Czy to już nowa tradycja świętowania?
W sercu Europy stoi szopka, a jednak jakby bez twarzy. Figurki są ustawione, światła świecą, tłum się gromadzi, aparaty w telefonach pracują jak małe drukarnie pamięci. Tylko jubilata brak. To jak urodziny, na których tort jest, goście są, muzyka gra, ale solenizant został wyprowadzony z kadru. Europa świętuje, tylko coraz trudniej powiedzieć: kogo właściwie.
I tu zaczyna się rzecz ciekawa, bo to nie wygląda jak zwykłe zapomnienie. To raczej przypomina świadomy zabieg, rodzaj współczesnej elegancji, tej nowej, sterylnej, która lubi formę, a nie lubi treści. Dekoracje mogą być, tradycja może być, zwyczaj może być, byle sens był „bezpieczny”. A sens, jak wiadomo, bywa niebezpieczny. Sens ma imię. Ma twarz. Ma źródło. I zaraz ktoś może spytać, czy to aby nie wyklucza kogoś innego.
Wtedy robi się z tego spektakl bez środka ciężkości. Ludzie patrzą, fotografują, wrzucają zdjęcia do sieci, ale pytanie, które powinno się cisnąć na usta, nie pada: gdzie jest Ten, którego urodziny obchodzimy? Bo jeśli święto nie ma już bohatera, to staje się zimową scenografią, ładną, poprawną, i przez to właśnie trochę obojętną. A obojętność jest cichym krewnym zapomnienia.
Kilka dni później trafiam do kawiarni Buongiorno w Kętach. Zwykłe miejsce, ludzie wchodzą, wychodzą, ktoś szuka wolnego stolika, ktoś miesza cukier w filiżance. I w rogu sali stoi włoska presepe, pełna życia, barw, drobiazgów, które ktoś układał z cierpliwością. Figurki nie są anonimowe. Mają twarze, gesty, emocje. Dzieciątko leży w żłóbku, Maryja i Józef pochylają się nad nim, pasterze przynoszą dary, aniołki rozkładają skrzydełka. Wszystko jest na swoim miejscu, nie jak w muzeum, tylko jak w opowieści, którą się zna, bo się ją słyszało od dziecka.

I wtedy człowiek uświadamia sobie rzecz prostą, a dziś dziwnie kontrowersyjną: można świętować normalnie. Bez zadęcia, bez manifestu, bez demonstracyjnego „patrzcie, jacy jesteśmy odważni”. Po prostu uczciwie, tak jak się stawia stół, gdy przychodzą goście, i nie udaje się, że w domu nie ma gospodarza. Widać, że właściciel kawiarni nie bał się zaprosić Jubilata, przeciwnie, uczynił Go centrum sceny. I nagle, bez żadnej wielkiej filozofii, wychodzi na jaw, że święto może być świętem, a nie pustym przedstawieniem, w którym wszyscy grają, tylko nikt nie wie po co.
To jest ta różnica, której nie da się przykryć ładnym oświetleniem. Jedno jest dekoracją, drugie jest opowieścią. A opowieść zawsze ma sens, który komuś może przeszkadzać. Tyle że jeśli zaczynamy usuwać wszystko, co „może przeszkadzać”, to zostaje nam świat jak z katalogu, czysty, błyszczący i martwy.
W Brukseli nieobecność postaci w szopce nie musi wynikać z niewiary. Częściej pachnie kalkulacją: lepiej nie pokazywać, by nikogo nie urazić. To brzmi rozsądnie. W końcu kultura uczy, że człowiek nie powinien pchać drugiemu palca w oko. Tylko że tutaj robi się z tego zasada, która zjada własny ogon. Bo jeśli świętujemy urodziny, ale nie mówimy, czyje, to święto przestaje być świętem. Staje się ćwiczeniem z ostrożności.
To jakby gospodarz na własnych urodzinach schował tort, bo może ktoś z gości nie lubi kremu. Absurd? Owszem. A jednak podobny absurd ma dziś w sobie sporo elegancji, bo nikt nie lubi ryzyka. Gospodarz we własnym domu zaczyna się autocenzurować, nie dlatego, że ktoś go bije po rękach, tylko dlatego, że przewiduje reakcje. „A nuż ktoś się obrazi”. „A nuż ktoś napisze skargę”. „A nuż ktoś zrobi zdjęcie i dopisze, co zechce”. W efekcie święto traci sens, a wspólnotę zastępuje lęk przed potencjalnym „obrażeniem”.
Nie ma w tym radości. Jest rachunek. I to jest chyba najgorsza przemiana: kiedy zamiast pytać „co świętujemy”, pytamy przede wszystkim „kogo nie dotknąć”. Człowiek idzie wtedy po cienkim lodzie i sam siebie przekonuje, że to jest cnota. A to jest raczej rezygnacja.
Na zachodzie Europy jarmarki bożonarodzeniowe otacza beton. Bloki ustawione jak mury obronne, służby patrolują, wejścia kontrolowane jak do twierdzy. Święto pokoju i wspólnoty wygląda jak oblężona forteca. Oczywiście, bezpieczeństwo nie wzięło się z niczego. Historia ostatnich lat odcisnęła na miastach swoje ślady. Tylko że symbolika jest bezlitosna: beton wśród kolęd i choinek mówi własnym językiem, nawet jeśli nikt nie chce, by mówił.
W Brnie, Ołomuńcu, Krakowie czy Warszawie takich barykad zazwyczaj jeszcze nie ma. Tam święto wciąż bywa bardziej „normalne”, z lampkami, zapachem grzanego wina i gwarem ludzi. Ale obraz betonu, gdzieś na Zachodzie, wchodzi do wyobraźni i zostaje. Bo to jest paradoks, którego nie da się nie zauważyć: święto, które miało być znakiem ufności i otwartości, staje się demonstracją strachu. Jakby Europa chciała powiedzieć: „Tak, obchodzimy Boże Narodzenie, ale tylko zza murów”.
I tu znów działa ten sam mechanizm: forma zostaje, treść się kruszy. Kolęda gra, ale obok stoi mur. Choinka świeci, ale człowiek ma w głowie alarm. Święto trwa, tylko jakby z zaciśniętymi zębami. A święto z zaciśniętymi zębami jest już czymś innym niż święto.
To tak, jakby gospodarz nie mógł ustawić stołu po swojemu, bo goście, których nikt o zdanie nie pytał, dyktują warunki. Wyobraźmy sobie Wigilię, na której gospodarz chciałby podać barszcz z uszkami, a ktoś z zewnątrz mówi: „Nie, barszcz może obrazić, lepiej postaw wodę mineralną”. Absurd, prawda? A jednak w wielu miejscach Europy świętowanie zaczyna przypominać taką właśnie sytuację: gospodarz we własnym domu staje się lokatorem, który musi dostosować się do cudzych oczekiwań, czasem do cudzych humorów, a czasem do cudzej wrażliwości, ustawionej jako miara wszystkiego.
Nie chodzi mi tu o ludzi jako takich, tylko o pewną zasadę, która powoli robi się prawem obyczajowym: gospodarz ma się tłumaczyć z tego, że ma własny dom. I ma się tłumaczyć z tego, że chce go urządzić po swojemu. Tak jakby samo „bycie u siebie” stało się podejrzane.
Pytanie brzmi więc spokojnie, ale twardo: czy gospodarz wciąż jest gospodarzem, czy już tylko najemcą? Takim, któremu wolno płacić rachunki, ale nie wolno decydować, co stoi na stole, co wisi na ścianie i co się mówi przy kolacji. A jeśli tak, to kto właściwie ma klucze?
