Kiedyś mówiło się, że Polacy nie czytają książek. Dziś wypadałoby zapytać, czy w ogóle rozumieją to, co czytają. Bo sądząc po internetowych dyskusjach, komentarzach i narodowym oburzeniu na wszystko, co akurat wyświetli się na ekranie telefonu, można odnieść wrażenie, że czytanie ze zrozumieniem stało się umiejętnością równie rzadką jak przyznanie się do błędu.
Nie wiem, czy zauważyliście, ale żyjemy w czasach, w których wszyscy wszystko wiedzą. Każdy jest ekspertem. Od geopolityki, medycyny, ekonomii, wychowania dzieci, prawa międzynarodowego i oczywiście polityki. Szczególnie polityki. Wystarczy telefon, dostęp do internetu i kilka minut spędzonych na Facebooku, żeby zostać specjalistą od wszystkiego. Dyplom niepotrzebny. Wiedza również. Najważniejsze, żeby mieć opinię. Najlepiej zdecydowaną, głośną i odporną na jakiekolwiek argumenty. A przeczytać artykuł? Po co? Przecież tytuł wystarczy.
Kiedy przeczytać nie znaczy zrozumieć
Zastanawiam się czasami, w którym momencie zaczęliśmy mylić dostęp do informacji z posiadaniem wiedzy. Jeszcze nie tak dawno zdobycie informacji wymagało pewnego wysiłku. Trzeba było sięgnąć po książkę, zajrzeć do encyklopedii, albo poszukać odpowiedzi w bibliotece. Dzisiaj wystarczy tylko kilka sekund. Mamy dostęp do niemal nieograniczonych zasobów wiedzy, a mimo to coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie zawsze potrafimy z nich korzystać. I nie chodzi nawet o to, ile czytamy, a raczej, co z przeczytanych treści zostaje w naszej głowie. Wystarczy przyjrzeć się dyskusjom pod artykułami publikowanymi w internecie. Zdarza się, że komentarze pojawiają się niemal natychmiast po udostępnieniu tekstu. Czy ich autorzy zdążyli zapoznać się z całością? Być może niektórzy tak. Inni najwyraźniej zatrzymali się na tytule. Co ciekawe, często komentują nie to, co zostało napisane, ale to, co sami uznali za intencję autora. I właśnie tutaj pojawia się problem. Bo czytanie ze zrozumieniem nie polega wyłącznie na rozpoznawaniu słów. To przede wszystki umiejętność dostrzegania sensu wypowiedzi, rozumienia kontekstu, odróżniania faktów od opinii i wyciągania wniosków. I najważniejsze, to umiejętność zauważenia, że autor niekoniecznie napisał to, co chcielibyśmy mu przypisać.
Co mówią liczby?
Sięgnęłam do badań, według Biblioteki Narodowej w 2025 roku 41 procent Polaków w wieku co najmniej 15 lat zadeklarowało przeczytanie przynajmniej jednej książki w ciągu roku. Oczywiście można dyskutować, czy to dużo, czy mało. Warto jednak pamiętać, że statystyki dotyczące czytania książek nie pokazują całego obrazu. Przecież codziennie czytamy wiadomości, dokumenty, instrukcje, korespondencję czy informacje zamieszczane w internecie. Znacznie bardziej zastanawiające są wyniki badań dotyczących umiejętności rozumienia tekstu. I tak międzynarodowe badanie kompetencji dorosłych PIAAC, przeprowadzone w latach 2022–2023, pokazało, że 39 procent badanych dorosłych Polaków osiągnęło pierwszy lub niższy poziom umiejętności rozumienia tekstu. Nie oznacza to, że osoby te nie potrafią czytać. Oznacza natomiast, że mogą mieć trudności z bardziej złożonymi zadaniami wymagającymi wyszukiwania, interpretowania i wykorzystywania informacji. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej liczbie. Nie dlatego, żeby kogokolwiek oceniać. Raczej dlatego, żeby zastanowić się nad jej znaczeniem. Przecież umiejętność rozumienia tekstu potrzebna jest nam niemal każdego dnia. Kiedy podpisujemy umowę, czytamy pismo z urzędu, analizujemy warunki kredytu albo próbujemy zrozumieć informacje dotyczące naszego zdrowia. To nie jest już kwestia szkolnej lektury, to kwestia codziennego życia.
Czego właściwie uczymy w szkołach?
