Tak tu w jaskini poprzedniej wiosny podczas roztopów kapało, że aż w skalnej niszy kałuża się utworzyła. Zwyczajna na oko: trochę wody, kamień na dnie, dwa grzyby przy brzegu. Tyle że kto się nad nią pochylił, ten nie widział sklepienia ani własnej twarzy. Każdemu pokazywała co innego.

Wtedy zrozumieliśmy, że to nie kałuża, tylko lustro. Matula Natura zainstalowała. Bez przetargu, konsultacji społecznych i unijnej tabliczki.

Pierwszy zajrzał do niej taki jeden, co na zbawców Bałwanolandu głosował. Lustro pokazało mu jakieś papiery poukrywane w nodze od stołu. Tak się bidok wystraszył, że zaraz pobiegł odciski palców z nich wycierać. Głosował, potem zapomniał. Lustro nie zapomniało.

Inny zasię z ciekawości powstrzymać się nie mógł. Temu pokazało, że w nagrodę za głos oddany na zbawców dostanie zakaz jeżdżenia swoją nową furą. Najpierw zaniemówił, potem odzyskał mowę, ale tylko w zakresie jednej litery. Mówił o „k…” i o „k…”, jakby chciał jajko znieść.

Ale złote.

Na koniec wybiegł, wieszcząc, że ma to lustro w d…

Nie wiadomo: może w domu. Albo w donicy. A może w garażu?

Kiedy zaś taka jedna z Kłodzka — czy może z klocka — spojrzała, ciekawa, czy jest najpiękniejsza na świecie, kałuża pokazała jakąś wiedźmę z psem. Wiedźma wyciągnęła rękę, a pies warczał.

Nie dlatego, że nie chciał być pogłaskany. Warczał, żeby już więcej nie głaskała.

Innej, tej z Nysy, podobno powódź pokazało. Tyle że koło domu sucho, koło zakładu sucho, a po wodzie same numery kont płynęły. Jedne krajowe, inne zagraniczne, wszystkie dziwnie znajome.

Dziwne to lustro. Pokazuje nie to, co człowiek chciałby zobaczyć, lecz to, czego najbardziej nie chce wyjaśniać.

W końcu zajrzał do niego sam zbawca zbawców. I zobaczył koło fortuny. Nie teleturniej — po prostu obok fortuny stał jakiś człowiek i kazał mu kryptowalutami płacić za przelot rządową linią Okęcie–Sopot.

Kto? Nie powiedział. Jakiś Mral czy Graal. Może nawet Święty Graal. Nieważne.

Ważne, że za człowiekiem jego koń Pe-Gaz poleciał aż do Kataru.

Nie pytajcie, jak to wszystko się łączyło. Lustro nie jest komisją śledczą. Pokazuje tylko obrazy, które najbardziej denerwują oglądającego.

Potem przyszedł pewien minister od tych z kancelarii bałwana. Ten sam, który kredyt podpisał. Spojrzał i zobaczył procent. I go zmroziło. Trzeba go było wystawić do wiatru żeby do siebie doszedł.

Bo procent był ponoć nieznany.

Tak nieznany, że zdążył oprocentować miejscową ludność aż do 2070 roku. Teraz będą pracować nie na życie, tylko na spłatę. Bo taki kredyt jest szybszy od ruchów górotwórczych: nim góra zdąży się sfałdować, on już urośnie, dojrzeje i wypuści odsetki.

Jak grzyb po deszczu. Tyle że w jaskini.

Gdy wieść o lustrze się rozeszła, musieliśmy wprowadzić kaucję. Jeden chciał kałużę zasypać, drugi odwrócić do ściany, trzeci powołać komisję do zbadania, dlaczego odbicie nie stosuje się do uchwał większości.

Niejeden się tu odtąd przewinął. I niejeden, choć najpierw kaucję za możliwość spojrzenia wpłacił, później już jej odbierać nie chciał. Byle tylko szeroko nie rozpowiadać, co — albo kogo — zobaczył.

A ten z cokołu, kiedy ujrzał, co ujrzał, zaczął topnieć. Jakby go nagle jakieś płomienie smagać zaczęły. Nawet sejmowy uśmiech mu zrzedł. Wyleciał z jaskini jak z procy, krzycząc, że teraz usłyszymy same kłamstwa, a nieco później znowu coś nagrał przed talerzem zupy.

Zupa prawdę ci powie. A nasze lustro prawdę przepowie. Upiększać nie będzie.

To nie sondaże rządowe.

Zajrzyjcie, jeśli macie odwagę.