Z dedykacją dla wszystkich moich oponentów, obecnych i przyszłych

Ten rok i poprzednie upłynął mi w myśl słów, które przy każdej okazji, kiedy miał wątpliwości, powtarzała pierwsza żona Richarda Feynmana zawartych w tytule.

Piszę i robię to, co uważam za stosowne nie przejmując się opiniami innych. Szkoda mi czasu wchodzić w jałowe dyskusje, z których nic nie wynika. Bo to nie są dialogi, ale monologi nieprowadzące do kompromisu. Nie zrezygnuję ze swoich zasad i poglądów, choć mogą być w mniejszości.

Przełom nastąpił 8 lat temu.

W czasie rekonwalescencji po operacji (jednej z wielu) zacząłem podsumowywać swoje życie. W wielu sprawach dałem ciała. W niektórych osiągnąłem sukcesy. Te ostatnie zawdzięczam ludziom, których spotkałem na swej drodze i odrobinę sobie. Za te pierwsze ponoszę wyłącznie osobistą odpowiedzialność.

Jedno co mnie wtedy uderzyło, to to, że za często przejmowałem się opiniami innych. Pracodawców, kolegów z pracy, znajomych, rodziny. Wówczas gdy brałem je pod uwagę myślałem, że dobrze robię bo nikt nie ma patentu na mądrość. W czasie „rachunku sumienia” doszedłem jednak do wniosku, że za często im ulegałem. Może z lenistwa, może dla świętego spokoju i kariery.

Od tego momentu, wziąłem sobie radę żony Feynmana do serca.

Mam teraz łatwiej bo nie jestem już aktywny zawodowo, choć często prezentuję swoje opinie w mediach społecznościowych. Mój czas upływa tak szybko, że szkoda mi czasu na bicie piany po próżnicy choć szanuję odmienność poglądów swoich oponentów. Bo z opinią jest – jak mawiał marszałek Piłsudski – „jak z dupą, każdy ma własną”.

Poza tym, żyjemy w czasach postprawdy zdominowanym nie przez fakty, ale opinie. I nawet jeśli słowa nie znajdują potwierdzenia w obiektywnych faktach, większość niewiele się nimi przejmuje.

Tak czy owak, z dwóch monologów nie da się zrobić dialogu.