Początkowo chciałem umieścić tytuł nawiązujący do bodaj czy nie najważniejszej książki Pawła Jasienicy – Rozważania o wojnie domowej. Bo przecież to, co dzieje się we Francji tak naprawdę jest walką… pomiędzy jej obywatelami.
To nie pomyłka, proszę Państwa. Rozmawiałem wielokrotnie z różnymi obywatelami Francji (najczęściej co prawda o polskich bądź rosyjskich korzeniach) lekko drwiąc ze składu ich drużyny narodowej. Za każdym razem słyszałem, że jako Polak, a zatem pochodzący z tej gorszej części Europy, jestem… przesiąknięty rasizmem.
Bo to przecież Francuzi są! Co prawda nie z dziada-pradziada, ale taki Kylian Mbappé to już rodowity Francuz jest. Przyszedł bowiem na świat w Paryżu. Nieistotne, że jego ojciec pochodzi z Kamerunu, matka zaś z Algierii…
Tu właśnie jest największy problem. Tradycyjni (czyli biali) Francuzi łatwo przełknęli tę żabę i uważają obywateli o innej karnacji za takich samych jak oni. Trudno mówić o wyznaniu, albowiem antyreligijna tradycja sięga we Francji połowy XVIII wieku. Religii zdają się więc nie zauważać.
Ale w drugą stronę to już nie działa.
Zwłaszcza, że Francja zrobiła wyjątkowo dużo, aby teraz zbierać owoce…
Zaczęło się dość niewinnie. W latach 30-tych ubiegłego wieku nad Sekwaną wyrósł nowy twór ideologiczny. Późniejszy prezydent Senegalu Léopold Sédar Senghor wraz z Aimé Fernand David Césaire’m i Léon-Gontran Damas’em (wszyscy czarni jak heban) utworzyli filozofię negritude. Po polsku była to filozofa murzyńskości.
Generalnie na przestrzeni kilkunastu lat doprowadziła do tego, że również filozofowie o tradycyjnej karnacji (a w ślad za nimi postępowa lewica) zaczęli uznawać, że śpiewy rytualna Papuasów wywarły równie mocny wpływ na kulturę jak chorały gregoriańskie czy cała twórczość J. S. Bacha. O ile nie większy…
To już historia, aczkolwiek próby jej odgrzewania ciągle trwają. Dlatego mamy nowy odlot – m. in. dekolonializacja muzeów!
Po prostu mamy wymazać z pamięci kilka wieków europejskiej historii. Przy czym nie do końca – pamiętać mamy jedynie o tym, że kolonializm był niedobry i czarnym z tego tytułu należy się odszkodowanie.
I ni słowa, że płynący do Afryki po „czarne złoto” kapitanowie statków niewolniczych kupowali ludzi niczym bydło od innych Afrykanów…
Czy w takiej sytuacji może dziwić rozpierducha totalna we Francji?
Brytyjski dziennikarz Tim Stanley (TheTelegraph) wieszczy paneuropejską Apokalipsę. W tekście opublikowanym 19 października br. pisze:
To się stanie. Wszyscy podążamy tą samą szybką ścieżką ku załamaniu fiskalnemu i społecznemu.
Najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem, to to, że dzieciaki w Paryżu buntują się z powodu „nierówności edukacyjnych” . Uczyłem się w klasach 30-osobowych w drewnianych barakach tak zimnych, że zimą można było zobaczyć swój oddech, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby podpalić ratusz .
To nie jest „uzasadniony wyraz gniewu”, to patologia, dowód na to, że cała Europa – nie tylko Francja – ma raka, którego przemoc i rozkład są jedynie objawami. Nasz guz to zła filozofia. Narasta od lat.
W ten weekend w Albanii, Belgii, Włoszech i Portugalii wybuchły zamieszki – i dlaczego Wielka Brytania nie miałaby być następna? Protesty na mniejszą skalę trwają tu od jakiegoś czasu; zaufanie do rządu jest zerowe. Niemal każdy kraj zachodni zmaga się z masową migracją i rozpadem państwa opiekuńczego. To pierwsze podsyca napięcia społeczne, a drugie, mające na celu zamaskowanie takich pęknięć, kończy finanse.
Osobiście pamiętam jeszcze liczniejsze klasy. W podstawówce było nas 43. W liceum ciut więcej – „tylko” 44. A przecież ponad połowa została lekarzami, część zootechnikami, nie zabrakło filologów, inżynierów i prawników (dokładnie po dwoje z każdej kategorii).
Nasz bunt z 1980 roku był dokładnie wymierzony w samo centrum zniewolenia. Była to niezgoda na najbardziej nieludzki system w dziejach, jaki za przyzwoleniem Churchilla i Roosevelta stał się naszym udziałem na przeszło cztery dekady.
A jaka jest faktyczna przyczyna obecnej francuskiej rewolty?
Stanley:
W 1968 roku filozof Roger Scruton przebywał w Paryżu, gdzie z bezpiecznego miejsca w swoim mieszkaniu był świadkiem rewolucji. Ta scena uczyniła z niego torysa. „Policjanci [zostali] ranni, samochody podpalane, skandowane hasła, graffiti nabazgrane” – jak, zapytał lewicowego przyjaciela, można usprawiedliwić tak bezmyślną destrukcję?
Odpowiedziała książką (bardzo po francusku) zatytułowaną „Les Mots et Les Choses ” historyka Michela Foucaulta, który stał się najczęściej cytowanym uczonym w dziedzinie nauk humanistycznych. Była ona „przemyślna” i „szatańska”, wspominał Scruton ; ćwiczenie z retoryki, które dowodzi, że nic nie jest „prawdziwe”, a kultura to „dyskurs władzy”. Gdzie jest władza, tam jest ucisk, a „gdzie jest ucisk, tam jest prawo do niszczenia. Na ulicy pod moim oknem znajdowało się przełożenie tego przesłania na czyny”.
Wtedy, podobnie jak teraz, rewolucjoniści nie mieli żadnego pozytywnego programu zmian: po prostu czerpali przyjemność z demolki, a im zuchwalszy atak, tym lepiej. Po co palić ładny pałac, albo – jak aktywiści w National Gallery – oblewać Van Gogha zupą? Bo są piękne.
Profanacja piękna jest ekscytująca; nikt nie zadałby sobie trudu podpalenia Centrum Pompidou. Każdy, kto obejrzy współczesne nagrania z Paryża, zobaczy, że uczestnicy zamieszek świetnie się bawią, wręcz orgię, a przekonanie o ich świadomej polityce stawia wóz przed koniem. Radykalna polityka jest sposobem na usprawiedliwienie barbarzyńskich czynów, stąd tak wiele z tego, co uchodzi za współczesną filozofię, to po prostu szaleństwo z przypisami.
„Chcę darmowych rzeczy”. Nazwiemy to socjalizmem. „Nie chcę żyć według odwiecznego prawa moralnego”. Świeckością. „Nie chcę dzieci, odmawiam opieki rodzicom i odmawiam pracy”. Będziemy importować pracowników i nazywać to multikulturalizmem.
Tragedią Zachodu jest to, że zamiast odrzucić błędne filozofie, usiłował je wpleść w społeczny konsensus, czego kolejnym przykładem jest Republika Francuska, która celebruje egzekucję króla i królowej Burbonów. W całej Europie nowoczesne instytucje – przesiąknięte wątpliwościami i nękane niejednoznacznością „czym jest prawda?” – okazują się z natury niestabilne, od banków centralnych pompujących pieniądze w piramidy finansowe, po szkoły, które rezygnują z takich wyświechtanych panaceów jak „czytanie i pisanie”.
To, co łączy białą młodzież i migrantów-buntowników, to „nic”: nicość jako system wartości. Nauczono ich, że europejska historia to kłamstwa i wyzysk, więc nie ma innej podstawy lojalności niż wspólna, zmysłowa radość z popełniania przestępstw.
Zauważ, że jeśli już zajmują budynek, rzadko wywieszają zachodnie symbole solidarności, takie jak sierp i młot czy trójkolorowa flaga. Wywieszają flagę Palestyny. Narodu, w którym nigdy nie byli, a który zdaniem izraelskich kartografów nie istnieje. Parafrazując Edith Piaf , francuska młodzież niczego nie żałuje, bo niczego nie kocha, ale winę ponoszą rodzice i nauczyciele. Wyobcowanie młodzieży to werdykt historii na temat starych.
Istnieje alternatywa dla tego bałaganu. Scruton, w tym szalonym maju, przypadkiem czytał pamiętniki Charles’a de Gaulle’a, które zaczynają się od słów: „Przez całe życie miałem pewne wyobrażenie o Francji…”. To zwaliło Scrutona z nóg. Oto naród definiowany nie, jak to mają w zwyczaju Anglosasi, przez „instytucje czy granice”, lecz przez „język, religię i kulturę wysoką”, co prowadziło do polityki mniej polegającej na kłótniach – lewica kontra prawica – a bardziej na byciu, byciu Francuzem, byciu rodziną itd.
To lekcja kontrkultury, która najwyraźniej przeżywa renesans. Zaledwie trzy tygodnie temu tysiące ludzi zgromadziły się, by powitać papieża w Paryżu , a punktem kulminacyjnym była parada francuskich świętych, która – bez etnicznego szowinizmu – stanowiła inspirujący pokaz historycznej tożsamości. Dziewczyna przejechała po arenie przebrana za Joannę d’Arc: niewyobrażalne w Wielkiej Brytanii, gdzie zamieniono by ją na Clare Balding lub ducha Nelsona Mandeli.
