Są w polityce rzeczy równie pewne jak zmiana pór roku. Jesień przynosi deszcz, zima śnieg, a gdy Donald Tusk wraca do władzy, wraca także stara moda na wyprzedaż państwowego majątku. Można nastawiać zegarki.
Jeszcze wczoraj słyszeliśmy o strategicznych inwestycjach, bezpieczeństwie infrastruktury i budowie silnego państwa. Dziś nagle okazuje się, że strategiczne spółki wcale nie są takie strategiczne. To trochę jak sprzedać dach, bo akurat świeci słońce.
Torpol? Firma budująca polską infrastrukturę kolejową? A po co państwu taka spółka? Przecież zawsze znajdzie się ktoś chętny, żeby ją przejąć. Logika jest prosta: skoro coś działa, ma wartość i może przydać się Polsce, to najwyraźniej najlepiej będzie się tego pozbyć.
Oczywiście usłyszymy piękne uzasadnienia o „optymalizacji aktywów”, „efektywności kapitałowej” i „zarządzaniu portfelem”. Politycy uwielbiają takie słowa. Brzmią nowocześnie i profesjonalnie. Problem w tym, że zwykły obywatel tłumaczy je sobie znacznie prościej: „sprzedajemy to, co jeszcze zostało”.
Historia lubi się powtarzać. Kiedyś wyprzedawano banki, fabryki i przedsiębiorstwa. Dziś dyskutuje się o spółkach ważnych dla infrastruktury. Zmieniają się nazwy, prezentacje PowerPoint i konferencje prasowe, ale melodia pozostaje dziwnie znajoma.
Czy sprzedaż Torpolu okaże się dobrą decyzją? Być może. Czy rząd przekona opinię publiczną twardymi argumentami? Oby. Ale zanim to nastąpi, wielu Polaków ma prawo wzruszyć ramionami i powiedzieć: „Już gdzieś to widzieliśmy”.
Bo właśnie dlatego ten temat budzi emocje. Nie tylko z powodu jednej spółki, lecz z powodu pamięci. A pamięć bywa dla polityków najbardziej niewygodnym recenzentem.
I dlatego pierwszą reakcją wielu ludzi nie jest zaskoczenie. Jest pytanie: „Czemu mnie to nie dziwi?”
Zostaw komentarz