Po moim wpisie (czytaj) o losie imigrantów koczujących na granicy białorusko-polskiej odezwało się na stronie kilka osób, które są poruszone losem dzieci irackich i polską bezdusznością (moją też) w tej sprawie.

Wiem ze swego doświadczenia, że są sytuacje, w których – choćby serce pekało – pomóc się nie da. Tak jest właśnie podczas tej wojny hybrydowej, z jaką mamy do czynienia.

Mamy dwie opcje: albo wypowiedzieć Bialorusi wojne, przekroczyć jej granice i zabrać koczujące tam dzieci na polską stronę. To by oznaczało wojne swiatową, bo Putin tylko czeka na taki (lub inny) pretekst.

I jest drugie wyjście – dzieci, które znalazły się po polskiej stronie umieszczać w domach dziecka. Ale bez zgody ich biologicznych rodziców takiego prawa nie mamy. I wszyscy ombundsmeni na świecie sprzeciwili by się takiemu szlachetnemu kidnapingowi.

Ale czy tylko dzieci zakładników, które wzięli Białorusini, cierpią? I wymagają pomocy? Tylko ich los porusza serca?

Jest na moim fejsie Helena Pyz. „Mama ” z osrodka dla trędowatych Jeevodaya. Od 32 lat pracująca na rzecz od 200 do 400 ludzi, których trzeba wyżywić, wyleczyć, a dzieci dodatkowo czegoś nauczyć (choćby czytania i pisania) i pokochać. Bo oddawane do tego Ośrodka są nie tylko dzieci chore na trąd, ale i całkiem zdrowe, których rodzice nie chcą, bo nie są w stanie ich wyżywić. I wolą narazić je na zarażenie trądem niż na śmierć głodową.

Helena opowiada na swoich spotkaniach historie tych dzieci. Czy bez konkretnych opowieści nie da się poruszyć niczyjego serca? Bo GW o tym nie pisze i nie napisze?

No to ja dam przykład. Matka rozbiła kamieniem główkę swojej niemowlęcej córeczce. Rozbiła tak, że czaszka pękła. Ktos znalażł umierające niemowle. Gdzie je oddano? Do „mamy” z Jeevoddaya. I „mama” – lekarka, z pomocą Bożą, dziecko uratowała. Wyrosło na śliczną i mądrą dzieczynkę.

Każde z dzieci w Jeevidaja chciałoby zjeść choć raz na jakiś czas coś lepszego od garstki ryżu na liściu. A także chciałoby chodzić do szkoły i mieć swój piórnik, kilka kredek, długopis. A z zabawek? Bransoletkę z koralików (w Polsce kosztuje kilka złotych), zapinkę do włosów, plastykową kokardkę -wsuwkę, nalepki, a jeszcze bardziej pocztówki z podpisem kogoś, kto chce być wujekiem czy ciocią, albo bratem lub siostrą z Polski. Albo dziadziusiem, babcią. Że już nie wspomnę o mamie czy tacie, którzy pamiętają o urodzinach i interesują się dzieckiem.

Ile kosztuje miesięczne utrzymanie dziecka w Jeevodaya , czyli wyżywienie go, posłanie do szkoły, ubranie? 34 euro. Założe się, że gdyby chodziło o dzieci na granicy białoruskiej nikt by się nie zawahał i dał znacznie więcej. Bo są pokazywane. Bo GW je opisuje. Tamtych z Jeevodaja tylko ludzie z fundacji Świt Życia. Kto o niej słyszał?

Więc zapraszam Helenkę Pyz , aby kilka słów napisała. Od siebie. Jest wiele osób , które w piśmie i na pismie okazują chęć pomocy dziecku „w potrzebie”.

Powiedziałabym: „Pomóż jednemu dziecku, a zbawisz wszystkie dzieci”. I nie musi to być dziecko, o którym pisze G.W. Są też dzieci, o których G.W. nigdy nie wspomni ani jednym slowem. Choć – kto wie? Może się mylę. I obym się myliła.

Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, książek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.