Jeśli ktoś jeszcze wierzy, że polityka bywa zaskakująca, to najwyraźniej nie śledzi kariery Piotrka Węgra. Tu wszystko jest aż nazbyt przewidywalne: trochę Orbána, trochę teatru dla naiwnych i szczypta geopolitycznej konieczności.
No i proszę, mamy nową jakość w polityce — jakość, która do złudzenia przypomina starą, tylko z innym podpisem pod zdjęciem. Piotrek Węgier, wychowanek szkoły „jak przetrwać wszystko i wszystkich”, najwyraźniej uznał, że nie ma sensu wymyślać koła na nowo. Skoro działa u mistrza, to czemu nie miałoby zadziałać tutaj?
Scenariusz jest przecież gotowy. Najpierw drobne porządki wizerunkowe — coś trzeba rzucić na pożarcie mediom i tym, którzy wciąż wierzą, że polityka to gra o zasady. Ziobro? Romanowski? Idealni kandydaci do roli sezonowych kozłów ofiarnych. Publiczność lubi dramaturgię, a nic tak nie sprzedaje się jak kontrolowany upadek dawnych bohaterów.
Ale tu zaczynają się schody. Bo o ile narrację można napisać w jeden wieczór, o tyle rzeczywistość — szczególnie ta z udziałem węgierskich sędziów i ich decyzji o azylu — nie daje się tak łatwo reżyserować. Uchylanie azylu to nie jest przecież polityczny tweet, tylko proces, który potrafi ciągnąć się dłużej niż cierpliwość wyborców.
A gdyby jednak coś poszło nie tak? Spokojnie, plan B zawsze jest pod ręką. Świat jest duży, a kierunki podróży — różnorodne. W ostateczności zawsze można przecież polecieć „do Donalda”. Oczywiście tego właściwego, zza oceanu. Tam polityczne kariery nie kończą się tak definitywnie, jak mogłoby się wydawać.
I w tym wszystkim najciekawsze jest to, że nie ma tu żadnej wielkiej tajemnicy. Polityka Piotrka Węgra będzie dokładnie taka, jakiej można się spodziewać: pragmatyczna do bólu, odporna na wstrząsy moralne i głęboko zakorzeniona w przekonaniu, że geopolityka to najlepsze alibi dla każdej decyzji.
Bo przecież „nie ma wyjścia”. Nigdy nie ma. Zawsze jest tylko konieczność, układ sił i to nieszczęsne położenie na mapie, które tłumaczy wszystko — od drobnych zwrotów akcji po całkiem pokaźne wolty.
A jeśli ktoś nadal liczy na niespodzianki, to cóż… jeszcze się zdziwi. Ale raczej nie w ten sposób, na jaki liczy.
Zostaw komentarz