11 marca 2021. 03. 11 byłem gościem telewizji Polsce. Audycję prowadził redaktor Maciej Wolny. Gościem redaktora Wolnego był także dr Mikołaj Mirowski z Muzeum Historii Polski. Rozmawialiśmy na temat tego co kryją szafy byłych esbeków, ale też innych funkcjonariuszy PRL-u, którzy „sprywatyzowali” sobie zgromadzone przez różne organy aparatu represji Polski Ludowej dokumenty.
Powodem rozmowy było ujawnienie – takie trochę ogólne – zawartości szafy kolejnego byłego esbeka, pozytywnie zweryfikowanego i zatrudnionego w Urzędzie Ochrony Państwa na stanowisku wiceszefa delegatury tego organu w Katowicach.
Były esbek zgromadził pokaźne archiwum dotyczące. Tak dla porządku przypomnijmy: agentów Gestapo, Abwehry (tu przypomnę, że taką agenturę wywodzącą się ze środowiska komunistycznego ujawnił po II wojnie światowej prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Stanisław Mikołajczyk na łamach Gazety Ludowej) i ich powojennych losów, dokumenty dotyczące pacyfikacji kopalni „Wujek”, dokumenty odnoszące się do esbeckich komand zwalczających Kościół katolicki itd. I tej ostatniej sprawie przyjrzyjmy się najpierw.
Ujawnienie zawartości szafy prominentnego esbeka niespecjalnie odbiło się w mediach, a zasługuje na uwagę choćby ze względu na to, że syn tego esbeka – jak pisze niezależna.pl: „Sensacyjne dokumenty w szafie Witolda Z. Kim jest były esbek i funkcjonariusz UOP?” – był tłumaczem na zlecenie IPN – u (tak na zlecenie IPN-U!!!!! – sprawą powinno się zająć Kolegium tej instytucji) tak ważnych dokumentów jak te odnoszące się do śmierci Franciszka Blachnickiego.
W normalnym państwie (podkreślam – normalnym!!), po takiej informacji te dokumenty musiałyby być na nowo przetłumaczone. Konflikt interesów jest aż nadto widoczny. Ale też osoby odpowiadające za powyższy stan powinny być pociągnięte do odpowiedzialności służbowej. Sprawą tą powinno zająć się Kolegium IPN-u, a Prezes dr Jarosław Szarek w pierwszej kolejności.
Postawione w audycji pytanie: czy takich szaf jest więcej, czy one kiedyś się znowu otworzą (??) jest pytaniem czysto retorycznym, gdy weźmie się pod uwagę ich istnienie, bo niekoniecznie już otwarcie się. Takich szaf musi być sporo, gdy spojrzy się na przypadek niszczenia akt w bielsko – bialskiej Służbie Bezpieczeństwa na przełomie 1989/1990 roku. Z procesowych dokumentów wynika, że ówczesny szef bielsko-bialskiej esbecji sam zniszczył ponad 19 tys. tys. zdjęć, które dotyczyły przynajmniej 313 spraw prowadzonych przez bielsko-bialską esbecję. A przecież ta esbecja to był tylko maleńki trybik w strukturze peerelowskiego aparatu represji, który obejmował znacznie więcej organów i każdy z nich gromadził dokumentację odnoszącą się do osób represjonowanych, inwigilowanych i także współpracujących z tymi organami represji Polski Ludowej.
Inna rzecz, że nikt nie potwierdził zniszczenia zdjęć tychże dokumentów przez szefa bielsko-bialskiej esbecji. On mógł sobie spokojnie je wynieść z komendy milicji obywatelskiej, w strukturach której była esbecja. Te ok. 20 tys. zdjęć w formie tzw. jacketów to było co najwyżej kilka pudełek po butach. Siejek potwierdził zniszczenie tylko oświadczeniem, że tak zrobił i to podpisanym już po tym, gdy przestał być esbekiem, gdy przeszedł na emeryturę.
Dla mnie jest niemal pewne, że on te zdjęcia materiałów operacyjnych sobie przywłaszczył. Zresztą śledztwo prowadzone w tej sprawie poszło w innym kierunku – nie przywłaszczenia, ale bezprawnego zniszczenia dokumentów wytworzonych przez esbecję. No i oczywiście zakończyło się niczym. Osobiście chciałbym doczekać chwili, gdy znajdzie się oryginał planu operacyjnych działań przeciwko księdzu Chojnackiemu. Był przygotowany w dwóch egzemplarzach – jeden został w bielsko-bialskiej esbecji, a drugi został wysłany do centrali. W odniesieniu do tego egzemplarza, który został w Bielsku-Białej – jest informacja, powielana przez esbeków, że został wybrakowany. Ale nikt się nie przyznał kto tego dokonał (jakaś ogólna tajemnicza siła). A ten dokument był o tyle ważny, że na nim miał być zapisany – wg słów skruszonego esbeka – plan fizycznego wyeliminowania księdza Chojnackiego.
