Zdarzyło mi się (nie)raz przyjechać nad ranem do pracy, na wykłady, po wieczorze spędzonym w wyborowym towarzystwie przy (nie)jednej lampce wina. Pobieram klucze do sali wykładowej, gdy za rękaw począł mnie ciągnąć prawnuk Kwestora, zatrudniony do wykrywania wykładowców po spożyciu.

– Piłeś pan – krzyknął na cały korytarz Pełnomocnik Rektora ds. Wychowania w Trzeźwości.

– Ciszej proszę, to jest moja prywatna sprawa co piłem, kiedy piłem i z kim piłem. Zaznaczyłem stanowczo i asertywnie. A odnośnie ostatniego pragnę pana zapewnić, że nie tylko nie mógłby się pan z nami pić, ale nawet patrzeć na to jak pijemy. Tak wysoko postawione było to towarzystwo. Pijackie ale na poziomie.

– Tym niemniej zapraszam do Pokoju Wytrzeźwień. – powiedział pełnomocnik Rektora i zaprowadził mnie na I piętro. Tam, gdzie kiedyś była biblioteka wydziałowa.

– A tu nie była kiedyś biblioteka? – zapytałem.

– Była, ale nikt nie przychodził, żeby czytać. Teraz jest wszystko w internecie. Dlatego za unijne dotacje przerobiliśmy to pomieszczenie na Pokój Wytrzeźwień. A tak swoją dogą panie profesorze, dziękujemy, że pan wczoraj się nachlał. To dla statystyki naszego ośrodka bardzo ważne. – powiedział pełnomocnik Rektora ds. trzeźwości.

– Ile pan ma lat? – zapytała filigranowa pielęgniarka?

– 45 około – odburknąłem.

– A teraz? – zapytała ponownie ściskając mnie za krocze, co sprawiało jej dużą satysfakcję. Trochę bolało, ale jej spojrzenie rekompensowało ból. Była blondynką o niebieskich oczach.

– To 49 i pół. – wykrztusiłem z siebie.

– To niech leży i trzeźwieje – powiedziała i wskazała na jedno z kilku legowisk na kartonach po margarynie Palma. – Jak się będzie wiercił, to zadzwonię do Woźnego – ostrzegła.

A z Woźnym nie ma co zadzierać. Podobno w życiu ani grama alkoholu nie wypił. I jest jak pies na tych, co choć gram wypili. Wszyscy u nas na uczelni się go boją. Jest on albowiem ważną postacią. Jak chcesz z nim rozmawiać nie wystarczy przyjść i zapukać w drzwi. Dopiero za trzecim razem otwiera drzwi i to niechętnie. Zatrudniony jest po znajomości i groźnie wygląda.

– Ale gdzie mam leżeć? – zapytałem.

– Na Bułhakowie się pan kładź i żeby mi tu był spokój, bo Kanta dokańczam. Czytać w sensie. Bułhakow pod głowę to dobra lektura, nie za cieńka, nie za gruba. – powiedziała była bibliotekarka przekwalifikowana w ramach unijnego programu na kierowniczkę Centralnego Pokoju Wytrzeźwień.

– W tym tygodniu dwóch doktorów i trzech profesorów trzeźwieliśmy – powiedziała – i ani jednego magistra. Ciekawe dlaczego – zapytała samą siebie.

– Pani kierowniczko – to ja już się położę może – zapytałem.

– Oczywiście, ale najpierw należy się przebrać w używany szlafrok welurowy. W kolorze niebieskim. Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli kto jest trzeźwy, a kto nietrzeźwy. Trzeźwi zabarwiają się na czerwono. Wówczas ich wypuszczamy na budynek.

Zająłem miejsce obok kolegi z Wydziału Nauk Historycznych. Wszyscy wiedzieli, że na zakrętach nie zwalnia. Pił, bo przeszłość go zabijała. Myślał nawet, żeby z historyka stać się prognostykiem, ale nigdy nie miał na to czasu, gdyż pił.

– Mogę tu obok ciebie – zapytałem grzecznościowo bo i tak już się położyłem.

– A kładź się tylko nie myśl, że stąd szybo wyjdziesz. Nie wystarczy albowiem wytrzeźwieć, trzeba ich solennie zapewnić, że przez najbliższy tydzień nawet nie powąchasz alkoholu. Bez tej deklaracji nie wypuszczają. – powiedział historyk, którego nigdy nie wypuszczono.

Podszedłem zatem do kierowniczki i zapewniłem ją, że po pierwsze ten historyk to odrażająca postać jest, po drugie, że już nic nie wypiję. Wody nawet na wszelki wypadek.

I wypuściła mnie, i znów mogłem wykładać. Co chciałem.