Czyli jak Polacy podwędzili Węgrom garnek, Brytyjczykom markę i zrobili z tego własną kulinarną tradycję
Stoję w kuchni, mieszam leczo i zerkam przez okno, bo drogą przed domem jedzie sobie rodzinka na rowerach. Dzieciaki z przodu, rodzice z tyłu, w koszykach torby, bidony, ręczniki. Ot, zwykły sierpniowy obrazek. I nagle myślę: przecież ja właśnie robię to samo. Jadę na rowerze z leczem. Dosłownie i w przenośni.
Bo wyobraź sobie taki klasyczny kadr: nasz rodzimy działkowicz pedałuje polną drogą ze swojego ogródka do mieszkania M-ileś tam. W metalowym koszyku na kierownicy telepie się emaliowany garnek, z którego unosi się zapach papryki, czosnku i wędzonej kiełbasy. Gna do domu, bo wie, że leczo smakuje najlepiej wtedy, gdy postoi i się „przegryzie”. Najlepiej niech jeszcze chwilę cicho popyrka na gazie w mieszkaniu, choć upichcone zostało już na działce. I dla nas to kwintesencja swojskości, dla cudzoziemca – międzynarodowy napad w biały dzień.
Zacznijmy od wehikułu. Anglik powie bicycle. Gdybyś pod koniec XIX wieku zapytał brytyjskiego dżentelmena, czym jest Rover, wskazałby z dumą nowoczesny bicykl produkowany w Coventry – Rover Safety Bicycle, czyli bezpieczny rower marki Rover. Przy czym już sama nazwa marki jest znacząca, bo słowo rover to inaczej włóczęga, podróżnik, a nawet… korsarz. Z czasem nazwę Rover przyjęła sama firma, która później rozpoczęła produkcję motocykli i samochodów. Dziś marka samochodów Rover to już historia – choć pięknie wpisana w brytyjską motoryzację – ale przecież wszystko zaczęło się właśnie od jednośladów.
Ale onegdaj zaciekawiony Polak spojrzał na te eleganckie brytyjskie maszyny, podrapał się po głowie i stwierdził rzecz genialną w swojej prostocie: wy sobie zostawcie bicycle. U nas wszystko, co ma dwa koła i pedały – od wyścigówki po zardzewiały składak Wigry 3 – nazywa się rower. Nazwę konkretnej marki zamieniliśmy w zwykłe słowo. Nie podwędziliśmy im roweru. Zapitoliliśmy samą nazwę i zrobiliśmy z niej naszą własność.
Zrobiliśmy z Roverem dokładnie to samo, co później z CPN-em. Dziś, tak jak dawniej, dla wielu Polaków każda stacja benzynowa jest CPN-em, niezależnie od tego, jaki szyld wisi nad dystrybutorem. Z Roverem poszliśmy jeszcze dalej – nie tylko zapomnieliśmy o samej marce, ale jej nazwę zapisaliśmy małą literą, obce „v” zdublowaliśmy tak, że zrobiło się z niego swojskie „w”, i odmieniliśmy ją przez wszystkie przypadki.
Ale prawdziwa „zbrodnia” dzieje się w garnku. Na Węgrzech lecsó ma swój święty fundament: paprykę, pomidory i cebulę. Potem zaczynają się rodzinne spory bratanków – tych od szabli i szklanki – bo jedni dodają kiełbaskę, inni boczek, ryż albo jajka. Polak uznał jednak, że skoro drzwi do garnka są już uchylone, to należy wejść z rozmachem. Do papryki, pomidorów i cebuli dorzucił cukinię, pieczarki, jeszcze więcej kiełbasy i wszystko, co akurat obrodziło na działce. Jak rozmach, to rozmach! Z letniego dania zrobił gęste, zawiesiste, pyszne jadło, którym można do syta karmić rodzinę przez co najmniej trzy dni. I nazwał to „naszym tradycyjnym leczo”.
Czy nasz działkowicz ma z tego wyrzuty sumienia? Ani trochę. Przecież jego leczo jest po prostu lepsze. Po co poprzestawać na papryce, skoro można mieć solidną wkładkę mięsną i cukinię z własnej grządki?
I tu dochodzimy do sedna. Polacy mają narodową supermoc. Potrafimy wziąć dowolną rzecz z Zachodu czy Wschodu, obedrzeć ją z kontekstu, przyprawić po swojemu i ogłosić, że od zawsze rosła nad Wisłą. Rybę po grecku, fasolkę po bretońsku, śledzia po japońsku – znamy, lubimy i jesteśmy z nich dumni. A Grecy, Bretończycy i Japończycy dowiadują się o istnieniu tych potraw dopiero wtedy, gdy przyjeżdżają do Polski.
Ale o tym może innym razem. Na razie wracam do pichcenia. Leczo już się przegryzło, rodzinka zniknęła za zakrętem. Został tylko zapach papryki i to przyjemne przekonanie, że znowu udało nam się zrobić coś po swojemu.
Zbigniew Grzyb
z serii „PITOLENIE STAREGO GRZYBA” 🍄
Zostaw komentarz