Kiedy w mediach pojawiają się informacje o zamieszkach w Belfaście i aktywności środowisk paramilitarnych, wielu Europejczyków nie rozumie, dlaczego budzi to aż takie emocje. Dla mieszkańców Irlandii Północnej nie są to bowiem zwykłe grupy uliczne.
To ludzie i organizacje wywodzące się z czasów krwawego konfliktu, który przez ponad trzydzieści lat dzielił społeczeństwo, pochłonął tysiące istnień i pozostawił rany widoczne do dziś. Republikanie i lojaliści walczyli ze sobą na ulicach, a Belfast stał się symbolem przemocy politycznej w Europie Zachodniej.
Dlatego każdy sygnał o powrocie wpływów środowisk paramilitarnych traktowany jest tam niezwykle poważnie. To nie jest kolejny protest. To ostrzeżenie, że społeczne napięcia osiągają poziom, przy którym ludzie przestają wierzyć, że państwo jest w stanie rozwiązać problem.
Nie trzeba zgadzać się z uczestnikami zamieszek, aby dostrzec źródło ich gniewu. W wielu krajach Europy obywatele od lat słyszą, że ich obawy dotyczące migracji są przesadzone, nieuzasadnione albo wynikają z uprzedzeń. Tymczasem kolejne kryzysy pokazują, że problem istnieje i nie da się go rozwiązać samymi sloganami.
Nie jest też tajemnicą, że migracja bywa wykorzystywana jako narzędzie presji politycznej. W ostatnich latach Europa wielokrotnie mierzyła się z próbami destabilizacji poprzez sztucznie wywoływane ruchy migracyjne. Widzieliśmy to na naszej granicy z Białorusią, gdzie ludzie byli wykorzystywani jako instrument nacisku na państwa europejskie. Widzimy również, jak państwa trzecie często pozbywają się własnych problemów społecznych, przerzucając ich konsekwencje na innych.Niemcy w sposób bezczelny podrzucają nam niechcianych imigrantów, dlatego powstał Ruch Obrony Granic, bo Tusk swoim mocodawcom się nie narazi.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy migrant stanowi zagrożenie. Takie uproszczenie byłoby równie błędne jak udawanie, że problemu nie ma. Państwo ma jednak obowiązek kontrolować własne granice, wiedzieć, kto wjeżdża na jego terytorium i zapewnić bezpieczeństwo własnym obywatelom.
Gdy tego zabraknie, pojawia się coś znacznie groźniejszego od samego kryzysu migracyjnego. Pojawia się utrata zaufania. A historia pokazuje, że społeczeństwa mogą długo znosić trudności, ale nie znoszą poczucia, że nikt ich nie słucha.
Belfast jest dziś przypomnieniem tej prawdy. Nie dlatego, że wróciła wojna. Nie dlatego, że wróciły dawne podziały. Lecz dlatego, że w miejscu, które zna cenę chaosu lepiej niż większość Europy, coraz więcej ludzi dochodzi do wniosku, że politycy przestali panować nad sytuacją. Czy w Polsce też ktoś chce doprowadzić do wojny domowej?