Patrzymy na płonącą zapałkę. Niewielki płomień pożera drewno, pozostawiając po sobie smugę dymu i odrobinę popiołu. Po chwili gaśnie. Wydaje się końcem pewnej historii. Patrzymy na świecę. Jej płomień spokojnie zamienia wosk w światło i ciepło.

Patrzymy na ognisko. Słup ognia unosi się ku niebu, drewno trzaska, iskry wirują w nocnym powietrzu. To, co jeszcze chwilę wcześniej było ciężkim pniem drzewa, staje się światłem, ciepłem i gazem.

Patrzymy na płonącą ropę. To dzięki niej poruszają się samochody, statki i samoloty. Miliony lat zapisane w szczątkach dawnych organizmów zostają uwolnione w jednej chwili, zamieniając się w ruch.

Patrzymy na start rakiety. Wśród huku i obłoków ognia materia przemienia się w energię zdolną pokonać ziemską grawitację. Płomień staje się drogą ku gwiazdom.

Patrzymy na sztuczne ognie. Przez kilka sekund niebo rozkwita tysiącem barw. Zachwycamy się nimi właśnie dlatego, że wiemy, iż za chwilę zgasną.

Patrzymy na wulkan. Rozżarzona materia wydobywa się z wnętrza Ziemi. Lawa spływa zboczami, niszcząc wszystko na swojej drodze. Krajobraz przypomina koniec świata.

A jednak kilka lat później pojawia się zieleń. Kilka dziesięcioleci później wyrastają lasy. Kilkaset lat później dojrzewają winorośle. Ogień, który niszczył, staje się ogniem, który karmi. W każdym z tych przypadków obserwujemy tę samą historię – przemianę.

Materia staje się energią. Energia staje się ruchem. Ruch staje się światłem. A światło niesie pamięć o tym, czym materia była wcześniej.

Dwa i pół tysiąca lat temu Heraklit z Efezu nazwał tę tajemnicę ogniem. Nie dlatego, że wszystko płonie ale dlatego, że wszystko się zmienia. Nie istnieją rzeczy. Istnieją procesy. Nie istnieje trwałość. Istnieje stawanie się. Panta rhei. Wszystko płynie.

Dzisiaj powiedzielibyśmy zapewne inaczej. Użylibyśmy słów energia, ewolucja, przemiana, entropia, grawitacja. Ale intuicja pozostałaby ta sama. Wszechświat nie jest zbiorem przedmiotów. Wszechświat jest wydarzeniem. Wystarczy spojrzeć w niebo. W gwiazdozbiorze Jednorożca znajduje się Mgławica Meduza – IC 443. Patrzymy na nią i widzimy fantazyjny obłok gazu.

Astronom patrzy i widzi śmierć gwiazdy. Po czym natychmiast poprawia samego siebie. Nie. Nie śmierć. Przemianę. Dziesiątki tysięcy lat temu gwiazda eksplodowała jako supernowa. Wyrzuciła w przestrzeń ogromne ilości materii i energii. Fala uderzeniowa do dziś przeciska się przez otaczające ją obłoki. Patrzymy na zdjęcie i myślimy: koniec.

 

Wszechświat odpowiada: początek. Bo właśnie tam, gdzie umarła jedna gwiazda, powstają warunki dla narodzin kolejnych. Przeszłość staje się przyszłością. Śmierć staje się narodzinami. Ogień staje się materią. Materia ponownie staje się ogniem.Kilka tysięcy lat później, gdzieś w innym obłoku, rodzą się nowe gwiazdy. Tak jak w Mgławicy Rozeta. Patrzymy na nią i widzimy piękny kwiat zawieszony w przestrzeni.

W rzeczywistości obserwujemy ogromne laboratorium narodzin. To, co w Meduzie było końcem, tutaj staje się początkiem. Ten sam ogień. Ta sama przemiana. I nagle okazuje się, że podobny wzór odnajdujemy nie tylko w kosmosie. Odnajdujemy go pod własnymi stopami.

Patrzymy na Donnersberg. Na spokojne wzgórza Nadrenii i Palatynatu. Na lasy, pola, winnice i winorośle dojrzewające w słońcu. Nic nie zdradza gwałtowności ich pochodzenia. A przecież cała ta kraina nosi ślady dawnego ognia.

Patrzymy na kieliszek rieslinga. Na owoc ziemi. Na kulturę budowaną przez pokolenia. I łatwo zapominamy, że gdzieś głęboko pod nią znajduje się historia dawnych procesów geologicznych, które ukształtowały ten krajobraz.

Każda kiść winogron nosi w sobie odległe wspomnienie ognia. Tak jak atom wapnia w ludzkiej kości nosi wspomnienie dawnej supernowej. Być może właśnie dlatego winorośl stała się jednym z najpotężniejszych symboli naszej cywilizacji.