Jako osoba związana z edukacją szczególnie przyglądam się temu, jak rozwijamy umiejętność czytania ze zrozumieniem. Od najmłodszych lat dzieci uczą się rozpoznawania liter, składania wyrazów, a następnie czytania coraz bardziej rozbudowanych tekstów. Z czasem dochodzą pytania dotyczące treści, interpretacje i próby samodzielnego formułowania wniosków.Tyle że pomiędzy poprawnym przeczytaniem tekstu a rzeczywistym jego zrozumieniem istnieje ogromna różnica. Uczeń może bezbłędnie przeczytać opowiadanie, a mimo to nie dostrzec jego najważniejszego przesłania. Może zapamiętać wydarzenia, ale nie rozumieć motywacji bohaterów. Może też nauczyć się odpowiedzi, której oczekuje nauczyciel, nie potrafiąc samodzielnie uzasadnić własnego zdania. Nie jest to problem wyłącznie polskiej szkoły. Podobne wyzwania dotyczą systemów edukacyjnych w wielu krajach. Warto jednak zastanowić się, czy wystarczająco dużo miejsca poświęcamy rozmowie o przeczytanym tekście. Nie tylko sprawdzaniu, czy uczeń pamięta jego treść, ale również temu, czy potrafi ją zinterpretować, zakwestionować przedstawiony argument i wyjaśnić, dlaczego doszedł do określonego wniosku. Bo przecież nie chodzi o to, żeby wszyscy myśleli tak samo. Chodzi o to, żeby potrafili myśleć samodzielnie.
Świat zamknięty w ekranie telefonu
Jest jeszcze jedna kwestia na „prawie” koniec, której nie sposób pominąć. Zmienił się sposób, w jaki docierają do nas informacje. Coraz częściej nie szukamy ich sami. To one znajdują nas. Pojawiają się na ekranie telefonu, pomiędzy zdjęciami znajomych, reklamami i krótkimi filmami. Jedna wiadomość zastępuje kolejną. Zanim zdążymy zastanowić się nad pierwszą, naszą uwagę przyciąga następna. W takim świecie łatwo przyzwyczaić się do powierzchownego odbierania treści. Przeczytać kilka zdań. Wyrobić sobie opinię. Przesunąć ekran dalej. Nie twierdzę, że internet jest źródłem wszystkich problemów. Dzięki niemu mamy dostęp do wiedzy, o której wcześniejsze pokolenia mogły tylko marzyć. Możemy poznawać historię, uczyć się języków, korzystać z archiwów i rozmawiać z ludźmi mieszkającymi na drugim końcu świata. Sama możliwość dotarcia do informacji nie gwarantuje jednak jej zrozumienia. A szybkość, z jaką dzisiaj otrzymujemy wiadomości, nie zawsze pozostawia nam czas na zastanowienie się nad ich znaczeniem.
Kiedy emocje zastępują argumenty
Szczególnie wyraźnie widać to w dyskusjach dotyczących spraw społecznych i politycznych. Czasami wystarczy jedno zdanie, żeby wywołać lawinę komentarzy. Niekiedy nawet nie zdanie, lecz pojedyncze słowo. Zaczyna się dyskusja, w której coraz mniej miejsca pozostaje na rzeczywistą treść wypowiedzi. Zamiast próby zrozumienia stanowiska drugiej osoby pojawia się potrzeba natychmiastowej odpowiedzi. Zamiast argumentów — oceny. Zamiast rozmowy — wzajemne oskarżenia. Najbardziej zastanawia mnie jednak coś innego. Jak często potrafimy przeczytać opinię, z którą się nie zgadzamy, i mimo wszystko spróbować zrozumieć, dlaczego ktoś myśli inaczej? Nie musimy przecież zmieniać własnego zdania. Ale czy nie powinniśmy przynajmniej poznać argumentów drugiej strony? Mam wrażenie, że właśnie tej umiejętności coraz bardziej potrzebujemy. Bo rozumienie tekstu to również gotowość do przyjęcia, że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana niż nagłówek artykułu.
Patrząc z pewnej odległości
Mieszkając poza Polską, można spojrzeć na niektóre zjawiska z innej perspektywy. Nie dlatego, że za granicą ludzie czytają uważniej albo zawsze lepiej rozumieją otaczający ich świat. Problemy z dezinformacją, powierzchownym odbieraniem wiadomości i polaryzacją społeczną nie kończą się przecież na polskiej granicy. Zmienia się jednak punkt obserwacji. Z pewnej odległości łatwiej czasami zauważyć, jak bardzo nasze rozmowy zostały podporządkowane emocjom. I jak trudno oddzielić rzeczywisty przekaz od tego, co dopowiadamy sobie sami. Przyglądając się dyskusjom w polskich mediach, zastanawiam się, czy jeszcze próbujemy przekonać się nawzajem za pomocą argumentów, czy może coraz częściej zależy nam jedynie na potwierdzeniu własnych przekonań. Nie mam na to jednej odpowiedzi, ale myślę, że warto postawić to pytanie.
