Były premier Kazimierz Marcinkiewicz weźmie udział w „Gali MMA”, czyli w walce bokserskiej celebrytów. Z komentarzy, które czytam wynika, że to żenujące i że b. premier już niżej upaść nie mógł. Owszem to jest żenujące, ale nie dla Kazimierza Marcinkiewicza, ale dla Polski. Żenujące jest to, że nie ma z czego żyć były premier, że z byłych ambasadorów (mówię tylko o tych, których szanuję i którzy reprezentują naprawdę wysoki poziom zawodowy), którzy „chałturzą” byłbym w stanie w tydzień skonstruować ze dwa departamenty w MSZ, że sam osobiście znam co najmniej kilkudziesięciu szukających pracy dyplomatów, analityków, oficerów wywiadu, armii. Żenujący jest też rechot, który temu towarzyszy. Pan premier Marcinkiewicz ani mi brat, ani swat i nie o niego mi chodzi, tylko o to, że kraj, w którym dzieją się takie rzeczy, a ludzie nie są w stanie słysząc o tym choć przez chwilę pomyśleć o państwie, a nie o własnych antypatiach może nie mieć przyszłości.

Kaźmierz Marcinkiewicz popełnił kilka poważnych błędów, z których najpoważniejsze były chyba błędy w życiu osobistym, ale – paradoksalnie – za udział w Gali MMA go szanuję, bo szanuję ludzi, który potrafią przełknąć upokorzenie i po to, by się utrzymać (jak zakładam b. premier w gali zamierza wziąć udział dla pieniędzy) robią to, do czego zmusza ich życie. Sam byłem przez rok bezrobotny. Gdy następnie pracowałem w firmie handlującej bronią (ale nie respiratorami) okazało się, że w jednym z arabskich krajów musiałem wraz z kilkoma polskimi inżynierami stawiać antenę ważącą ponad półtorej tony, co – po to, by stała stabilnie – wymagało ustawienia dwóch masztów, które stabilizowane były wbijanymi w ziemię metrowymi metalowymi szpilami. Szpile te wbijaliśmy w ziemię ogromnymi 10 lub nawet 15 kilogramowymi młotami. Byliśmy na pustyni, z nieba lał się żar, było ponad 40 stopni i chwilami robiło mi się słabo. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że na tle życia, w którym do pracy chodziłem w garniturze, miałem sekretarkę, kierowcę i służbowe Audi A8 to jednak nisko upadłem, ale potem pomyślałem sobie, że pracuję z fajnymi (tak naprawdę fajniejszymi od tych, których znałem wcześniej), wcale nie gorzej ode mnie wykształconymi ludźmi i że koniec końców po prostu utrzymuję rodzinę. Jak to do mnie dotarło to wyparowało poczucie upokorzenia, ale też zrozumiałem, że jak się „to” zrozumie to już nie można być na powrót tym, kim się było dawniej.

Skądinąd kiedy straciłem pracę zaprosił mnie na kolację ambasador Czech, którego w 1968 r. usunięto z uczelni i skierowano do pracy w kotłowni. Opowiedział mi, że każdego dnia wieczorem po tym, gdy zmył z siebie węgiel pisał pół strony doktoratu i chociaż wiedział, że pisze go do szuflady to pisał go po to, by nie zapomnieć kim jest. Na koniec spotkania dał mi książkę, którą był właśnie ów obroniony bodaj w 1991 r doktorat. Po czesku, którego nie znam, ale to bez znaczenia. Ważna była napisana od serca dedykacja, że co prawda „też Cię wykończyli, ale mimo wszystko pisz swoje pół strony”.

Przepraszam za osobisty ton, ale zawsze chciałem to kiedyś opisać.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)