Taka refleksja na temat dopłacania „artystom”, których praca się nie sprzedaje, do emerytur. Jest grupa społeczna, która ma tak samo, a często nawet gorzej.
W Polsce studia doktoranckie są zaliczane do stażu pracy, ale jedynie jako okres bezskładkowy. W tym czasie człowiek prowadzi badania naukowe jak każdy pracownik naukowy. Często prowadzi także zajęcia dydaktyczne, przy czym część z nich odbywa się bez wynagrodzenia. Taki okres trwa zwykle 4–5 lat.
Jeśli uda się obronić doktorat, a następnie przez kolejne dekady normalnie pracować i dożyć emerytury, to na końcu okazuje się, że przez te 4–5 lat człowiek był de facto traktowany tak, jakby był bezrobotny. Jakby nic nie robił, nie pracował i nie wnosił żadnej wartości.
Czy naprawdę Polski nie stać na to, aby w przypadku obronienia doktoratu zaliczyć takiej osobie te 5 lat ciężkiej pracy jako okres składkowy, tak jakby w tym czasie zarabiała choćby minimalne wynagrodzenie? Podkreślam: minimalne, a nie równowartość wielokrotności przeciętnego wynagrodzenia, jak w przypadku rozwiązań proponowanych dla artystów, którzy nie odprowadzali składek na ZUS lub nie osiągali wystarczających dochodów.
Argument, że doktorant może w czasie studiów pracować poza nauką, jest oczywiście prawdziwy. Tyle że dokładnie to samo można powiedzieć o artyście. Artysta również może pracować jako sprzedawca w sklepie, pracownik korporacji czy przedsiębiorca, a twórczością zajmować się w pozostałym czasie.
Dlatego trudno nie odnieść wrażenia, że jeśli państwo decyduje się wspierać jedną grupę wykonującą społecznie wartościową, lecz słabo wynagradzaną pracę, to powinno przynajmniej równie poważnie potraktować osoby, które przez lata prowadziły badania naukowe i kształciły studentów, często kosztem własnej stabilności finansowej.
Autor: dr hab. Aleksander Głogowski, profesor UJ. Politolog, Katedra Historii Polskiej Myśli Politycznej INPiSM Uniwersytetu Jagielońskiego.
Zostaw komentarz