Czy sztuczna inteligencja będzie czytać za nas?
Do tego wszystkiego dochodzi kolejna zmiana. Sztuczna inteligencja. Dzisiaj możemy poprosić program komputerowy o streszczenie książki, wyjaśnienie artykułu, analizę dokumentu czy przygotowanie odpowiedzi na niemal dowolne pytanie. To niezwykłe możliwości, ale pojawia się też pewna wątpliwość. Co stanie się z naszą umiejętnością samodzielnej analizy tekstu, jeżeli coraz częściej będziemy powierzać to zadanie technologii? Oczywiście sztuczna inteligencja może być bardzo pomocnym narzędziem. Podobnie jak kiedyś kalkulator, komputer czy wyszukiwarka internetowa. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajemy sprawdzać otrzymywane odpowiedzi. Bo nawet najbardziej przekonująco sformułowana informacja może być błędna. Jeśli nie potrafimy samodzielnie ocenić jej sensu, trudno będzie nam ten błąd zauważyć. Być może właśnie dlatego umiejętność czytania ze zrozumieniem stanie się w najbliższych latach jeszcze ważniejsza niż dotychczas.
Nie chodzi tylko o książki
Kiedy mówi się o kryzysie czytelnictwa, najczęściej pojawiają się apele o częstsze sięganie po książki i słusznie. Literatura rozwija wyobraźnię, wzbogaca język, pozwala poznawać różne doświadczenia i spojrzeć na świat oczami innych ludzi. Czytanie ze zrozumieniem nie kończy się na ostatniej stronie powieści. Potrzebujemy go również wtedy, kiedy próbujemy zrozumieć drugiego człowieka. Kiedy czytamy jego wypowiedź i nie dopisujemy do niej własnych uprzedzeń. Kiedy potrafimy oddzielić to, co zostało rzeczywiście powiedziane, od tego, co nam się wydaje. Kiedy zamiast natychmiast reagować, zatrzymujemy się na chwilę i zastanawiamy, to pozornie niewielka różnica, a jednak potrafi zmienić bardzo wiele.
I właśnie tutaj wracam do pytania z początku
Czy Polacy jeszcze czytają ze zrozumieniem? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. I nie sądzę, żeby uczciwie można było to zrobić. Nie jesteśmy przecież społeczeństwem jednakowych ludzi. Różnimy się doświadczeniem, wykształceniem, zainteresowaniami i sposobem patrzenia na świat. Nie brakuje wśród nas osób, które czytają, analizują, szukają odpowiedzi i nie boją się zadawać trudnych pytań. Nie możemy również ignorować wyników badań pokazujących, że rozumienie tekstu stanowi dla znacznej części dorosłych realne wyzwanie. Być może więc zamiast kolejny raz zastanawiać się, dlaczego Polacy nie czytają książek, powinniśmy zacząć rozmawiać o tym, czego właściwie oczekujemy od czytania. Czy wystarczy nam znajomość słów? Czy może chcielibyśmy, żeby za przeczytanym zdaniem pojawiała się również refleksja? Kiedy myślę o tym wszystkim, wracam do obrazu człowieka siedzącego przed ekranem telefonu. Przegląda kolejne wiadomości. Zatrzymuje się przy jednym nagłówku. Czyta kilka zdań. Po chwili wpisuje komentarz. Nie wiem, czy przeczytał cały artykuł. Nie wiem, czy zrozumiał intencję autora.Wiem natomiast, że za moment jego komentarz przeczytają inni. Być może odpowiedzą. Być może udostępnią go dalej. I tak z kilku zdań powstanie kolejna dyskusja. Dyskusja, w której pierwotny sens tekstu może zupełnie zniknąć. I właśnie dlatego coraz częściej myślę, że jednym z największych wyzwań współczesnej edukacji nie jest już samo nauczenie człowieka czytania. Jest nim nauczenie go zatrzymywania się nad tym, co przeczytał. Bo czasami najważniejsze nie jest to, ile informacji potrafimy przeczytać w ciągu jednego dnia, ale czy choć jedną z nich naprawdę zrozumieliśmy.
Agnieszka Liburska
LIBURSKY PRODUCTION
Źródła:
Biblioteka Narodowa, „Stan czytelnictwa książek w Polsce w 2025 roku”.
OECD, Survey of Adult Skills 2023 (PIAAC), wyniki opublikowane w grudniu 2024 roku.
Instytut Badań Edukacyjnych – Państwowy Instytut Badawczy, opracowania wyników badania PIAAC.
Zostaw komentarz