Kiedy czytam kolejny tekst czołowego (w Necie) przedstawiciela libertarianizmu mimo woli pamięcią sięgam do słynnego brudasa z Trewiru znanego ongiś powszechnie na wschód od Łaby Karola Marksa.

On to bowiem bez reszty wchłonął idee niedoszłego angielskiego poety, również Karola, nazwiskiem Darwin. Ba, w jego idei znalazł oparcie dla swoich tez społecznych. Ewolucja miała odpowiadać za powstawanie różnych gatunków tak samo, jak rozwój świadomości dominującej klasy robotniczej (chłopsko-robotniczej) stanowił o rozwoju społeczeństw.

Wspomniany już libertarianin nawet się nie zająknie nt. swoich korzeni, choć pisze całkiem wyraźnie:

Homo sapiens jest zwierzęciem uformowanym przez setki tysięcy lat doboru naturalnego w warunkach łowiecko-zbierackich. Ten proces wytworzył mechanizmy biologiczne: popęd do tworzenia hierarchii dominacji, lęk przed obcymi, opiekę nad potomstwem, skłonność do koalicji, zazdrość o zasoby i partnerów, agresję terytorialną, rywalizację, ale również empatię, przywiązanie, wzajemność i zdolność do współpracy. Są to mechanizmy typowe dla społecznego ssaka — wiele z nich mamy wspólnych, w różnym stopniu i konfiguracji, z wilkami, szympansami czy słoniami.

 Fajniasto. Ale, ale… A niby w którym to miejscu znajdują się te wszystkie instynkty?

Dawniejsi (przed 1970 rokiem) archeogenetycy dokładali do tego również pamięć pokoleniową, zaś stalinowski genetyk Łysenko jeszcze w latach 1950-tych nauczał o dziedziczeniu cech nabytych.

I wszyscy wkładali to do jednego wora zwanego DNA. Jak widać z cytowanego wyżej urywka tekstu łysenkizm ma się doskonale. Tak naprawdę nie ma miejsca na wolną wolę. Opiekujemy się dziećmi, bronimy naszej przestrzeni przed obcymi, czujemy zazdrość etc. bo… tak samo jak słonie, pawiany czy żyrafy mamy to w genach.

Co więcej, takie zachowanie wynika z ewolucji a to oznacza, że kiedyś te wszystkie wymienione grupy zwierząt człowieka nie wyłączając nie opiekowały się dziećmi, nie czuły zazdrości etc.

Bo, jak wicie rozumicie, z pierwotnego bulionu wyłoniła się pierwsza komórka i potem zaczęła ewoluować.

Zycie powstało, bo miliardy lat temu kilka atomów odpowiednio się tryknęło, jak żartobliwie pisał Lem bodaj w Bajkach robotów.

Marksiści (ewolucjoniści i jak się wydaje bliscy im libertarianie) na dowód powstania życia z materii nieożywionej przedstawiają słynny eksperyment Stanleya Millera z 1953 roku. Tenże Miller, wówczas student Uniwersytetu w Chicago, zamknął w szczelnej kolebie metan, amoniak, wodór i wodę by następnie przepuszczać przez tą mieszaninę ładunki elektryczne. Po tygodniu okazało się, że „samorzutnie” powstały dwa aminokwasy – glicyna i alamina, współtworzące wszystkie obecne na Ziemi białka.

Od 73 lat jednak nie udało się utworzyć niczego więcej, zaś poziom obecnej wiedzy ciągle nie pozwala powiedzieć jasno i wyraźnie, jak powstało ŻYCIE. Po prostu pomiędzy materią NIEożywioną i Ożywioną istnieje przepaść.

Biolodzy – ewolucjoniści (w ślad za nimi podążają zapewne libertarianie) doszli do wniosku, że 4,2 miliarda lat temu na dopiero co uformowanej Ziemi istniał Ostatni Uniwersalny Wspólny Przodek LUCA. Wedle naukowców (artykuł z 2024 r. opublikowany w czasopiśmie Nature Ecology & Evolution) LUCA dysponował rodziną ok. 2600 par genów kodujących białka – obejmujących zaawansowane zdolności metaboliczne, translacyjne a nawet podstawowe zdolności obronne! I to już 400 milionów lat po uformowaniu się Ziemi.

„Wiemy, że wczesna atmosfera Ziemi różniła się radykalnie od dzisiejszej. Dokładny skład jest przedmiotem debaty – obecne badania geochemiczne coraz częściej faworyzują atmosferę słabo redukującą lub zdominowaną przez CO₂/N₂ z przejściowymi epizodami redukcji , zamiast silnie redukującej mieszaniny CH₄/NH₃ zakładanej w klasycznym modelu Millera-Ureya. Wiemy, że eksperyment Millera-Ureya wykazał, że aminokwasy powstają pod wpływem wyładowań elektrycznych w atmosferze redukującej – jest to prawdziwy wynik, choć jego znaczenie zależy od składu atmosfery, który obecnie uważa się za zbyt uproszczony. Wiemy, że meteoryty dostarczają na powierzchnie planet aminokwasy, zasady azotowe i cukry.

Wiemy, że RNA może pełnić funkcję zarówno nośnika informacji, jak i katalizatora, co stanowi podstawę hipotezy RNA World . Wiemy, że pęcherzyki lipidowe tworzą się spontanicznie w wodzie słodkiej. Wiemy, że alkaliczne kominy hydrotermalne wytwarzają gradienty protonów analogiczne do tych wykorzystywanych przez wszystkie żywe komórki do produkcji energii.

I tu kończy się wiedza, a zaczyna opowiadanie historii.

Bo oto, czego nie wiemy. Nie wiemy, jak aminokwasy polimeryzują w funkcjonalne białka poza żywą komórką. Nie wiemy, jak nukleotydy polimeryzują w funkcjonalne RNA lub DNA poza żywą komórką. Nie wiemy, jak pęcherzyk lipidowy nabywa maszynerię molekularną do replikacji. Nie wiemy, jak powstał kod genetyczny – mapowanie kodonów trzynukleotydowych na specyficzne aminokwasy, które jest uniwersalne dla wszystkich organizmów żywych i nie ma żadnego znanego uzasadnienia chemicznego. Nie wiemy, jak powstała homochiralność – dlaczego organizmy żywe wykorzystują wyłącznie L-aminokwasy i D-cukry, skoro chemia prebiotyczna wytwarza równe mieszaniny obu. Nie wiemy, jak rybosom – molekularna maszyna o masie około 2,5 miliona altonów – powstał z komponentów, które pojedynczo są bezużyteczne.

Zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy, co należy wyjaśnić. W czasie potrzebnym na przeczytanie tego zdania pojedyncza bakteria E. coli przeprowadziła około dwóch tysięcy reakcji enzymatycznych. Jej rybosomy – maszyny molekularne starsze niż jakakolwiek góra na Ziemi – przetworzyły około dwudziestu aminokwasów na sekundę, odczytując kod, którego nie napisały, i składając białka, których trójwymiarowym fałdowaniem nie kierują, ale które, w cudowny sposób, mimo to fałdują się poprawnie. Jej enzymy naprawcze DNA przeskanowały trzy miliony par zasad w poszukiwaniu błędów, wykryły i skorygowały kilka z nich, po czym wznowiły swój patrol. Jej błona komórkowa importowała składniki odżywcze kanałami tak selektywnymi, że odróżniają jony sodu od potasu, różniące się o ułamek angstrema. Wszystko to dzieje się w objętości tysięcznej szerokości ludzkiego włosa, w systemie ważącym mniej niż bilionową część grama – i dzieje się to w każdej sekundzie, każdej godzinie, każdego dnia, w każdej z około dziesięciu bilionów bakterii na twojej skórze i w twoich jelitach, gdy czytasz te słowa. To właśnie muszą uwzględniać badania nad pochodzeniem życia. Nie aminokwasy w kolbie. Nie bąbelki lipidowe w stawie. To.

Bądźmy szczerzy co do metafory, po którą najczęściej sięgają badacze pochodzenia życia. Mówią o „cegiełkach” – aminokwasach, nukleotydach, lipidach – tak jakby problem życia był projektem budowlanym, który po prostu czeka na odpowiednie materiały na właściwym placu budowy. Metafora ta ujawnia w sposób, którego jej użytkownicy nie zamierzyli.

