Przychodzi baba do dyrektora szkoły. Prosi o przyjęcie swojego syna, który nie dostał się w normalnym naborze. Co tam prosi – ona błaga ze łzami w oczach, jakby od tego zależało jej i jego życie. Syn stoi obok ze spuszczoną głową.
– Przykro mi, proszę pani, ale mamy tyle miejsc, ile mamy. Nie wyrzucę nikogo ze szkoły, aby przyjąć pani syna.
Baba nie była przekonana. Coś tam mówiła o dostawieniu krzesła, ale ja byłem nieugięty, więc sobie poszła.
Ale wróciła z jeszcze starszą panią. Ta pani była emerytowaną nauczycielką, a może nawet dyrektorką szkoły, tego już nie pamiętam. W każdym razie tym razem presja szła w stronę koleżeństwa zawodowego. Bo my, nauczyciele, powinniśmy się wspierać.
A on, czyli ten kandydat, tak bardzo chciał się dostać do mojej szkoły. W zasadzie było to jego marzenie od dziecka. A dostał się byle gdzie. Zabrakło mu zaledwie kilku punktów. Czy przez to ma być nieszczęśliwy na całe życie?
Patrzę na niego i nic nie widzę. Nie potrafię nawet z niego wyczytać, czy jest smutny, czy wściekły. Zastanawiam się, dlaczego one mu to robią. Dostał się bez łaski do całkiem dobrego liceum i mógł być z tego dumny. A one odbierały mu tę satysfakcję. Poniżyły go. Już nikt tego nie cofnie. Nie wiem, skąd się bierze ten job. Ale wiem, że łatwo go wywołać i trudno nad nim zapanować.
Kończę rozmowę w złagodzonej wersji: miejsc nie ma, ale jeżeli coś się zmieni, kandydatura syna zostanie wzięta pod uwagę. Na tym jednak nie koniec.
Po pewnym czasie mam telefon z urzędu. Nieważne jakiego. Zresztą pozmieniałem też inne dane, aby nie wskazywać na konkretną sprawę. Ale to niczego nie zmienia, gdyż wiele osób utożsami się z tą historią.
– Panie Tomku…
Już sam ten początek rozmowy źle wróży. Nie znoszę, gdy urzędy są miłe. Doskonale wiem, co nastąpi później.
– To nasza koleżanka… wybitny pedagog… Jemu nie wyszedł egzamin, bo był ciężko chory i zmarła mu babcia… Był z nią bardzo związany… To bardzo dobry chłopak i będzie pan z niego zadowolony. Przyniesie chlubę szkole. Wspomni pan jeszcze moje słowa… Zresztą sam pan wie, panie dyrektorze, że egzaminy nie świadczą o wartości człowieka. Dajmy chłopakowi szansę… A gdyby co, urząd stanie po pana stronie… Jeżeli nie będzie sobie radził – znajdziemy mu inną szkołę…
Tak na marginesie: nigdy nie wierzcie w takie bujdy.
I jak ta historia się zakończyła? W ogóle się nie zakończyła, bo takich historii są setki i powtarzają się w trybie ciągłym. Wybierzmy więc jedną z wielu możliwości.
Zwolniło się miejsce, bo inni rodzice z mojej szkoły wymusili zapewne w podobny sposób miejsce dla swojego dziecka w innej szkole. Na przykład w LO Politechnicznym. Tyle tylko, że tam nie dzwonili do urzędu, aby zmusić dyrektora do ustępstw, ale do rektora. I tak oto przyjąłem do mojej szkoły przedmiotowego ucznia, czy raczej uprzedmiotowionego ucznia.
Ale wbrew obietnicom wcale sobie dobrze nie radził. Okazało się, że punktacja w naborze trafnie odzwierciedlała jego przygotowanie do nauki w tej szkole. Chłopak nie nadążał za pozostałymi uczniami przyjętymi z lepszymi wynikami. To jest częsty skutek wymuszonego naboru. Dla rodziców i urzędników nie ma to znaczenia, ale szkoła musi sobie z tym radzić.
Konsekwencją jest bowiem stres, frustracja, wagary i pretensje do szkoły. Oczywiście, że do szkoły. Niby do kogo?
Więc znowu mam tych rodziców w gabinecie. Tym razem już nie proszą, ale straszą. Złożą skargę i pójdą do prasy. Domagają się obniżenia poziomu szkoły do możliwości ich dziecka. Dla jego dobra. A urzędy oczywiście ich wspierają. Urzędy zawsze stoją po stronie ucznia – taki już mamy nasz oświatowy ustrój patriarchalny.
– Ale proszę państwa, ja tu czegoś nie rozumiem. Dlaczego chcecie zmienić moją szkołę na podobieństwo tej, do której nie chcieliście posłać syna? Ja też uważam, że tamta szkoła była lepsza dla waszego dziecka. Niech więc będzie szkoła taka jak tamta i taka jak moja. Dlaczego wszystkie szkoły mają być takie same?
Zostaw komentarz