Od 13 roku życia interesuję się tematyką bezpieczeństwa i z „przerwami” wracałem do tego.

Najbardziej bezradny byłem, kiedy mieszkałem w Krakowie i miałem małe dzieci.

Wielkie miasta to cholerna pułapka. To cholerny kurnik w którym po odcięciu dopływu prądu do niego kury się poduszą, zadziubią, zdechną z głodu we własnych odchodach.

Wielkie miasta to smród, brud i ubóstwo w kilka tygodni dla jego mieszkańców (z chwilą zatrzymania dostaw do miasta i zatrzymania odprowadzania „gówna”, wszelkich odpadów, które masowo produkuje każdego dnia).

W wielkich miastach jest w cholerę ludzi chorych, których podtrzymuje w stanie nie zagrażającym ich życiu i życiu ich sąsiadów działający system.
Wszelkie zaburzenia w nim oznaczają natychmiastowe zagrożenie chorobami o których ludzie dziś zapomnieli (ich istnieniu).

Już to pisałem. To w „cholernym” Krakowie dowiedziałem się co to świerzb. Jakiś burdas „sprzedał mi go”, zapewne jeden z wielu, który każdego dnia korzysta tam z komunikacji miejskiej i z wielu innych miejsc dostępnych publicznie dla tysięcy.
Wyjątkowo uciążliwe paskudztwo, którego pozbycie się trwa dość długo, choć nie zagraża bezpośrednio życiu.

W blokach, kamienicach, domach, ośrodkach opieki, … głodni, spragnieni ludzie z tych miejsc wyjdą pewnego dnia, rozłożą ręce i powiedzą „ratujcie”.

Jeszcze inni staną się zagrożeniem dla słabszych, mniej zaradnych.

Podaję scenariusz III światowej a nie tej „popierdułki”, która ma miejsce nadal na Ukrainie.

Autor: Diario