(…)

Za wszystkimi tymi hipotezami kryje się niewygodna matematyczna rzeczywistość, którą badacze pochodzenia życia przyznają prywatnie i rzadko omawiają publicznie. Rozważmy Mycoplasma genitalium , organizm z najmniejszym znanym genomem spośród wszystkich bakterii, które można hodować w czystej kulturze : około 580.000 par zasad kodujących około 470 genów kodujących białka . Mycoplasma może w zasadzie replikować się w bezkomórkowym (aksenicznym) środowisku — nie jest obligatoryjnym pasożytem wewnątrzkomórkowym, takim jak Chlamydia czy Rickettsia . Jest to jednak drastycznie zredukowany organizm: wysoce wyspecjalizowana bakteria związana z żywicielem, która pozbyła się już większości maszynerii biosyntezy, jakiej potrzebowałaby prawdziwie niezależna komórka, polegając zamiast tego na środowisku żywiciela, aby dostarczało jej składników odżywczych, których nie jest już w stanie syntetyzować. I tu jest krytyczny punkt: nawet po tym radykalnym uproszczeniu genomicznym, nawet na samym skraju autonomicznej żywotności, Mycoplasma . (Zespół Craiga Ventera później zsyntetyzował minimalny genom bakteryjny składający się z 473 genów — i nawet to wymagało przeszczepu do istniejącej żywej komórki jako podwozia.) Prawdziwie wolno żyjący organizm — taki, który musiałby powstać de novo na prebiotycznej Ziemi, bez gospodarza do wykorzystania i bez istniejących wcześniej biologicznych składników odżywczych do zebrania — wymagałby więcej maszynerii genetycznej i metabolicznej, a nie mniej. Prawdopodobieństwo złożenia nawet pojedynczego funkcjonalnego białka o skromnej długości za pomocą losowych procesów chemicznych zostało oszacowane przez wiele niezależnych grup na wartości tak znikomo małe, że cały obserwowalny wszechświat , przeprowadzający wszystkie możliwe reakcje chemiczne na każdej cząsteczce przez całą swoją 13,8-miliardową historię, nie mógł się do nich zbliżyć.

Standardową odpowiedzią jest to, że abiogeneza nie przebiega poprzez losowe gromadzenie – że dobór naturalny, czyli procesy protoselektywne, oddziałuje na układy chemiczne, kierując je w stronę złożoności. Jest to najważniejszy kontrargument i zasługuje na poważne potraktowanie. Obszerna literatura na temat zbiorów autokatalitycznych, dziedziczenia kompozycyjnego i „ewolucji przed genami” sugeruje, że dynamika podobna do selekcji może oddziaływać na populacje sieci chemicznych, zanim pojawi się prawdziwa replikacja. Gdyby te modele działały, elegancko wypełniłyby lukę prawdopodobieństwa. Jednak do tej pory nie wykazano, aby żadna sieć autokatalityczna utrzymywała się poza żywą komórką, nie skalowała się poza trywialnie małe zestawy reakcji ani nie generowała otwartego, cyfrowego dziedziczenia, które charakteryzuje nawet najprostsze znane formy życia. Modele te są sugestywne, ale niewystarczające. A właściwy dobór darwinowski – mechanizm najczęściej przywoływany w popularnych teoriach – wymaga różnicowej replikacji z dziedziczną zmiennością. Zanim powstanie pierwsza samoreplikująca się cząsteczka, nie ma niczego, na co dobór darwinowski mógłby oddziaływać . Mechanizm ten zakłada istnienie rzeczy, którą ma wyjaśniać.

Modele struktur dyssypatywnych próbują obejść ten problem, argumentując, że samoorganizacja termodynamiczna poprzedza i umożliwia biologiczną samoreplikację. To uzasadnione i interesujące posunięcie, ale jedynie przenosi problem w inne miejsce. Musimy jeszcze wyjaśnić, w jaki sposób niekierowana samoorganizacja termodynamiczna tworzy system, który działa na podstawie zakodowanej informacji cyfrowej – tablicy kodonów, ramki odczytu, sekwencji regulacyjnych. Żadne znane prawo fizyki nie przewiduje, że dyssypacja energii wytworzy kod symboliczny. Chemia nie koduje , lecz reaguje . Przeskok od jednego do drugiego jest centralną tajemnicą życia, a żadna z zaproponowanych hipotez nie dostarczyła jeszcze wiarygodnego, empirycznie popartego modelu tego procesu.

