Trudno napisać felieton o Romanie Giertychu bez wrażenia, że rzeczywistość sama od dawna próbuje go sparodiować — i całkiem nieźle jej to wychodzi. Gdyby ktoś kilka lat temu zaproponował scenariusz kariery politycznej, w którym dawny lider młodzieżówki narodowej staje się jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrońców liberalnego establishmentu, zostałby odesłany do działu fantastyki. A jednak — oto jesteśmy.

Giertych to postać, która zdaje się funkcjonować według zasady: im więcej kontrowersji, tym większa widoczność. Lista spraw, które ciągną się za nim jak przypisy do wyjątkowo długiego artykułu, jest na tyle obszerna, że przeciętny odbiorca przestaje już odróżniać, gdzie kończy się fakt, a zaczyna medialny chaos. „Afera frankowa”, „Polnord”, egzotycznie brzmiące wątki międzynarodowe czy znajomości o kryptonimach rodem z taniego kryminału — wszystko to składa się na obraz, który bardziej przypomina serial niż biografię polityka.

Ale prawdziwym majstersztykiem jest jego zdolność do politycznej transformacji. Niewielu potrafi tak płynnie przejść od jednego ideowego brzegu na drugi, nie gubiąc przy tym pewności siebie. W tym sensie Giertych jest jak polityczny kameleon — tyle że zamiast dopasowywać się do otoczenia, zdaje się próbować przekonać otoczenie, że to ono zawsze wyglądało dokładnie tak jak on.

Szczególną uwagę przyciąga jego relacja z Donaldem Tuskiem. Dla jednych to przykład lojalności, dla innych — demonstracja politycznego oportunizmu w najczystszej postaci. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Giertych odkrył w tej relacji coś więcej niż tylko sojusz — raczej bezpieczną przystań, w której każde kolejne wystąpienie można sprzedać jako obronę wyższych wartości, nawet jeśli brzmi ono momentami jak improwizacja na temat rzeczywistości.

A gdy dochodzimy do teorii o wyborach, robi się już naprawdę literacko. Tam, gdzie jedni widzą polityczną analizę, inni dostrzegają raczej próbę napisania alternatywnej historii — takiej, w której fakty są elastyczne, a narracja zależy od aktualnej potrzeby chwili. To nie tyle polityka, co gatunek twórczy.

Czy przyszłość przyniesie polityczne zapomnienie? Historia pokazuje, że postaci tak barwne rzadko znikają całkowicie. Zwykle wracają — czasem w nowej roli, czasem w nowym kostiumie, ale zawsze z tym samym przekonaniem, że scena bez nich byłaby po prostu mniej interesująca.

A jeśli coś można powiedzieć na pewno, to to, że w przypadku Romana Giertycha granica między polityką a satyrą dawno już przestała być wyraźna. I być może właśnie dlatego tak dobrze się o nim pisze.