Fakt, że w sercu Francji ma miejsce odrodzenie religijne, stanowi wyzwanie nie tylko dla islamizmu, ale i dla konsensusu, na którym zbudowana jest świecka republika: dokonuje się ono poza państwem, niezależnie od elitarnych instytucji kulturalnych, a nawet w konflikcie z hierarchią duchowną. Jest to odrzucenie 250 lat szaleństwa, być może samej polityki. Skoro obecną Francją nie da się rządzić, po co w ogóle próbować? Lepiej odciąć się od chaosu i tworzyć zwarte, intencjonalne wspólnoty, czekając, aż nowoczesność się wyczerpie.
To się stanie. Wszyscy podążamy tą samą szybką ścieżką ku załamaniu fiskalnemu i społecznemu, a, jak żartowali inni, wszelka brytyjska przyjemność z upadku Francji jest osłabiona przez narastający strach, że to my będziemy następni. Pytanie brzmi, czy dysponujemy tymi samymi zasobami kulturowymi i filozoficznymi, by wytrzymać ten ból? Odpowiadam z galijskim wzruszeniem ramion: „Bof…”
Tymczasem odpowiedź jest prosta, aczkolwiek wykraczająca zdecydowanie poza ramy obowiązującej (jeszcze) politycznej poprawności.
Zagraża nam islamolewica.
Na tym etapie ich cele są tożsame. I lewactwo, i islamiści dążą bowiem do destrukcji liberalnego (a zatem lewicowego!!!) państwa.
To trochę tak, jak z polską opozycją w latach 1980-tych. Cel negatywny, jakim było obalenie narzuconego nam systemu łączył wszystkich jego wrogów. Kto dzisiaj pamięta, że zarówno Michnika jak i Kuronia można było wysłuchać w kościele, z reguły zaraz po mszy?
Dopiero później doszło do podziału. Każda grupa miała bowiem swój cel pozytywny, odmienny od pozostałych.
Tak samo w dzisiejszej Francji. Islam chce zbudować kolejny emirat, w którym prawo szariatu będzie obowiązujące. Lewactwu natomiast wystarczy sama destrukcja… Na tym etapie łączy ich nienawiść do Republiki.
Najwyraźniej państwo lewicowe, próbujące realizować lewicowe postulaty, jest… zbyt mało lewackie dla tej drugiej grupy.
To akurat nie powinno nas dziwić.
Przecież w Polsce, nie wiedzieć dlaczego, od kilku dekad lansuje się tzw. list otwarty do partii Kuronia i Modzelewskiego (18 marca 1965 r.) jako przejaw działalności opozycyjnej. Tymczasem była to krytyka rządów Gomułki przeprowadzona z pozycji ultramarksistowskich. Gdyby faktycznie coś takiego zrealizowano wówczas okres tzw. stalinizmu musiałby być wspominany jako… demokratyczny i liberalny. 😉
Tymczasem niezależny obserwator widzi wyraźnie, że Lewica, a raczej światowe lewactwo, pozostaje w zaślepieniu.
Ich walka z Prawicą (czy też z tymi, których za takową postrzegają) zaczyna przypominać sytuację opisaną… 72 lata temu przez Arkadija i Borysa Strugackich w powieści Trudno być bogiem.
Wielka walka dwóch stronnictw (jedno wyraźnie wzorowane na SA z czasów Republiki Weimarskiej w Niemczech) zamiast prymatu jednego z nich prowadzi do objęcia władzy… przez trzecią siłę.
A zatem walka Lewicy z Prawicą będzie oznaczała triumf…. Islamu. Co prawda jeszcze nie u nas, ale sztandar Proroka na Bramie Brandenburskiej czy wieży Eiffla coraz bardziej jest prawdopodobny.
Oriana Fallaci pisała przed laty:
Jak to możliwe, że tak zwani lewicowi nie wspominają już ostrzeżenia Karola Marksa „religia to opium dla mas”? Jak to się dzieje, że nigdy nie wypowiadają się przeciwko teokratycznym reżimom w państwach islamskich?
Tymczasem odpowiedź na to pytanie jest prosta. Lewactwo nie atakuje islamistów bowiem uważa ich… za sojuszników w antyprawicowej walce.
To, że tak naprawdę są użytecznymi idiotami jakoś jeszcze do nich nie dotarło.
20.10 2026
_______________________________
Cyt. https://www.telegraph.co.uk/news/2026/10/19/france-is-burning-britain-is-next/
Zostaw komentarz