Istnieje matematyczny wymiar tego problemu, który zasługuje na wzmiankę. John von Neumann – nie teolog, ale jeden z najwybitniejszych matematyków XX wieku – formalnie wykazał, że samoreplikujący się automat wymaga minimalnego progu złożoności, poniżej którego błędy kumulują się szybciej, niż replikacja jest w stanie je skompensować. Poniżej tego progu każdy protoreplikujący się system jest z natury niestabilny: degraduje się, a nie ewoluuje. Powyżej tego progu system może się utrzymać i podlegać otwartej ewolucji. Tworzy to coś, co można by nazwać urwiskiem złożoności – nieciągłość, której nie da się pokonać stopniowo, ponieważ każdy etap pośredni poniżej progu jest samoniszczący. System musi osiągnąć pewną minimalną złożoność w jednym kroku, albo wcale. LUCA, z 2600 rodzinami genów, znacznie przekroczył ten próg. Pytanie o to, jak niekierowana chemia pokonała urwisko, pozostaje, według jakiejkolwiek uczciwej oceny, bez odpowiedzi.

Istnieje kolejny argument matematyczny, mniej znany, ale być może bardziej druzgocący. W algorytmicznej teorii informacji złożoność Kołmogorowa ciągu znaków mierzy długość najkrótszego programu komputerowego, który może go wygenerować. Losowy ciąg znaków ma wysoką złożoność Kołmogorowa — jest niekompresowalny — ale nie pełni żadnej funkcji. Prosty powtarzalny wzór (ABABAB…) ma niską złożoność Kołmogorowa i nie pełni żadnej funkcji biologicznej. Genom nawet najprostszej żywej komórki ma zarówno wysoką złożoność Kołmogorowa , jak i wysoką funkcję — jest tym, co Gregory Chaitin nazwałby zorganizowaną złożonością . Jest to matematycznie precyzyjna formuła tego, co czyni informację biologiczną wyjątkową: nie jest ona ani losowym szumem, ani prostym porządkiem. Jest to złożoność określona — wystarczająco złożona, aby być niekompresowalną, a jednocześnie zorganizowana w sposób, który wykonuje określone zadanie. Oto problem: znane prawa fizyczne generują albo losowość (szum cieplny, rozpad promieniotwórczy), albo prosty porządek (kryształy, komórki Bénarda). Żaden znany proces fizyczny nie generuje zorganizowanej, określonej złożoności, takiej jak ta występująca nawet w najprostszym genomie. Wszechświat jest niezwykle sprawny w generowaniu entropii i wzorców. Nigdy nie zaobserwowano, w żadnym kontekście poza biologią, by generował funkcjonalny program.

Rozważmy fakt, który powinien niepokoić każdego uczciwego badacza w tej dziedzinie. LUCA istniała około 4,2 miliarda lat temu – zaledwie około 400 milionów lat po uformowaniu się Ziemi. Analiza bayesowska przeprowadzona w 2025 roku przez astronoma z Columbii, Davida Kippinga, wykazała, że ​​to wczesne pojawienie się abiogenezy daje 13:1 szans na to, że proces ten jest „szybki” na planetach podobnych do Ziemi.

Ale ten statystyczny wniosek kryje w sobie napięcie, z którym rzadko kiedy mierzymy się bezpośrednio. Powszechną odpowiedzią na zagadkę wczesnego LUCA jest dobór obserwatorów: koniecznie obserwujemy życie na planecie, na której powstało wystarczająco wcześnie, by umożliwić obecność obserwatorów, a nasza próba ma wielkość jednego. To uzasadniony argument statystyczny. Ale nie rozwiewa on paradoksu; jedynie go przeformułowuje. Nawet zakładając istnienie błędu doboru, pozostajemy z brutalnym faktem, że siedemdziesiąt lat skoncentrowanych, dobrze finansowanych i błyskotliwie przeprowadzonych badań laboratoryjnych nie pozwoliło na odtworzenie nawet najwcześniejszych etapów procesu uznawanego za „szybki”. Dysponujemy połączonym intelektem najlepszych chemików świata, najnowocześniejszymi instrumentami, jakie kiedykolwiek zbudowano, oraz zdolnością do zaprojektowania optymalnych warunków – aby zapewnić dokładnie takie odczynniki, stężenia, temperatury i źródła energii, jakie naszym zdaniem były obecne. A jednak nie potrafimy zbudować samoreplikującej się cząsteczki od podstaw, nie potrafimy ustanowić samopodtrzymującego się cyklu autokatalitycznego, nie potrafimy wytworzyć protokomórki, która robi cokolwiek więcej niż rośnie i dzieli się bez funkcjonalnej zawartości.

Nasza niezdolność do odtworzenia nawet najwcześniejszych etapów abiogenezy, pomimo sprzyjających warunków, powinna co najmniej uzasadniać twierdzenia, że ​​proces ten jest „prosty” lub „nieunikniony” na planetach podobnych do Ziemi. Jeśli proces ten jest szybki i łatwy, nasza porażka wymaga wyjaśnienia. Jeśli jest powolny i trudny, to 400 milionów lat jest naciągane – nie niemożliwe, ale wystarczające, by uzasadnić przyznanie, że ani czas, ani mechanizm nie są dobrze poznane. Dowody nie zamykają kwestii. One ją ponownie otwierają.”

Tymczasem tajemnicę powstaną Życia na Ziemi doskonale wyjaśniają dwie inne hipotezy. Pierwsza to panspermia. Jest to jednak odsunięcie problemu, a nie jego wyjaśnienie. Bo przecież to Życie, które spadło z Nieba wraz z jakimiś meteorytami, musiało gdzieś wcześniej powstać. To tylko odsunięcie problemu, a nie jego wyjaśnienie. Z racji jednak na to, że w Kosmosie istnieją Światy znacznie starsze od naszego byłoby więcej czasu na wspomniane już przeze mnie lemowskie odpowiednie tryknięcie się swobodnych atomów.

Druga hipoteza natomiast zakłada Stworzenie.

I biorąc pod uwagę opisywane trudności wydaje się niewątpliwym, że na dzień dzisiejszy o wiele bardziej rozsądnie tłumaczy genezę Życia na Ziemi.

Ale taka hipoteza nie jest brana pod uwagę z przyczyn stricte ideologicznych.

 „Jesteśmy po stronie nauki pomimo oczywistej absurdalności niektórych jej konstrukcji… ponieważ mamy wcześniejsze zobowiązanie, zobowiązanie do materializmu. Nie chodzi o to, że metody i instytucje naukowe w jakiś sposób zmuszają nas do przyjęcia materialnego wyjaśnienia świata zjawisk, ale wręcz przeciwnie, że jesteśmy zmuszeni przez nasze a priori przywiązanie do przyczyn materialnych do stworzenia aparatu badawczego i zbioru pojęć, które prowadzą do materialnych wyjaśnień, niezależnie od tego, jak bardzo są one sprzeczne z intuicją, jak bardzo tajemnicze dla niewtajemniczonych”.

Richard Lewontin, genetyk, Harvard, 1997.

Mamy zatem do czynienia z ideologicznie wywołaną ślepotą. Naukowcy, którzy często prywatnie przyznają rację… religii, w zawodowym życiu jeśli chcą zarobić jakieś pieniądze (a te są wynikiem grantów) muszą przywdziewać szaty Marksa.

Nic dziwnego, że Unia Europejska uhonorowała brudasa z Trewiru pomnikiem w 200 – lecie jego urodzin (2018).

Marksistowskie ukąszenie to niestety nie tylko przypadek młodego Kuronia czy innego Michnika, o Millerze nie wspominając.

Dokładnie to samo widzimy u Korwina i jego ideologicznych dzieci w rodzaju Mentzena. Tak naprawdę ich propozycje to Kapitał Marksa a rebours.

I tylko jeśli chodzi o rozwiązania gospodarcze. Cała reszta, a zatem i materializm dialektyczny, stanowi kanwę ich dzisiejszych teorii.

Stąd ewolucja, stąd tak oburzający wielu darwinizm społeczny Mentzena i jego akolitów.

Niestety. To takie samo skostnienie ideologiczne jak wcześniej obserwowaliśmy w kompartii.

Natura nie znosi pustki i dlatego mamy kolejnych fanatyków przekonanych, że posiedli wyłączność na prawdę.

To niestety oznacza brak zdolności przyjęcia hipotezy sprzecznej z ich dogmatami mimo że istniejące fakty wskazują na jej dopuszczalność.

Oni wiedzą, a jeśli wiedza jest przeciw nim, tym gorzej dla wiedzy.

Tak samo zresztą dzieje się w nauce.

Ideologia bowiem wyłączyła im zdrowy rozsądek.

16.08 2026

 

Cyt. https://kancelaria-skarbiec.pl/en/origin-life/

Tłum. Google