Nie tylko życia lecz przemiany. Nie tylko wzrostu ale przejścia. Nie tylko trwania. Zwycięstwa nad śmiercią poprzez przemianę. To symbol, z którego wyrosło Chrześcijaństwo. I wtedy zaczyna się dziać coś jeszcze bardziej niezwykłego.

Ten sam wzór odnajdujemy w muzyce. Klasyczne allegro sonatowe od wieków opowiada historię dwóch energii, które spotykają się, ścierają i przemieniają. Ale dopiero słuchając Koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego odnosimy wrażenie, że muzyka potrafi pokazać coś jeszcze głębszego.

Nie konflikt gotowych form. Narodziny samej formy.

U Beethovena śledzimy los tematu. U Lutosławskiego śledzimy los energii. Dźwięki pojawiają się, gęstnieją, wirują, rozpadają się i ponownie organizują jak materia w rozgrzanym wnętrzu gwiazdy. Jak obłok molekularny. Jak fala supernowej. Jak lawa stygnąca na zboczu wulkanu. Nie obserwujemy rzeczy. Obserwujemy proces.

I właśnie tutaj pojawia się człowiek. Istota osobliwa. Niewyobrażalnie mała wobec ogromu czasu i przestrzeni. A jednocześnie zdolna ten ogrom dostrzec.

Cała historia naszej cywilizacji trwa krócej niż mgnienie oka w dziejach galaktyk. Jesteśmy pyłem. A jednak ten sam pył potrafi spojrzeć w niebo i rozpoznać w nim własną historię.

Potrafi odkryć, że atomy jego krwi powstały w dawnych gwiazdach. Potrafi usłyszeć w muzyce echo procesów zachodzących w naturze. Potrafi odnaleźć w słowach filozofa sprzed dwóch i pół tysiąca lat intuicję, którą współczesna nauka potwierdza coraz dokładniejszymi instrumentami.

Jesteśmy wielką małością. I małą wielkością.

Nasze umysły nie potrafią naprawdę wyobrazić sobie miliona lat ani miliarda gwiazd. Dlatego tworzymy obrazy. Tworzymy metafory. Porównujemy galaktyki do wirów. Mgławice do kwiatów. Budujemy modele. Pisujemy eseje. Komponujemy muzykę.

Nie dlatego, że Wszechświat jest podobny do naszych doświadczeń. To my próbujemy przełożyć nieznane na formę, którą potrafi objąć wyobraźnia. A jednak pośród całego tego wysiłku popełniamy jeden powtarzający się błąd.

Próbujemy zatrzymać czas poprzez posiadanie. Gromadzimy przedmioty budujemy domy, zdobywamy stanowiska. Kolekcjonujemy wspomnienia jakbyśmy chcieli powiedzieć przemijaniu:

„Zatrzymaj się tutaj. To należy do mnie.”A czas odpowiada z niezmienną cierpliwością:

„Nic nie należy do ciebie. Na chwilę powierzono ci możliwość uczestniczenia.”

Może właśnie dlatego tak bardzo porusza mnie zdanie Patricka White’a:

„W końcu nie ma końca.”

Przez lata wydawało mi się pięknym paradoksem. Dziś brzmi niemal jak definicja rzeczywistości. Bo czym jest supernowa – Końcem gwiazdy czy początkiem mgławicy?Czym są narodziny gwiazdy – końcem obłoku czy początkiem nowego świata?

Czym jest ostatni akord koncertu? Końcem muzyki czy początkiem ciszy, w której muzyka nadal trwa? Czym jest jesień winorośli – końcem życia czy przygotowaniem następnej wiosny?

Być może największym złudzeniem człowieka jest przekonanie, że istnieją końce. Może istnieją jedynie przejścia. Tak jak w muzyce. Tak jak w kosmosie. Tak jak w życiu.

Patrzymy na płomień świecy i wydaje nam się, że gaśnie. Patrzymy na gwiazdę i wydaje nam się, że umiera. Patrzymy na ostatnią stronę partytury i wydaje nam się, że muzyka dobiegła końca. A jednak za każdym razem mylimy koniec z przemianą.

Może więc Heraklit miał rację głębiej, niż sam przypuszczał. Może ogień nie jest jednym z żywiołów. Może jest imieniem przemiany. A przemiana jest drugim imieniem Wszechświata.

Pozostaje tylko jedno pytanie.

Jeżeli rzeczywiście w końcu nie ma końca, jeśli wszystko jest jedynie kolejną postacią tego samego procesu, jeśli gwiazdy, wulkany, winorośle, muzyka, życie i świadomość są tylko różnymi formami tego samego ognia – to czy Wszechświat nie jest przypadkiem czymś znacznie bardziej niezwykłym, niż odważyliśmy się dotąd przypuszczać?

A może to nie my patrzymy na jego przemianę. Może od początku to ona patrzy na siebie naszymi oczami?

 

Tomasz Trzciński

 

Spectrum – Symphonic Fantasy About Universum & The Human Soul