Esbecja w latach 80. XX wieku zaczęła odchodzić od gromadzenia dokumentacji w postaci papierowej. Materiały archiwalne digitalizowano. Gdy zaczął się proces przekazywania władzy koncesjonowanej opozycji, papierowe dokumenty były niszczone w tempie przyspieszonym, a szczególnie w II połowie 1989 roku. Pozostały jednak zdjęcia w formie tzw. jacketów.
Trzeba wiedzieć, że niszczone dokumenty to były nie tylko ważne dokumenty historycznie – pokazujące mechanizm działania ubecji/esbecji, ale materiały zawierające dane bardzo wrażliwe. Zresztą podczas procesu w sprawie tego rzekomego zniszczenia dokumentów w Bielsku-Białej oskarżeni esbecy tłumaczyli się, że było zalecenie, by niszczyć materiały operacyjne dotyczące ważnych osób z Solidarności, duchownych.
I tak np. generalnie „zniknęły” teczki ewidencji operacyjnej na księdza i teczki ewidencji operacyjnej na parafię. Pozostały jednak i doniesienia tajnych współpracowników ze środowiska kleru, a także teczki pracy tychże księży, z których w niektórych przypadkach wyciągnięto ich donosy itd.
Esbecy tłumaczyli się, że zaszkodziłoby to tym osobom, ich wizerunkowi, bo informacje zgromadzone miały charakter wrażliwy: dotyczyły ich preferencji seksualnych, słabości charakteru, oczywiście też współpracy z esbecją i donoszenia przez nich na kolegów.
Po niszczeniu dokumentacji pozostawały protokoły zniszczenia akt. Jednak zasadniczo są potwierdzenia, że zostały zniszczone akta odnoszące się do konkretnych spraw. Jest ich wiele, ale są one bez podpisów, bo esbecy nie chcieli brać za to odpowiedzialności. Zwłaszcza ci niższego kalibru. Są tylko wykazy spraw, których te zniszczone dokumenty dotyczyły, ale – powtarzam – bez podpisu kto tego dokonał. To oczywiście mówi o skali działania esbecji, ale też pokazuje jej bezkarność po czerwcu 1989. Bezkarność, którą zapewniły jej władze – rzekomo solidarnościowe.
Koncesjonowanie opozycji oznaczało zgodę jej przywódców na zawłaszczenie materiałów poesbeckich przez esbeków a także na to, że siłowymi organami zarządzali komunistyczni generałowie.
Ogromną szkodę przyniosła też niewłaściwie przeprowadzona weryfikacja funkcjonariuszy aparatu represji Polski Ludowej, którym pozwolono pozostać w policji, UOP i innych instytucjach, które przejęły zadania ochrony III RP.
Kolegium IPN-u – napisałem do tego organu, by wskazać na potrzebę późnego, bo późnego, ale jednak jeszcze – możliwego, wg reguły: ratujmy co się da – zainteresowania się ustawami określającymi charakter pracy IPN-u zwłaszcza ustawą lustracyjną i ustawą o IPN-ie. Swoje uwagi skierowałem do całości kolegium, ale też kilku jego członków. Od miesiąca nie byli łaskawi odpowiedzieć – po co więc są? A nie były to uwagi o charakterze bezzasadnym. Dotyczyły artykułu w ustawie o IPN-ie umożliwiającego anonimizacje danych tajnych współpracowników, anonimizację, która dokonuje się w niektórych oddziałach IPN-u bez zachowania podstawowych merytorycznych przesłanek i procedur. W tej sprawie skierowałem też pismo do Prezydenta, wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego i prof. Terleckiego – szefa klubu poselskiego PiS, jako tych, którzy mają realną władzę, by coś zmienić w przedstawianych przeze mnie sprawach. Niestety – bezskutecznie czekam na ich odpowiedź.
Sprawę niszczenia akt po aparacie represji Polski Ludowej widzę także na takim ogólnym tle polegającym na relatywizacji działań aparatu represji – w tym wywiadu i kontrwywiadu. Brak jest jednoznacznego krytycznego do niego podejścia, historycy jakoś wstydzą się jego negatywnej oceny, to pozwala na takie kuriozalne sytuacje, jak np. asysta honorowa podczas pogrzebu Wacława Krzyżanowskiego – oskarżyciela posiłkowego w procesie Danuty Siedzikówny „Inki”. I co z tego, że Siemoniak, ówczesny minister obrony, odwołał dowódcę garnizonu Koszalin, który przydzielił asystę. Problem w tym, że ten Krzyżanowski stalinowski oskarżyciel nie został uczciwie i rzetelnie osądzony przez sądy III RP, które go uniewinniły. A w przypadku komendanta garnizonu nie było takiej zwykłej ludzkiej wrażliwości na zło, którą komunistyczny aparat wyrządził.
Autor: dr hab. Józef Brynkus, prof. UP Kraków
Pracownik Katedry Edukacji Historycznej Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pochodzi z rodu górali podhalańskich i orawskich. Polski historyk i nauczyciel akademicki, profesor UP Kraków, poseł na Sejm VIII kadencji.
Zostaw komentarz