Książkę Butterwicka kupiłem, co tu kryć, z powodu znakomitej okładki. Niestety między okładkami tekst ma się gorzej, przede wszystkim z powodów edytorskich. Kiedyś takie syntezy naprawdę były czytane przez redaktorów przed publikacją. I były bezlitośnie cięte i poprawiane, by były krótsze i klarowniejsze.

Polecam krótką, ale znakomitą książkę Tabakowskiej „O przekładzie na przykładzie” o „Europie” Normana Daviesa – jest ona poświęcona wyzwaniom translatorskim, jak też formom i treści uwag redaktorów oraz korektorów. O tym jak Jasienicy poprawiano, to wiemy mniej, choć Kieniewicz – w wydanych rok temu pamiętnikach (grudzień 2021) – uchyla rąbka tajemnicy jak Jasienica dostał swe zlecenie, jak nad nim pracował i jakie były dyskusje wydawnicze. Efekty znamy, to znaczy zarówno Davies jak i Jasienica cieszą się renomą, są sprzedawani i kupowani nawet pół wieku po tym, gdy napisali swoje dzieła. To bardzo długi okres.

Rzadko która książka ma taki wielopokoleniowy żywot, a już tym bardziej historyczna.
Butterwick będzie zapamiętany jako meteor. Nie w nim samym wina, ale właśnie w redakcji.

Przede wszystkim wydawcy powinni wyrzucić z książki rozbiegówkę, która stanowi – bagatela! – 50,2% tekstu, czyli 262 strony z 522 stron. Jest ona napisana metodą szlauchu ogrodnika, czyli wszędzie skapnie trochę po wszystkim od Sobieskiego do Rady Nieustającej. Ogrodnik, czyli Butterwick, ożywia się tylko, gdy trafia na ulubioną rabatę, czyli stosunki kościelne. Jest w tym znawcą, rzuca wtedy anegdotami i cytatami.

Narracja zaczyna się na stronie 263 i jest prowadzona w miarę sprawnie. Nie ma jednak bohatera, który by tę narrację niósł. Mógłby to być Stanisław August, ale to nie jest biografia króla. Mogłaby by być Katarzyna Wielka, ale przedstawia ona tylko jedną z trzech potęg rozbiorowych. Butterwick nie może się zdecydować i w tym rozkroku stara się poruszać do przodu. Nie jest to wygodne.
Butterwick interesuje się tylko historią polityczną.

Jego wykład w tej mierze jest znakomity, bo pokazuje, że była to „rzeczpospolita samorządna” – o czym już wspomniał Andrzej Wojtas, pisząc: „Także jestem pod wrażeniem książki prof. Butterwicka. Intrygujące – z mojego punktu widzenia – są jego poglądy dotyczące dużej sprawności terytorialnych organów samorządowych funkcjonujących w oparciu o wolny wybór i dobrowolną służbę publiczną lokalnych autorytetów.”

Butterwick wskazuje nawet powiat preński pod Kownem, dziś na Litwie, w XIX wieku w Kongresówce, jako społeczność, która najlepiej nadaje się na monografię elit lokalnych i tryskającej pomysłami oraz skutecznymi rządami szlachty sejmikowej wobec wyzwań politycznych doby Oświecenia.

W tym właśnie Butterwick jest dobry. Ogarnia dość sprawnie literaturę, ma sieć przyjaznych mu polskich profesorów, z którymi miał okazję rozmawiać, więc streszcza obecny stan badań, pokazuje możliwe miejsca, gdzie warto przystanąć i zająć się rozwinięciem tematów.

Butterwick nie bardzo jest zainteresowany, co targało życiem i czym kierowali się jego bohaterowie. Widać to w zdecydowanej niechęci do literatury pamiętnikarskiej, a przecież jest ona znakomita. Raz zacytował pamiętnik Franciszka Karpińskiego, raz nakreślił swój pogląd na pamiętniki króla Stanisława Augusta, ale poza tym nic.

Takie perełki jakie pozostawili po sobie prawnik i twórca hymnu narodowego Józef Wybicki, generał Józef Kopeć, szewc Jan Kiliński, ksiądz Jędrzej Kitowicz są mu obce. A przecież jest ich znacznie więcej – ja po prostu się nie znam na tej epoce i tylko te mogę bez trudu sobie przypomnieć z lat szkolnych.

Zwraca jednak uwagę na sujets mixtes, czyli szlachtę, która po pierwszym rozbiorze miała część majątku w Polsce, a część u zaborców. Wraca do tego tematu jak bumerang kilkakroć, choć niestety tylko raz na samym końcu książki dając cytat z jednego z takich rozdwojonych arystokratów. Nie waży się też opisać jakie było podejście tych duolegalistów do kwestii zatwierdzania kolejnych rozbiorów.

