Jeszcze kilkadziesiąt lat temu syntezator był dla wielu muzyków jedynie ciekawostką. Dla jednych stanowił zagrożenie jako konkurencja dla tradycyjnych instrumentów. Dla innych był źródłem efektów specjalnych a jeszcze inni widzieli w nim po prostu elektryczną zabawkę. Historia pokazała jednak coś zupełnie innego.
Syntezator nie zastąpił orkiestry czy fortepianu. Nie zastąpił skrzypiec. Stał się nowym rodzajem instrumentu, który wniósł do muzyki własny język. A współczesna muzyka filmowa jest tego najlepszym przykładem.
Paradoksalnie, większość słuchaczy nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo współczesne kino zależy od syntezatorów. Kiedy słyszymy monumentalne ścieżki dźwiękowe Hansa Zimmera, Trenta Reznora, Atticusa Rossa, Maxa Richtera, czy wielu młodszych kompozytorów, często wydaje nam się, że słuchamy orkiestry. W rzeczywistości słuchamy niezwykle złożonej tkanki, w której instrumenty akustyczne i elektroniczne tworzą jeden organizm.
Nie chodzi już o rozróżnienie: orkiestra albo syntezator. Dziś częściej mamy do czynienia z: orkiestra i syntezator. Co ciekawe, współczesne syntezatory coraz rzadziej służą wyłącznie do generowania nowych dźwięków. Ich zadaniem staje się organizowanie procesów, tworzenie ruchu, budowanie przestrzeni i tworzenie napięcia. W tym sensie przypominają one bardziej współczesną orkiestrę niż dawny instrument elektroniczny. Każdy z nich realizuje jednak tę ideę w nieco inny sposób.
Moog od dziesięcioleci pozostaje mistrzem pojedynczego głosu. Jego wielką siłą nie jest liczba funkcji a jakość dźwięku. Dobry głos Mooga przypomina wybitnego śpiewaka. Potrafi samodzielnie utrzymać uwagę słuchacza. Nie potrzebuje chóru i orkiestry. Nie potrzebuje wielu warstw – jeden głos często wystarcza. Dlatego instrumenty takie jak Messenger pozostają fascynujące mimo monofonicznej natury. Pozwalają badać nie ilość dźwięków, lecz głębię pojedynczego brzmienia.
Sequential reprezentuje inną filozofię. Tutaj szczególnie interesujące pozostają instrumenty takie jak Prophet, Pro 3 czy Trigon. Nie dlatego, że oferują więcej funkcji lecz dlatego, że każdy z nich proponuje odmienny sposób organizowania materiału dźwiękowego. Prophet i Oberheim pozostają mistrzami klasycznej syntezy polifonicznej. Pro 3 jest laboratorium procesów. Trigon natomiast wydaje się czymś jeszcze innym. Nie tyle syntezatorem, ile środowiskiem ewolucji dźwięku. Jego siła nie tkwi wyłącznie w barwie a w relacjach zachodzących pomiędzy głosami. W drobnych różnicach fazowych. W ruchu harmonicznych. W subtelnych zmianach, które sprawiają, że nawet statyczny akord zaczyna oddychać własnym życiem.
Przypomina to obserwację głębokiej mgławicy. Im dłużej patrzymy, tym więcej dostrzegamy.
Zupełnie inną drogą podążają najnowsze konstrukcje. Ich celem nie jest już wyłącznie tworzenie kolejnych odmian klasycznej syntezy jął choćby instrumenty ASM, Polyend czy Waldorfa. Próbują raczej organizować całe procesy brzmieniowe. Nie oferują jednego dźwięku. Oferują środowisko jego rozwoju. To kierunek szczególnie interesujący dla współczesnej muzyki filmowej.
Muzyka filmowa rzadko opowiada dziś historię za pomocą pojedynczej melodii. Znacznie częściej operuje przestrzenią, atmosferą. Powolną transformacją. Narastaniem napięcia. Ewolucją struktur. A więc zjawiskami, które doskonale odnajdują się w świecie współczesnych syntezatorów.
Co ciekawe, wszystkie te instrumenty przypominają pod pewnym względem orkiestrę. Nie dlatego, że ją imitują ale dlatego, że podobnie jak orkiestra stają się organizmami złożonymi z wielu współpracujących elementów. Kompozytor nie pracuje już z pojedynczym dźwiękiem. Pracuje z procesem. Pracuje z czasem. Pracuje z przemianą.
I właśnie tutaj syntezator spotyka się z ideą formy muzycznej. Nie jest już urządzeniem produkującym brzmienia lecz staje się narzędziem organizacji znaczeń. Tak jak orkiestracja nie polega na rozdzielaniu nut między instrumenty, ale na organizowaniu funkcji wewnątrz dzieła, tak współczesna synteza coraz częściej polega na organizowaniu procesów brzmieniowych w czasie. Nie jest to więc opowieść o technologii. Jest to opowieść o wyobraźni.
Przez wiele lat sądzono, że rozwój syntezatorów będzie polegał na dodawaniu kolejnych funkcji. Więcej oscylatorów. Więcej filtrów. Więcej efektów. Więcej głosów. Dzisiaj coraz wyraźniej widać, że najciekawszy kierunek rozwoju prowadzi gdzie indziej. Nie ku większej liczbie możliwości lecz ku lepszej organizacji możliwości. To różnica subtelna, ale fundamentalna. Być może właśnie dlatego najlepsze współczesne syntezatory przypominają nie tyle maszyny, ile instrumenty. A najlepsze instrumenty przypominają nie tyle urządzenia, ile partnerów twórczych.
Nie narzucają gotowych odpowiedzi. Pozwalają zadawać lepsze pytania. I właśnie dlatego tak dobrze odnalazły się w świecie muzyki filmowej. Bo muzyka filmowa nie opowiada o dźwiękach. Opowiada o czasie, przestrzeni, o emocji i przemianie.
A syntezatory okazały się znakomitymi narzędziami organizacji wszystkich tych zjawisk – tak jak niegdyś orkiestra była orkiestrą wyobraźni, tak dziś coraz częściej staje się nią również syntezator. I nie tylko w studio, ale także na scenie.
Tomasz Trzciński
Ps: Pod spodem autor prezentuje co można osiągnąć takimi środkami oszczędnie na koncercie, poświęconym muzyce naszego Fryderyka Chopina. Słyszycie Państwo Mooga Messengera, Rolanda V-Stage, Syntezatory Sequencial i Oberheim. A wszystko w atmosferze skupienia w przestrzeni klasztornego wnętrza kościoła i centrum kultu maryjnego w Marienthal.
Zostaw komentarz