Transcedentalna nawigacja .Wiek mnie nie dopadł, lecz dopadł mnie drobnoustrój o bardzo wyszukanej nazwie heliobakteria, tak , że wylądowałem w szpitalu, o którym jeszcze napiszę, bo zasługuje na najwyższe superlatywy , ale ten medyczny , dosyć gwałtowny incydent skojarzył mi się z magiczną rzeką mojego życia, jaką był nie Styks a Dniestr. Był to pierwszy rok trzeciego tysiąclecia – otwierający bezkres możliwości stojących jeszcze przed nami. Byliśmy wtedy zdecydowani zrobić coś niezwykłego, szczególnie podniecającego. Ja wkraczałem w sześćdziesiątkę, młodszy ode mnie o 15 lat Stanisław – dobijał pięćdziesiątki. Świadomość, że Dniestr zmierza ku Morzu Czarnemu, a swój bieg rozpoczyna w Beskidzie Wschodnim od strumieni, które mają swoje źródła jeszcze w tej okrojonej przez zmowę jałtańską Polsce w Bieszczadach – była dla nas czymś szczególnie pociągającym. W dodatku – wszyta, pod skórę naszego dzieciństwa nostalgia – za utraconą małą ojczyzną naszych rodziców, którzy traumę wypędzenia mimowolnie przekazywali nam, wraz z wyidealizowanymi wspomnieniami swojej młodości – powodowała, że postanowienie płynięcia Dniestrem stawało się coraz bardziej realne. Na szczególne słowa uznania zasługuje mój współtowarzysz wyprawy Stanisław, który poza krótką, naszą wspólną wyprawą kajakiem Pilicą – nie miał większego wodniackiego doświadczenia. A mimo to – od razu przystał na propozycję wyruszenia na Ukrainę tym razem na spływ. W dodatku w tak szczupłym składzie: dwóch łodzi. Ja miałem w załodze swoją żonę Barbarę, która tylko w kajaku uznawała moje bezdyskusyjne prawo do dowodzenia i posługiwania się sterem. Stasiu natomiast wziął na towarzysza wakacyjnej podróży najstarszego syna Mateusza. Dwoma, objuczonymi składanymi kajakami i innym turystycznym ekwipunkiem, oraz zapasami wody i żywności na dwa tygodnie samochodami – wyruszyliśmy późnym popołudniem z przejścia granicznego Medyka – Szegine w drogę.
Trasa wiodła przez Sambor, Drohobycz, Stryj, Kałusz, do Stanisławowa. Przed nami do pokonania od granicy pozostawało 210 km. Sam dojazd obfitował w różne przygody, które na szczęście kończyły się dobrze mimo – że podróżowaliśmy nocą, próbowaliśmy skracać sobie drogę, błądząc przy tej okazji po bezdrożach. Zdesperowani zatrzymywaliśmy przygodnie napotkanych tubylców, pytając o właściwy kierunek, itp. Słowem – zachowywaliśmy się w sposób jaki stanowczo odradzają wszystkie przewodniki turystyczne.
Po bezskutecznym poszukiwaniu w Stanisławowie hotelu, który przygarnąłby nas na nocleg za przystępną na naszą kieszeń cenę – wyruszyliśmy około 2-giej w nocy do Mariampola, miejscowości położonej nad Dniestrem skąd pochodzą rodzice Stanisława.
Tak, jak przypuszczaliśmy, nasi gospodarze z którymi utrzymywaliśmy kontakt poprzez przedstawiciela tamtejszej administracji samorządowej, nie mogąc się nas doczekać poszli spać. Obudziliśmy ich nad ranem, kiedy było już jasno – i 21 lipca 2002 r. rozpoczęła się nasza ekspedycja w pełnym tego słowa znaczeniu – eksploracyjna, której celem było przetarcie szlaku kajakowego Dniestrem dla turystów z Polski. Nasz bowiem plan wyprawy przewidywał, poza oczywiście samym płynięciem – badanie, a nawet tworzenie warunków do uprawiania tam, tej formy turystyki. Wprawdzie tradycje spływów kajakowych Dniestrem sięgają jeszcze do czasów galicyjskich, a potem w II Rzeczpospolitej był to ulubiony i bardzo popularny szlak wodny. Brzegi rzeki były miejscem licznych biwaków harcerskich, a młodzież akademicka ze Lwowa docierała kajakami do Dniestru szlakiem rzeki Wereszycy z Janowa – usytuowanego powyżej Gródka Jagielońskiego, dokąd wtedy ze Lwowa było dogodne połączenie kolejowe. W czasach sowieckich swobodne przemieszczanie się obywateli było niemile widziane, a nawet zabronione, wymagało specjalnych zezwoleń i ruch na rzece praktycznie zamarł.
W Mariampolu założyliśmy główną bazę, która zapewniała nam możliwości bezpiecznego pozostawienia samochodów na czas płynięcia, mogliśmy tam także swobodnie i w bardzo dobrych warunkach nocować. Tam też uzyskaliśmy wsparcie logistyczne na czas wyprawy wzdłuż brzegu. Nieżyjący już dzisiaj Michał Koryjenko z wielką odpowiedzialnością podjął się zadania towarzyszenia nam na trasie samochodem, do którego pakowaliśmy namioty, śpiwory, zapasy żywności i inny sprzęt, który był niepotrzebny na wodzie. Każdego ranka przed wypłynięciem – uzgadnialiśmy długość dziennej trasy i miejsce, w którym nas nieżyjący już dzisiaj pan Michał miał oczekiwać. W Mariampolu, na nadrzecznych błoniach była wtedy nawet stanica wodna, w której od lat sezonowo z nastaniem wczesnej wiosny do późnej jesieni mieszkał tajemniczy uciekinier z terenów dotkniętych katastrofą nuklearną w Czarnobylu. Utrzymywał się z niewielkiej renty i zielarstwa, można było jemu śmiało powierzyć opiekę nad kajakami. Same zaś błonia nadają się wyśmienicie do biwakowania. W ogóle – na całej trasie jest wiele miejsc bardzo malowniczych i nadających się do rozbicia namiotów, palenia ognisk, a także – zaopatrywania się ze źródeł w wodę. O szczegółach wyprawy możecie przeczytać w Sieci. Ja zaś chciałem zwrócić Wam uwagę na dodatkową niezwykłość tej wyprawy , prowadzonej przez transcedentalną nawigaję, która zawiodła mnie z nurtem Dniestru do macierzystego matecznika, do Uścia Zielonego , w którym urodziła się Nasza Mama, nasza babka Irena, jej matka a nasza prababka Wincentyna z domu Strzetelska. W tej miejscowości nad Dniestrem, o czym wcześniej nie miałem pojęcia żyli także moi prapradziadkowie Ignacy Junior Strzetelski i jego żona Apolonia z Borzemskich. W ten sposób Styks stał się dopływem Dniestru.