Białorusini płacą cenę ostracyzmu i wrogości za politykę Łukaszenki, który wspiera rosyjską agresję na Ukrainę pomimo tego, że większość społeczeństwa jest przeciwna, a wielu Białorusinów walczy z bronią w ręku na Ukrainie. Jak choćby ochotnicy z pułku im. Kalinowskiego. Coraz powszechniejsze, tak w Polsce jak i na Ukrainie, są niechęć czy wręcz wrogość wobec  nich. Nie pomagają apele Swiatłany Cichanouskiej, że tak nie wolno. Stalinowska zasada odpowiedzialności zbiorowej ma się dobrze i coraz częściej jest wobec nich stosowana.

Ciche przystąpienie do wojny z Ukrainą przez reżim Łukaszenki wiele zmieniło w wizerunku Białorusinów  na świecie, a przed wszystkim, w krajach sąsiednich. Coraz częściej są postrzegani jako współodpowiedzialni za wasalną politykę dyktatora z Mińska wobec Kremla. Są obwiniani za ostrzeliwanie rosyjskimi rakietami ukraińskich miast i wsi z terytorium Białorusi. Za dostarczanie agresorom amunicji i broni. Skazuje się ich na ostracyzm i infamię za rzeczy, na które nie mają wpływu. Niesłusznie. Ba, większość społeczeństwa białoruskiego wspiera Ukrainę i jest przeciwna polityce reżimu w Mińsku. Trzeba powiedzieć sobie jasno, na Białorusi panuje terror. Nie ma wolności słowa. Praktycznie nie ma już wolnych mediów. Za drobiazgi, jak choćby wywieszenie flagi na balkonie w biało-czerwono-białych barwach można trafić do więzienia na długie miesiące. Wielu dziennikarzy, w tym Biełsatu, skazano na wieloletnie wyroki w koloni karnej tylko za to, że informowali o protestach społecznych po sfałszowaniu wyborów przez Łukaszenkę. Liczba więźniów wynosi już 1257 osób i stale rośnie. Nieznana jest liczba przeciwników reżimu bo na Białorusi nie wolno prowadzić niezależnych badań socjologicznych, ale jeśli sądzić po liczebności protestów, jest ona bardzo duża i stanowi milczącą część oponentów reżimu w białoruskim społeczeństwie. Gdyby to nie wiązało się z biciem, torturami i więzieniem wielu z nich wyszłoby na ulice by protestować przeciw udziale Białorusi w wojnie po stronie rosyjskiego agresora. Być może jeszcze więcej jak owe tysiąc białoruskich ochotników  z pułku im. Kalinowskiego pojechałoby na Ukrainę by walczyć ramię w ramię z ukraińskim braćmi przeciwko rosyjskim żołdakom. By udowodnić przelaną krwią, że nie można ich oceniać jako sojuszników Kremla tylko dlatego, że są Białorusinami. 

Nikt z nas nie ma wpływu na to gdzie się urodził, a często także i na polityką swego rządu. W demokratycznych, wolnych krajach można protestować jeśli komuś decyzje władz się nie podobają. Można, w wyborach, zmienić nielubianą władzę. Białorusini nie mogą ani jednego, ani drugiego. Odważnie spróbowali po sfałszowanych wyborach prezydenckich, ale reżim Łukaszenki te masowe protesty stłumił. Oponentów skazał na wieloletnie kary więzienia albo na wygnanie jak choćby liderkę opozycji Swiatłanę Cichanowską. Każdego dnia sieje terror i zastrasza co sprawia, że niewielki protest staje się aktem wielkiej odwagi, którą nie wszyscy Białorusini mają. To jednak nie oznacza, że można wobec nich stosować zasadę odpowiedzialności zborowej. Nie zasłużyli na taką „karę”. Tak robił Stalin, kiedy przesiedlał całe narody z jednego krańca ZSRR w drugi. Odległy o tysiące kilometrów. Białorusini są także ofiarami. Zarówno Łukaszenki jaki i polityki Rosji wobec Białorusi pod jego rządami, sprowadzającej ten kraj do roli posłusznego wasala. 

Artykuł pierwotnie opublikowano na Belsat.eu

Antoni StyrczulaAutor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl