Było to w czasie upalnej pogody, gdy temperatura dochodziła do 40 stopniu Celsjuszy, a jednocześnie atmosferę podgrzewała afera związana z działalnością młodego lekarza Dawida Kacprzyka powiązanego z rządzącą koalicją, który w ciągu roku zarobił ponad miliard złotych oraz spór z Ukrainą o kult „Bohaterów UPA”.

W takiej właśnie atmosferze doszło do kolejnego przypadkowego spotkania pani Zosi z panem Tomkiem. Było to podczas spaceru w parny poranek. Ich mowa ciała wskazywała na to, że oboje się bardzo ucieszyli ze spotkania. Do końca nie można było więc być pewnym, czy było ono całkiem przypadkowe.

Pan Tomek w jednej chwili przemienił się ze sflaczałego dziadygi w sprężystego tygrysa, a pani Zosia pozwoliła nawet, aby kosmyk włosów wyplątał się jej z eleganckiego koka ciasno spiętego na czubku głowy i powiewał niesfornie na lewym policzku.

– Nawet o panu myślałam, panie Tomku…

– Myślała pani o mnie?

– …bo zawsze pan gadał jakieś głupoty, a teraz wszyscy mówią o Ukrainie tak ja pan i nie jest to już takie głupie, ale pan nadal gada głupoty. Zupełnie nie wiem, jak pan to robi.

– Bo ja mówię tak jak rozumiem, że bardzo chcieliśmy, aby Ukraina stała się dla nas przyjacielem i wsparciem, ale na chciejstwie nie można opierać polityki. To znaczy, my zawsze opieramy swoją politykę na chciejstwie, ale nie można…

– O to właśnie mi chodzi. Bo pan nawet wtedy, gdy ma rację, potrafi to powiedzieć tak, że brzmi to jak głupota. Dzięki temu odzyskuję poczucie stabilizacji świata. Wierzę, że to, co dziś mówią eksperci o Ukrainie, ukraińskim nacjonalizmie i UPA, jest po stronie rozsądku i prawdy naukowej, a to samo, co pan mówił wcześniej, było szaleństwem i teorią spiskową. Nic mnie nie utwierdza w tym bardziej niż pan. Więc niech pan mówi, panie Tomku.

– Ale co?

– To co zawsze, byle co, te pana wszystkie bzdury…

– Więc dobrze, pani Zosiu, jeżeli chodzi o Zełenskiego i UPA…

– Nie, nie, stop, panie Tomku. Ukrainę podałam tylko jako przykład. Są sprawy ważne i ważniejsze, musimy zachować właściwe proporcje. Ukraina spadła teraz do drugiej ligi, bo dla świata najważniejsza jest sprawa pana doktora Dawida Kacprzyka.

– No dobrze – powiedział pan Tomek, starając się ukryć iskierki rozbawienia w oczach – więc sprawa pana doktora jest o tyle ważna, że działa się przez całe lata na oczach wszystkich i nikt jej nie widział.

– Nie, panie Tomku. Sprawa doktora jest ważna, bo PiS chce na niej ugrać swój interes polityczny. Niech więc pan wreszcie powie, że to wszystko wina Tuska, a wtedy świat powróci na swoje miejsce.

– Nie, pani Zosiu, to wina naszego wzroku, że takich rzeczy sami nie widzimy, dopóki nie opiszą ich dziennikarze. Rozumie pani?

– Nie rozumiem, ale jestem cała podekscytowana, bo wyczuwam w pana słowach jakąś teorię spiskową.

– To proszę zrozumieć, że pan Dawid Kacprzyk nie działał w konspiracji, ale całkiem jawnie i na oczach wszystkich. To tak, jakby mąż bił żonę latami na oczach wszystkich i nikt tego nie widział, aż pewnego dnia przyszedł dziennikarz i nazwał to „przemocą domową”. Wtedy wszyscy nagle zobaczyli, że to była przemoc domowa. Wcześniej myśleli, że tak po prostu trzeba.

