimi żywe instytucje, rodziny, szkoły, Kościół, kultura i realna wspólnota.
Dlatego bilans jest paradoksalny. Orbán zostawi Węgrom mocne poczucie narodowe, choć nie zostawi zbyt silnego państwa. Zostawi politykę wobec Węgrów za granicą, ale zostawi też oligarchię. Zostawi dumę, ale i zależność. Zostawi mit suwerenności ale razem z politycznym rachunkiem za gaz z Rosji czy fabryką niemieckiego koncernu i kontraktem dla znajomego oligarchy.
Jest jeszcze jeden wniosek, bardzo ważny dla całej Europy. Lewica na Węgrzech właściwie zniknęła z parlamentu. Dawna opozycja liberalno-lewicowa została zmielona przez polaryzację i przez TISZĘ. Zwycięska siła nie jest żadną radykalną lewicą, tylko formacją centrową, a na tle europejskim nawet centroprawicową: proeuropejską, antykorupcyjną, ale ostrożną obyczajowo i narodowo wyczuloną. TISZA nie wygrałaby, gdyby forsowała radykalną agendę prounijną, obyczajową albo proukraińską. Wygrała, bo mówiła o państwie, cenach, szpitalach, korupcji, godności i końcu systemu.
Fidesz w opozycji będzie teraz musiał walczyć nie tylko z rządem Magyara, ale też z bardziej radykalną od siebie Mi Hazánk, która jako trzecia siła przetrwała walec polaryzacji. To oznacza, że po Orbánie Węgry nie skręciły w lewo. One ukarały skompromitowaną władzę dotychczasowej prawicy, wybierając inną, bardziej centrową i mniej zużytą odpowiedź. Parę lekcji dla Polski można z tego wyciągnąć.
Audycja dla tych, co wolą słuchać niż czytać.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz