Profesor Radosław Zenderowski zrezygnował z tytułu profesora (belwederskiego, prezydenckiego). Deklarację złożył na ręce prezydenta RP, wyjaśniając, że tytuł profesora „jest zobowiązaniem wobec prawdy, studentów, młodszych badaczy, naszych nauczycieli, społeczeństwa finansującego znaczną część polskiej nauki i wreszcie wobec Rzeczypospo­litej, której Prezydent ten tytuł nadaje”. Można rzec – zachował się jak trzeba, gdy inni milczą, wobec tego, co się dzieje w domenie akademickiej, wobec jej degradacji. Tytuł profesora w Polsce w praktyce jest dożywotni i traktowany jako cel działalności naukowej, jako fetysz zapewniający prestiż, przywileje i autonomię traktowaną jako parasol ochronny. Krytyka, szczególnie merytoryczna, tak prac naukowych, jak i postępowania profesorów oznacza na ogół koniec kariery akademickiej. Stąd konformistyczne milczenie wobec zła, choć środowisko wykazywało się nonkonformistyczną postawą wobec lustracji i w obronie akademickiego nepotyzmu. Także walka o większe pieniądze, ale bez kontroli tego, na co są wydawane, jednoczy środowisko. Profesor pyta: „Jak mam mówić im o rzetelności, odpowiedzialności i uczciwości intelektualnej, jeśli sam miałbym milczeć wobec problemów, które widzę wokół siebie”. Chyba tych dylematów moralnych inni nie mają. Pouczają o etyce z profesorskiej wysokości i „doskonałości”, sami na co dzień legitymizując nierzetelność. A jak pisze zasadnie profesor, „młodzi ludzie bardzo szybko zauważą rozdźwięk pomiędzy zasadami, które im głosimy, a praktyką środowiska”. I tak jest od lat. Tylko że taki stan rzeczy jest interpretowany jako skutek negatywnego oddziaływania na młodzież przez tych, którzy uczą studentów myślenia krytycznego, nonkonformizmu naukowego. Poważnie należy potraktować słowa profesora: „Może nadszedł czas, by wreszcie przyjrzeć się nie tylko temu kołu, ale i jakości całego mechanizmu, który ma polską naukę napędzać”. Niewątpliwie taki czas już nadszedł, bo trzeba poznać mechanizm staczania się nauki w Polsce ku otchłani