Mam też problem z podejściem Butterwicka do masonerii i zjawisk kulturowych. Przemiany obyczajowe były przecież ogromne – dość powiedzieć, co wyprawiał w Polsce jurny Casanova i jak to zostało nakreślone w jego pamiętnikach. „Nowe Ateny” księdza Chmielowskiego, mimo że dziś czytane są dziełem o wiele znakomitszym od „Encyklopedii” Diderota i Woltera, a przede wszystkim zawierającym mniej zabobonów, niż francuscy encyklopedyści serwowali swym czytelnikom, są w książce Butterwicka zupełnie nieobecne. Natomiast masoneria pojawia się w książce tylko raz i w odnośniku znajduje się odesłanie do literatury sprzed II wojny światowej. Dlatego też dopiero teraz skończyłem lekturę Butterwicka, bo zrobiłem sobie przerwę, by dotrzeć i przeczytać, co też tam w 1938 roku o farmazonach wypisywano. A wypisywano głównie to, że dwór saski miał alchemików, wróżbitów i okultystów, którzy rzeczywiście złamali tajemnicę wyrobu porcelany (czy fajansu, już nie pamiętam), więc stamtąd wzięła się moda na tajne stowarzyszenia, która przeniknęła wraz z dworem królewskim z Drezna do Warszawy.

O masonach tak pisał ksiądz Kitowicz: „ci, co są farmazonami, powiadają, że ta ich kompania nic do wiary nie należy, tylko jest jak konfraternia; przyjmują do niej wszelkiej wiary ludzi, rozmaitych stanów, nawet i duchownych”. To był klucz do jej popularności. Wreszcie po tylu wiekach zamieszkiwania obok siebie, mogli ze sobą spotkać się na wspólnej stopie księża, rabini, bogaci mieszczanie i szlachta. Był to fenomen tak popularny, że sam Mozart napisał operę „Czarodziejski flet” i hymn masoński. Twórcy zaś Komisji Edukacji Narodowej oraz Konstytucji Trzeciego Maja do przeróżnych lóż należeli. Do lóż, które się zwalczały – a oni sami różne podchody, wojenki i uszczypliwości sobie wzajem wyrządzali. Niemniej to było zjawisko, które przebojem weszło na salony – król z Pitollim należał do jednej loży, a twórca innego projektu konstytucji – Szczęsny Potocki – do innej loży. I wszyscy gdzieś łazili i gadali. I nic o tym Butterwick nie pisze.

O tyle mnie to zdenerwowało, że gdyby nie masoneria, czyli alternatywne względem urzędowych sieci znajomości, to by się Amerykanie nie skrzyknęli i nie wywalczyli niepodległości. I tak samo z paryskimi adwokatami, którym dostęp do dworu królewskiego za Ludwika XVI przestał być do czegokolwiek potrzebny, bo chodzili do lóż i tam prowadzili ciekawe rozmowy, interesy i robili politykę.

Butterwicka w ogóle nie interesuje jak się robi politykę. Bo ten sam problem, co z masonerią, ma on z dworami krajów ościennych. Jak one działały i jak rozpisywali politycy dworscy politykę na role, tego się od Butterwicka nie dowiemy. A przecież Zofia Zielińska te niuanse rozumie. Wystarczy się w nią wczytać. Ja jestem politologiem i wśród nas zupełnie kultowy status ma debiut Zielińskiej, czyli taki artykuł z 1972 roku o finansowaniu klienteli sejmikowej – wyłożone wtedy przez Zielińską reguły gry wyborczej są uniwersalne i do dziś tak samo polityka wygląda. Zrobiła to z gracją i ze zrozumieniem – tym bardziej godnym podziwu, że przecież sama autorka musiała czekać dwadzieścia lat, by zobaczyć ów mechanizm w praktyce, gdy z Berlina przywożono w reklamówkach tysiące dolarów, by założyć jedną z partii politycznych w postkomunistycznej Polsce. Nie znała tego mechanizmu z autopsji – bo reguły wyborcze za komunizmu były, ale zupełnie inne (mianowicie nomenklaturowe).

Mimo tych wad jest to najlepsza książka na temat Sejmu Wielkiego od kilku dekad. Szkoda, że będzie tylko punktem wyjścia dla młodszych badaczy. Ale dobre i to.

I jeszcze jedno – Michał Ronikier wykazał się niezwykłym kunsztem translatorskim. Tłumaczenie jest miodne.

Autor: Andrzej Kozicki
Rocznik 1982, Warsztaty Analiz Socjologicznych, ostatnio wydał książkę „Smok i korona”, będącą zbiorem esejów o przed-XX-wiecznych ideologiach politycznych.