Dawno, dawno temu… Tak dawno, że nawet TVN-u jeszcze nie było, a zamiast kupić w Auchanie porcję rosołowego bądź inny befsztyk trza było samemu zapolować i oporządzić ubite źwierzę, na polanie, w głębi puszczy pod dębem spoczęło trzech braci.
A każdy z nich był już starszym sporego rodu.
Pierwszy z nich, imieniem Lech, wstał i rzekł:
– Bracia! Pora najwyższa, by każdy z nas poszedł w swoją drogę. Choć puszczy ci tutaj dostatek, barci i źwierza wszelakiego każdemu starczy, to jednak dalej razem żyć niepodobna. Świat bowiem trza czynić sobie poddanym, A żem najstarszy, i nogi mam utrudzone wielce, waserblazy od chodzenia się porobiły, ostanę tutaj. Pod tym gniazdem orłowym, jakie na tym dębie sobie uwiły.
A kiedy bracia odeszli, w miejscu tym gród założył, od gniazda orlego z początku Gniezdem nazywanym, by po latach ostać się jako Gniezno. Wróćmy jednak na polanę…
I rzekł drugi, imieniem Czech przezwany.
– Bracia! Słuszna to i chwalebna decyzja, byśmy odtąd rozeszli się każdy w swoją stronę. Skoro Ty, Lechu, pod tym oto dębem ostajesz, ja udam się na południe. Tam osiądę, i, dadzą bogowie, państwo słuszne, co wieki przetrwa, założę.
I tak się stało. Czech, a za nim wolni i silni kmiecie, na południe oddaliwszy się państwo założyli. W miejscu zaś, gdzie po długiej marszrucie nie tylko sami się wody napili, ale i pragnienie koniom zaspokoili, gród założyli. Od pragnienia, jakie wędrówka przez góry w nich obudziła, Pragą nazwali. Od „pragnę”.
Aż w końcu trzeci, najmłodszy brat, podjął decyzję.
– A ja, Rus, pójdę wobec tego w ślad za wschodzącym Słońcem, bom świata ciekawy.
I poszedł. Bracia od czasu do czasu otrzymywali od niego widokówki. Pierwsza nadeszła z grodu, jaki założył, ochrzczonego początkowo Mosz, k..wa, co to po wiekach jako Moskwa się ostało.
Ale Rusowi osiadły tryb życia nie pasował. Wędrował więc dalej. Nie tak dawno widziano go nawet w Kabulu.
A dzisiaj wybrał się na wycieczkę do Kijowa…
24.02 2022
Zostaw komentarz