– Czyli pan broni pana doktora Kacprzyka?

– Nie, nie bronię. Jestem przerażony, że takie rzeczy widzimy dopiero wtedy, gdy nam powiedzą, że mamy je zobaczyć. Po prostu „Miasto ślepców”. Jest to dla mnie bardziej przerażające niż sama zbrodnia pana Kacprzyka.

– „Miasto ślepców” – rozumiem, że to jakaś nowa teoria spiskowa skrajnej prawicy? I kto jest winny – komuniści czy Tusk?

– Nie, pani Zosiu, oczywiście, że ruska propaganda.

Pani Zosia spojrzała na pana Tomka całkiem zaskoczona, aż jej zielone oczy rozjarzyły się kocim blaskiem, zanim zorientowała się, że pan Tomek żartował.

– I o to chodzi, panie Tomku. Dzięki takim tekstom zaczynam wierzyć, że równowaga świata jest zachowana. Więc teraz, zgodnie z hierarchią, proszę mówić o Ukrainie. Czy Zełenski oszalał?

– Już powiedziałem, pani Zosiu, bo to jest właściwie to samo – „Miasto ślepców”.

– Spisek?

– Oczywiście. I to ruski.

– Uff… – jęknęła uradowana pani Zosia i zwiewnym ruchem odrzuciła niesforny lok za ucho, skąd po chwili znowu miękko osunął się na lekko zaróżowiony policzek.

– Nikt nie widział, że Ukraina opiera się na kulcie banderyzmu, aż nagle wszyscy zobaczyli. Cud, jak Boga kocham.

– Ależ panie Tomku, zamiast się cieszyć, że nasze społeczeństwo na początku wojny zjednoczyło się w słusznej sprawie wsparcia dla Ukrainy przeciw rosyjskiej agresji, a teraz równie solidarnie występuje przeciwko upamiętnianiu zbrodniarzy na Ukrainie, pan znowu doszukuje się jakiegoś spisku i gada głupoty.

– No właśnie, pani Zosiu. Mnie po prostu przeraża taka solidarność. Wie pani, co było dla mnie pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak z tym naszym proukraińskim entuzjazmem? Wtedy, gdy zorientowałem się, że dziennikarze zajadle krytykujący polski patriotyzm przedzierzgnęli się nagle w żarliwych patriotów ukraińskich. Poczułem wówczas niesmak, że mam myśleć to co oni. To własnie skłoniło mnie do bardziej krytycznego spojrzenia na proukraińską politykę polskiego państwa.

– I nawet zbrodnia w Buczy nie rozwiała pana wątpliwości?

– Nie, bo nigdy nie usprawiedliwiałem rosyjskiej agresji. Potępiam wszystkie zbrodnie wojenne. Sprawcy zbrodni w Buczy powinni zostać ukarani. Nie oznacza to jednak, że ludzie, którym nie ufam, mają mówić mi, co mam myśleć, szantażując mnie Buczą.

– Bo pan nie wie, co ma myśleć. A co pan myśli?

– Że ci sami ludzie, którym nie ufałem wcześniej, dziś przypomnieli sobie nagle o Wołyniu i zaczęli krytykować Ukrainę za kult UPA. Więc ja znowu odruchowo nacisnąłem hamulec. Bo są w Polsce ludzie, którzy działają na mnie jak hamulec bezpieczeństwa. Gdy oni zaczynają wygłaszać poglądy mi bliskie, ja wiem, że jest coś nie tak i rozglądam się, gdzie się pali i na jaką wojnę chcą mnie wysłać.

– Tego właśnie potrzebowałam. Nie wie pan, jak mi tych pana bzdur brakowało. Aż zaczynałam tracić orientację. Dlatego żegnam cieplutko, panie Tomku.

Pani Zosia wcisnęła niesfornego loka do koka i odeszła. A żar nadal lał się z nieba.