Tragedią polskiego wymiaru sprawiedliwości jest to, że gros sędziów nigdy w życiu nie pracowało w żadnym innym zawodzie. Ich ścieżka życiowa wygląda zazwyczaj tak:

1. ​Studia prawnicze (zaliczone na piątki),
2. ​Kolejne studia, czyli aplikacja (KSSiP),
3. ​Sądzenie.

​Od momentu odebrania nominacji sędziowskiej, aż po stan spoczynku (jak dumnie nazywa się sędziowska emerytura), ci ludzie przebywają w hermetycznym świecie sądów, paragrafów i innych sędziów. Co gorsza, zasady etyki sędziowskiej i przesadne zasady ostrożności wręcz ograniczają im kontakt z resztą społeczeństwa. W imię niezawisłości odcina się ich od normalnego, codziennego życia.

​W tym sędziowskim świecie panuje też fascynująca moralność kalendarzowa.
​O ile dla adwokata czy radcy prawnego termin sądowy to świętość, termin ścisły i absolutnie nieprzekraczalny (spóźnisz się o godzinę z powodu grypy? Twój klient przegrał sprawę), o tyle dla sędziego większość terminów ustawowych to de facto terminy „instrukcyjne”.

Czyli: sędzia powinien coś zrobić, ale jak zrobi pół roku później, to nic się nie stanie.

​Przykład z życia?

Uzasadnienie wyroku. Przepisy mówią jasno: sędzia ma na jego sporządzenie 14 dni. Jaka jest rzeczywistość? Miesiąc, trzy miesiące, pół roku, a czasem i rok oczekiwania na piśmie to norma. Sąd pisze wtedy lakoniczne tłumaczenie o „nawale pracy” i nikt nie wyciąga z tego konsekwencji.

Ale gdy adwokat prowadzący jednoosobową kancelarię nagle trafi do szpitala pod koniec swojego 7-dniowego terminu, ten sam sąd bez mrugnięcia okiem stwierdzi, że „nie dochował należytej staranności”, bo mógł pisać pismo w nocy, zanim dostał gorączki.

​Sędzia piszący takie uzasadnienia nie wie, co to znaczy prowadzić działalność gospodarczą, walczyć z awarią systemów, gdy goni cię pięć innych terminów, ani po prostu nagle, po ludzku zachorować tak, że logiczne myślenie staje się niemożliwe.

​Wymóg, by pełnomocnik „uwzględniał w planowaniu krótkotrwałe niedyspozycje zdrowotne” to dowód na całkowite oderwanie od realiów. To nie jest dbałość o profesjonalizm. To jest urzędniczy autorytatyzm przebrany w togę!

​Dopóki polscy sędziowie nie będą musieli przepracować minimum kilku lat na „wolnym rynku” jako adwokaci, radcowie czy przedsiębiorcy, dopóty będziemy czytać wyroki pisane przez robotów, a nie przez ludzi dla ludzi.

Czytaj więcej.