Dzisiaj
Nie bardzo wiem, czy potrzebnie wypuściłem tego dżina z butelki wspomnień. Dawno już nie doświadczałem uczucia twórczego podniecenia, które wcześniej nie dawało mi spokoju, a które rozładowywałem, rzeźbiąc w glinie. Teraz jest wprawdzie inaczej, bo moim tworzywem jest pamięć, z której wydobywam postacie, które znałem, a których już na tym świecie nie ma, ale podniecenie jest podobne. Przychodzą one, te postacie z całym kolorem epizodów je ożywiających. Tak jest, w przypadku żołnierza niezłomnego, chorążego Ksawerego Zarębskiego. Ulicą, przy której znajdował się szpital, przeciągał pochód pierwszomajowy, uzbrojony w czerwone i biało-czerwone szturmówki. Szedł on od siedziby gminnego komitetu PZPR, przy remizie strażackiej przy dawnym Adolfhitlerplaz na boisko sportowe vis a vis cmentarza szpitalnego. Pan Ksawery stał w za kratownicą głównej bramy wjazdowej do szpitala- i z całych sił krzyczał… Anglia to kurwa! Maszerujący proletariat patrzył na niego z pobłażaniem i chichotał, słuchajcie … co ten stary wariat wykrzykuje! A ja wiedziałem, ja Ksawerego Zarębskiego rozumiałem, o co mu chodziło. O zdradę, o sprzeniewierzenie się dawnego sojusznika, o sprzedanie w Jałcie polskiej i pana Ksawerego wolności. Chorąży w szpitalu przebywał prawie 30 lat. Paskudnie go doktorzy w historii choroby opisywali, że całkowicie owładnięty urojeniami prześladowczymi i wielkościowymi itp. A on po prostu nienawidził komunistów. Ta nienawiść z niego emanowała na każdym kroku, w każdym geście. Brała się z jego biografii, z jego patriotyzmu, któremu dawał dowody, walcząc z Bolszewikami, a potem Niemcami. Zdrada Wielkiej Brytanii, Francji i USA była przyczyną jego choroby, ale czy absolwenci socjalistycznych akademii medycznych, czy czerwonych, jak na UŚ w Katowicach fakultetów psychologicznych… w to wnikali? Potrafili jego z tej patriotycznej depresji wyleczyć? Dla niego, trwająca od przeszło piętnastu lat wojna się jeszcze nie skończyła. Uległ przemocy. Nie ma wolności, ma jednak dach nad głową, wikt i opierunek. Jest jak w oflagu. Był pilnowany przez strażników, wprawdzie nie w mundurach, ale za to w białych fartuchach. Mimo, że znowu jest zupełnie sam, mimo że Najjaśniejsza R. P. nie jest niepodległa, mimo że rozpoznano u niego schizofrenię paranoidalną, mimo, że ratunku znikąd nie widać. Do końca zachowuje godność i honor przedwojennego chorążego. Pan Ksawery dumnie odrzuca propozycję starań o rentę inwalidzką z powodu choroby psychicznej – żąda od państwa emerytury wojskowej za lata służby w WP.
Nic od komunistów nie chce i nie bierze. Zimą chodzi w kolejarskim płaszczu przypominającym krojem wojskowy szynel. Trzyma fason, od kwietnia do września się opala, jakby ignorując całe otoczenie. Był rok 1969. Wśród wyprowadzanych do ogródków chorych wyraźnie wyróżniała się postać roznegliżowanego do pasa, o śródziemnomorskiej wręcz opaleniźnie, dziarskiego człowieka o bystrym spojrzeniu. Miał wtedy prawie siedemdziesiąt lat i od dziesięciu przebywał w szpitalu. Zawsze był czymś zajęty, cały warsztat, wraz z potrzebnymi materiałami nosił przy sobie w skórzanej teczce.
Wtedy się poznaliśmy i od razu przypadliśmy sobie do gustu. Ja miałem w sobie pewne poczucie winy, że pracuję bądź co bądź w totalitarnej instytucji, jaką był bez wątpienia, zwłaszcza wtedy – szpital psychiatryczny, a los wyznaczył mi w nim rolę dozorcy człowiekowi tak dla Polski zasłużonemu. On to wyczuwał, dlatego, bez zbędnych oporów zgodził się przychodzić do prowadzonej przeze mnie pracowni ekspresji. Mimo różnicy wieku, jaka nas dzieliła, zadzierzgnęła się między nami nić przyjaźni. Było paradoksem, że ta sądownie zamierzona izolacja od społeczeństwa dostarczyła niepokornemu żołnierzowi wiele satysfakcji. Stworzyła mu warunki do twórczości, zapewniła mu kontakt z wieloma, przyjaźnie do niego nastawionymi i podziwiającymi go ludźmi. Odwiedziny pracowni pana Ksawerego były żelaznym punktem wizyty, przyjeżdżających do szpitala nawet partyjnych dygnitarzy. Wtedy to dopiero pan Ksawery sobie używał, mieszając cały komunistyczny system z błotem. Po wielu staraniach udało się mi uzyskać zwolnienie dla pana Ksawerego z trwającego kilkadziesiąt lat internowania w szpitalu. Pojechał do domu, do Warszawy. Nie minęły jednak trzy tygodnie, jak pan chorąży powrócił i poprosił mnie, żebym mu załatwił przyjęcie z powrotem do szpitala. Nie mógł się bowiem odnaleźć w świecie, który uważany był za normalny, ale w dobie dogorywającego socjalizmu normalnym być nie mógł – przynajmniej dla starego, przedwojennego chorążego.