Prawo rozumienia bezprawia czyli o sztuce czytania Konstytucji tak długo, aż zacznie mówić to, czego w niej nie napisano
W Polsce narodziła się nowa szkoła prawa. Nie wymaga wieloletnich studiów, aplikacji, egzaminów zawodowych ani szczególnej znajomości orzecznictwa. Wystarczy dostęp do Facebooka, odrobina politycznej wyobraźni i niezachwiane przekonanie, że Konstytucja mówi dokładnie to, co właśnie chcielibyśmy w niej przeczytać.
Metoda jest niezwykle prosta. Najpierw ustalamy, kto ma rację. Następnie znajdujemy przepis. Jeżeli przepis nie pasuje, interpretujemy go szerzej. Jeżeli nadal nie pasuje, powołujemy się na Konstytucję. A jeśli i ona nie potwierdza oczekiwanej interpretacji, ogłaszamy, że przecież jest ważniejsza od ustawy.
I po problemie.
Tak właśnie powstaje prawo rozumienia bezprawia — osobliwa dziedzina nauki, w której przepisy mają obowiązek rozumieć polityka, nigdy odwrotnie.
Ślubowanie na stojąco, siedząco i bez prezydenta
Najnowszym laboratorium tej metody stał się spór o ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Art. 194 Konstytucji stanowi, że sędziów TK wybiera Sejm. Art. 4 ustawy o statusie sędziów TK określa natomiast, że osoba wybrana składa ślubowanie wobec Prezydenta RP. Wydawałoby się, że mamy dwie odrębne czynności, dwie kompetencje i całkiem konkretną regulację prawną. Ale od czego jest nowoczesna interpretacja?
Oto jeden z internetowych znawców konstytucjonalizmu wyjaśnił, że prezydent może podczas ślubowania stać, siedzieć, leżeć, a nawet wcale go nie być. Najważniejsze bowiem, żeby sędzia wypowiedział odpowiednie słowa. Trzeba przyznać, że to koncepcja rewolucyjna.
Jeśli bowiem obecność osoby, wobec której ustawa nakazuje dokonać określonej czynności, staje się nieistotna, otwierają się przed polskim prawem fascynujące perspektywy. Może wkrótce wystarczy zawrzeć umowę z samym sobą, przeprowadzić rozprawę bez sądu, a ślubowanie odebrać we własnym salonie? Oczywiście pod warunkiem, że zamiary będą słuszne, a interpretacja odpowiednio postępowa.
Problem polega jednak na tym, że rzeczywisty spór jest znacznie poważniejszy.
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, K 34/15, stwierdza obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania przez prezydenta. Wyklucza też jego swobodną kontrolę wyboru dokonanego przez Sejm. Jednocześnie dopuszcza wyjątkowe, obiektywnie uzasadnione okoliczności, które mogą wymagać krótkiego odroczenia czynności. Nie ustanawia natomiast ogólnej procedury ślubowania przed dowolnie wybranym zastępcą. To właśnie tutaj zaczyna się poważna rozmowa prawnicza.
A nie przy ustalaniu, czy prezydent powinien stać, leżeć, czy może przebywać na urlopie.
Komisja, która wszystko wie
Drugim wielkim odkryciem internetowej nauki prawa jest nieomylność komisji sejmowej.
Według tej teorii, jeżeli komisja sprawdziła kandydata na sędziego, wszelkie pytania dotyczące jego kwalifikacji są już niemal zamachem na demokrację. Komisja sprawdziła. Sejm zagłosował. Koniec dyskusji. Kto pyta o dokumenty, staż zawodowy czy ustawowe wymagania, ten najwyraźniej nie rozumie trójpodziału władzy.
Osobiście sądziłem dotąd, że trójpodział władzy służy między innymi ograniczaniu arbitralności jej wykonywania. Teraz dowiaduję się, że może również pełnić funkcję uniwersalnego argumentu kończącego wszelkie niewygodne pytania. Oczywiście Sejm ma konstytucyjną kompetencję do wyboru sędziów TK. Nie oznacza to jednak, że głosowanie samo w sobie zastępuje materialne wymagania stawiane kandydatom.
Podobnie istnienie tych wymagań nie daje automatycznie prezydentowi prawa do przeprowadzenia własnego konkursu na sędziego. Obie zasady można przecież uznać jednocześnie. Tyle że wymaga to wysiłku szczególnie niepopularnego w internetowej publicystyce: rozróżniania pojęć.
Dziesięć lat, które można przepracować wyobraźnią
W pewnym momencie dyskusji pojawiła się również kwestia stażu zawodowego. Jeden z komentujących zapytał, który z sędziów wybranych w okresie rządów PiS posiadał wymagane dziesięć lat praktyki radcowskiej.
Pytanie brzmiało niezwykle stanowczo. Problem polegał na tym, że ustawowe kwalifikacje mogą być spełnione różnymi drogami zawodowymi, a nie wyłącznie przez dziesięcioletnią praktykę radcy prawnego.
Wystarczyłby zresztą przykład mecenasa Bartłomieja Sochańskiego — radcy prawnego od 1981 roku, późniejszego adwokata, wybitnego obrońcy w procesach politycznych okresu stanu wojennego, pamiętnego byłego prezydenta Szczecina i sędziego TK wybranego w 2020 roku.
Ale po co sprawdzać życiorysy, skoro można sprawdzić przynależność do politycznego obozu? W nowoczesnej metodzie badania kwalifikacji wystarcza bowiem podobno jedno pytanie:
Z kim się zna?
Jeśli odpowiedź brzmi niewłaściwie, trzydzieści czy czterdzieści lat doświadczenia zawodowego może się okazać mniej ważne od jednego politycznego skojarzenia. To kolejny triumf rozumienia bezprawia — tym razem nad życiorysem.
Wenecja jako ustawodawca
Wreszcie na scenę wkroczyła Komisja Wenecka. Instytucja opiniodawcza Rady Europy, której zadaniem jest przedstawianie analiz i rekomendacji dotyczących standardów demokratycznych i konstytucyjnych.
13 października 2026 roku opublikowano jej opinię dotyczącą kompetencji prezydenta przy odbieraniu ślubowania od sędziów TK. Komisja zaakcentowała ograniczony charakter roli prezydenta i potrzebę zapewnienia skuteczności wyboru dokonanego przez Sejm. To stanowisko zasługuje na analizę, a nie na lekceważenie.
Jednak opinia, nawet przygotowana przez najwybitniejszych ekspertów, nie staje się automatycznie ustawą. Nie zmienia samodzielnie obowiązujących przepisów polskiego prawa i nie zastępuje krajowych procedur legislacyjnych. Tymczasem w internetowych dyskusjach można niekiedy odnieść wrażenie, że wystarczy powołać się na Wenecję, aby wszystkie wątpliwości prawne rozpłynęły się niczym mgła nad Canal Grande.
Komisja powiedziała. Sprawa zamknięta. Gdy jednak ktoś pyta, na jakiej dokładnie podstawie prawnej można przeprowadzić zastępczą procedurę ślubowania, natychmiast dowiaduje się, że nie rozumie hierarchii aktów prawnych. Cóż, hierarchia jest rzeczywiście ważna. Ale opinia międzynarodowa nie zajmuje w niej miejsca pomiędzy Konstytucją a ustawą.
Profesor przed sądem internetowym
Szczególnie interesujący stał się sposób przyjęcia argumentacji prof. Genowefy Grabowskiej. Zamiast zastanowić się nad jej prawnym rozumowaniem dotyczącym legalności wyboru i obowiązków prezydenta, część komentujących postanowiła zbadać jej polityczne sympatie, rzekome honoraria, a nawet wygląd.
Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że argument prawny można obalić przez przypisanie jego autorowi właściwej etykiety partyjnej. Nie potrzeba kontrargumentu. Wystarczy odpowiedni epitet.
Na uczelniach podobna procedura mogłaby radykalnie uprościć egzaminy. Student, zamiast omawiać art. 7 Konstytucji, oświadczałby profesorowi, że ten zapewne reprezentuje niewłaściwe środowisko polityczne. Profesor, porażony siłą rozumowania, wpisywałby ocenę bardzo dobrą.
Na szczęście rzeczywista nauka prawa stawia jeszcze pewien opór tej metodzie. Wymaga mianowicie, by odróżniać treść normy od poglądów osoby, która ją interpretuje. Można nie zgadzać się z prof. Grabowską. Można wskazywać odmienne orzeczenia, przedstawiać argumenty konstytucyjne, a nawet wykazywać słabości jej interpretacji. Nie sposób jednak zastąpić tego wszystkiego analizą jej rzekomych sympatii.
Chyba że właśnie odkryliśmy nową dziedzinę nauk prawnych: konstytucjonalizm węchowy.
Prawo do własnej prawdy
W całej tej dyskusji najbardziej zastanawiające nie jest nawet to, że ludzie różnią się w interpretacji Konstytucji. Różnić się mogą. Od tego istnieją sądy, prawnicze komentarze, polemiki i instytucje służące rozstrzyganiu sporów. Niebezpieczne zaczyna się robić dopiero wtedy, gdy polityczna pewność siebie zastępuje prawną argumentację.
Gdy większość parlamentarna ma być nieomylna, ponieważ jest większością. Gdy prezydent ma być zawsze winny albo zawsze mieć rację, zależnie od tego, kto go wybrał. Gdy opinia staje się ustawą, a ustawa przestaje obowiązywać, ponieważ ktoś ogłosił, że przeszkadza Konstytucji.
I wreszcie, gdy pytanie o konkretny przepis uznaje się za prowokację, podczas gdy pięć stron osobistych obelg uchodzi za głęboką refleksję prawniczą.
Praworządność nie polega przecież na tym, że każda ze stron może stworzyć własną wersję prawa i domagać się jej powszechnego uznania. Polega na czymś mniej widowiskowym: na związaniu władzy prawem, na rozdzieleniu kompetencji i na istnieniu procedur pozwalających rozstrzygać spory bez konieczności ogłaszania przeciwnika idiotą, zdrajcą albo politycznym najemnikiem.
To może być rozczarowujące dla miłośników internetowych pojedynków. Ale prawo nie musi dostarczać rozrywki. Powinno dostarczać reguł.
Epilog. Najwyższa instancja
Wyobraźmy sobie na chwilę rozprawę sądową według zasad nowego konstytucjonalizmu.
Sędzia pyta pełnomocnika:
— Na jakiej podstawie prawnej opiera pan swoje stanowisko?
— Wysoki Sądzie, na Konstytucji!
— Na którym artykule?
— Na całej!
— A konkretnie?
— Przecież Konstytucja jest najważniejsza!
— Czy potrafi pan wskazać normę, z której wynika pańskie uprawnienie?
— Wysoki Sądzie, czy pan przypadkiem nie jest z PiS?
W tym momencie kończy się postępowanie dowodowe, a zaczyna współczesna kultura komentarza politycznego.
I tylko Temida stoi nadal z opaską na oczach. Nie wiadomo już, czy dlatego, że ma być bezstronna, czy dlatego, że nie może na to wszystko patrzeć.
Każdy ma prawo do własnej interpretacji. Nikt nie ma prawa uczynić z niej własnej ustawy. A jeżeli ktoś uważa inaczej, niech przedstawi podstawę prawną.
Najlepiej przed napisaniem kolejnych pięciu tysięcy znaków.
Bo od rozumienia prawa do usprawiedliwiania bezprawia droga bywa zaskakująco krótka. Szczególnie wtedy, gdy prowadzi przez polityczne przekonanie o własnej nieomylności.
Zostaw komentarz