Gdzie kończy się dbałość o bezpieczeństwo państwa, a zaczyna kafkowski absurd? W centrum tego dylematu leży jedno z najstarszych i najbardziej toksycznych narzędzi: donos.
Zastanawiam się nad prawną i filozoficzną naturą donosu.
Sama w sobie instytucja sygnalizowania nieprawidłowości ma sens, ale pod jednym bezwzględnym warunkiem: weryfikacji. Bezwarunkowa wiara w każdą dostarczoną „informację” to prosta droga do paraliżu, a wręcz demontażu struktur państwowych.
Wyobraźmy sobie system, w którym wystarczy jedna niesprawdzona notatka, by usunąć z instytucji, agencji czy ministerstwa dowolną osobę. Koniec, kropka. Jeśli nie ma surowej, nieuchronnej odpowiedzialności donosiciela za fałszywe pomówienie (a kara za kłamstwo powinna być wręcz wyższa niż za rzekomy czyn!), tworzymy system absolutnej bezkarności.
Dla kogo to jest opłacalne?
– Dla kogoś, kto chce po trupach zwolnić sobie wakat.
– Dla osób załatwiających prywatne, małostkowe porachunki.
– W skali makro – dla wrogich służb (np. rosyjskich), które cudzymi rękami mogą w łatwy sposób eliminować z gry kluczowych urzędników państwowych.
Jak obronić się przed zarzutem, którego nie można poznać, bo nie ma na niego dowodów, a całość została utajniona? Nie da się. Rzymska zasada prawa do obrony rozbija się tu o ścianę państwowego formalizmu. Traci na tym nie tylko zniszczony człowiek, ale całe państwo, które samo pozbawia się fachowców.
Dlaczego o tym piszę? Dzisiaj przygotowywałem odwołanie od decyzji opartej na donosie. Historia jest wręcz (jak dla mnie) podręcznikowa.
Pewien dyplomata, służący krajowi, osiem lat temu wszedł w konflikt z kierownikiem placówki, na której przebywał. Przełożony napisał na niego donos. Mija 8 lat. Rok temu ów dyplomata występuje o standardowe przedłużenie uprawnień dostępu do informacji niejawnych.
Decyzja ABW? Odmowa.
Uzasadnienie? Całkowicie utajnione – powołano się na „tajemnicę państwową”.
Mamy więc sytuację, w której państwo odbiera człowiekowi możliwość wykonywania zawodu na podstawie konfliktu sprzed dekady, nie dając mu żadnej szansy na odniesienie się do zarzutów, bo te są „tajne”.
Z punktu widzenia filozofii prawa to sytuacja dramatyczna. Prawo, które chroni anonimowego oskarżyciela, a ofierze wiąże ręce i knebluje usta tajemnicą państwową, przestaje być narzędziem sprawiedliwości. Staje się narzędziem opresji.
Jeśli utajniony donos staje się wyrokiem, to czy wciąż żyjemy w państwie prawa, czy już w państwie podszeptów? Zostawiam Państwa z tym pytaniem.
Zostaw komentarz