Nawet pisząc ten tekst, czuję presję, by ważyć słowa. To nie jest już cenzura jawna, z urzędu i pieczątką. To cenzura miękka, wewnętrzna, taki kaganiec, który człowiek zakłada sobie sam, zanim jeszcze otworzy usta. Napiszę to wprost, bo w eseju nie ma sensu udawać: jeśli nawet ja, zwykły Grzyb, czuję ten kaganiec, to co dopiero zwykli ludzie, którzy nie piszą felietonów, tylko mówią w pracy, w sklepie, w rodzinie.
Wolność słowa niby formalnie istnieje, tylko że praktycznie bywa ograniczana przez strach. Strach przed tym, że ktoś nazwie nas „nietolerancyjnymi”. Strach przed oskarżeniem o „mowę nienawiści”. Strach przed tym, że ktoś uzna nas za winnych, zanim jeszcze zdążymy dopowiedzieć drugą część zdania. A przecież sens często mieszka właśnie w tej drugiej części. W dopowiedzeniu. W kontekście. Bez tego zostaje sam hak, którym można kogoś złapać.
I to jest paradoks naszych czasów: mamy prawo mówić, ale coraz częściej boimy się z niego korzystać. Jakby ktoś dał nam instrument i jednocześnie kazał się bać, że dźwięk będzie nie taki. Człowiek przestaje grać. A potem już nawet nie pamięta, jak się grało.
Chrześcijanie słyszą, że muszą uważać, by nie urazić innych wyznań. W teorii brzmi to pięknie, bo szacunek jest wartością. Problem zaczyna się wtedy, gdy szacunek działa jednostronnie. Gdy gospodarz we własnym domu ma chodzić na palcach, by przypadkiem nie nadepnąć na czyjąś wrażliwość, a jednocześnie ci, wobec których stosuje się tę ostrożność, nie czują potrzeby podobnej delikatności wobec gospodarzy.
Nie pytają, czy ich nacisk, ich wymagania, ich presja nie ranią tych, którzy od pokoleń obchodzą święta w określony sposób. I wtedy inkluzywność, która miała być wspólną przestrzenią, zamienia się w asymetrię. Jedni muszą się pilnować, inni mogą robić, co chcą, bo zawsze mają w ręku moralny argument: „jeśli się nie zgadzasz, to znaczy, że jesteś przeciw”.
Efekt bywa osobliwy: dyskryminacja tradycji większości pod hasłem tolerancji. To tak, jakby gospodarz musiał zdjąć obrazek z rodzinnej ściany, bo gość uznał, że ramka ma zły kolor. Niby drobiazg. Ale dom składa się z drobiazgów. Kiedy się je po kolei usuwa, dom staje się pokojem hotelowym. W hotelu jest czysto, ale nie ma pamięci.
Pamiętam jeszcze próby zaszczepienia nam Dziadka Mroza ze Śnieżynką, importowanego z radzieckiej tradycji, który miał zastąpić chrześcijańskiego Mikołaja. Problem polegał na tym, że nikt nie wierzył w taką nagłą przemianę: demon z rosyjskich legend, który zabierał, a nie dawał, miał nagle stać się dobrotliwym staruszkiem rozdającym prezenty. To była sztuczna transplantacja symbolu i ona się nie zakorzeniła w polskim gruncie, bo grunt miał swoją pamięć.
Tylko że walka o wizerunek Mikołaja trwa do dziś, zmieniły się jedynie narzędzia. Z jednej strony mamy biskupa z mitrą, patrona dzieci i ubogich, zakorzenionego w tradycji. Z drugiej krasnala z reklamy Coca-Coli, w czerwonym kubraku z pomponem, który stał się globalnym brandem. I tak oto święty z Miry zderza się z produktem marketingu, a my stoimy między mitrą a pomponem, między opowieścią a reklamą.
To jest drobna wojna o symbol, ale symbole nie są drobne. Symbol to skrót pamięci. Jeśli symbol się podmieni, podmienia się też kawałek wyobraźni. A wyobraźnia jest fundamentem tego, jak człowiek rozumie świat, nawet jeśli udaje, że jest „tylko praktyczny”.
W Europie prezenty rozdaje się różnie i w tym tkwi bogactwo tradycji. W Polsce dzieci czekają na biskupa Mikołaja 6 grudnia, w Wigilię pod choinką pojawia się Aniołek albo Dzieciątko, a w Hiszpanii i części katolickiej Europy prezenty przynoszą Trzej Królowie 6 stycznia. Każdy region ma swój rytuał, swoją opowieść, swoje dziecięce oczekiwanie. To jest ta Europa, o której lubimy mówić, że jest różnorodna, a nie tylko „zróżnicowana statystycznie”.
Tymczasem globalna popkultura próbuje narzucić jedną wersję: krasnal w czerwonym kubraku, sanie z reniferami, komin, jeden dzień, jeden obrazek. W efekcie zamiast różnorodności mamy uniformizację, jeden krasnal, jeden komin, jeden kalendarz. To tak, jakby ktoś chciał, by wszystkie kolędy brzmiały jak „Jingle Bells”, a wszystkie potrawy wigilijne smakowały jak piernik z reklamy.
Bogactwo tradycji zostaje spłaszczone do czegoś łatwego do sprzedania. Ładnego, błyszczącego, plastikowo odpornego. Tylko że w tym plastiku jest pewna wada: nic nie zostaje na dłużej. Człowiek się uśmiechnie, po czym zapomni. A tradycja, jeśli ma być tradycją, musi zostawiać ślad.
A jednak nie wszędzie święta wyglądają jak oblężona twierdza czy spektakl bez jubilata. W Ołomuńcu, na tym samym placu, gdzie stoi barokowa fontanna Cezara, podczas jarmarku wystawiono jasełka, żywe, z aktorami, muzyką, z Dzieciątkiem, Maryją i Józefem. Starsi wcielili się w pasterzy, dzieci w aniołki, a całe miasto stało się sceną wspólnoty.
Żadnych betonowych barykad, żadnego wymazywania postaci. Święto było świętem, pełne, głośne, wspólne. Nikt nie bał się, że ktoś się obrazi. I nikt się nie obrażał. To jest drobna, ale mocna lekcja: wciąż można żyć normalnie, bez nerwicy, bez ucieczki w neutralność, bez tej nieustannej gry, w której wszyscy udają, że nie mają korzeni.

To wystarczy, by pokazać, że można inaczej. Że w Środkowej Europie wciąż istnieje przestrzeń, gdzie tradycja nie musi się chować, a wspólnota nie musi udawać, że świętuje „nic”. I w całym tym polit-poprawnym rozgardiaszu warto jasno powiedzieć: nie chodzi o ksenofobię, lecz o asymetrię. O to, że jedni mają prawo być sobą tylko po cichu, a inni mogą głośno stawiać warunki.
Boże Narodzenie coraz częściej przypomina urodziny, na których jubilat nie tylko nie został zaproszony, ale i gospodarz nie może nawet ustawić stołu po swojemu. W Brukseli szopka stoi bez twarzy, na zachodzie jarmarki otacza beton, a my sami nakładamy sobie kaganiec, którego nikt nam nie narzucał wprost, tylko który jakby wyrósł z powietrza, z atmosfery, z obawy przed etykietą.
A przecież w Ołomuńcu, na tym samym placu, gdzie stoi fontanna Cezara, podczas jarmarku wystawiali jasełka, żywe, z aktorami, muzyką, z Dzieciątkiem, Maryją i Józefem. Żadnych barykad, żadnego wymazywania. Święto było świętem, pełne, głośne, wspólne. Nikt się nie obraził. Co więcej, wyglądało to tak, jakby ludziom ulżyło, że nie muszą udawać.
To pokazuje, że da się. Że w Środkowej Europie wciąż jest miejsce, gdzie tradycja nie musi się chować. A kiedyś śpiewaliśmy: „Chcemy być sobą”. I ja się dziś pytam, już nie patetycznie, tylko zwyczajnie, po ludzku: czy my jeszcze umiemy być sobą, bez przepraszania za sam fakt, że mamy własny stół?
Zbigniew Grzyb
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz