O tym, w jakim kierunku powinna obecnie pójść dyskusja jak w temacie, nie tylko w Ruchu Ochrony Szkoły, ale w ogóle po naszej stronie, a tym razem pojawi się kolejne ujęcie dotąd pomijane, a przeze mnie przedstawione częściowo. Chodzi bowiem o aspekt, jakim jest nauczanie indywidualne.

Nie wiem, bo nigdzie na żadnych łamach to nie padło, mianowicie czy w tym modelu, jaki próbuje się nam narzucić ma w ogóle być nauczanie indywidualne, ale póki co jest to jeden z komponentów naszego systemu edukacji.

W jednym z wcześniejszych artykułów z tej serii wspomniałem, że u mnie w nauczaniu indywidualnym błędem było opieranie się w rozwoju społecznym w budowaniu relacji międzyludzkich na wolontariacie młodzieżowym i to były te manowce, co wywołało negatywne emocje u tych, których to wszystko dotyczyło, a należy doprecyzować, czego wtedy nie dodałem, że to była istota problemu i nie dotyczyło to tylko konkretnie mojej szkoły, ale w ogóle tego rodzaju wolontariatu, bo poza ogólniakiem też czyniłem różne kroki w tym względzie.

Należy zacząć od tego, że wolontariat wymaga dojrzałości emocjonalnej, a w tej grupie wiekowej często tego brakowało i brakuje. Tu z kolei dochodzimy do zjawiska z tego, co wiem z dobrych źródeł istniejącego także potem i dziś, czyli punkty za wolontariat, co uważam za ślepą uliczkę.

Zilustruję to na pewnych przykładach zachowań ówczesnych wolontariuszy nie ma jednak znaczenia, czy oni w ogóle zabiegali o punkty, czy nie i co tak naprawdę nimi kierowało. Nie były rzadkością nawet takie sytuacje, że nigdy nie poznałem nie nawiązałem kontaktu z tymi, którzy się zgłosili tak w szkole, jak i poza nią, gdyż nie raz było tak, że ktoś danej osobie w to włączonej obiecał, że zadzwoni do mnie wtedy i wtedy w danym dniu, a nawet tego nie było nie zadzwonił lub takie, gdy ktoś umawiał się ze mną też poprzez kogoś, że przyjdzie o tej i o tej wtedy i wtedy, a nigdy się nie pojawił, więc to nie miało sensu.

Takim przykładem pozaszkolnym była sytuacja w naszym stowarzyszeniu i choćby to sprawiło, że się z niego wypisaliśmy, mianowicie jego prezes sam pojedynczo bez omówienia tego nie tylko z nami, bo tu wskazana byłaby w ogóle taka burza mózgów postanowił oprzeć się na wolontariacie szkolnym może potem dobrał jakichś studentów, ale nas już tam nie było i ja z rodziną nie interesowaliśmy się tym dalej, w każdym razie znalazł jakieś dziewczyny w wieku licealnym i miały do mnie zadzwonić, a nie zadzwoniły, więc tą drogą odpuściłem temat.

Choć to wszystko miało szerszy charakter należy wspomnieć o dwóch moich rówieśnikach będących zresztą w obydwu moich szkołach, którzy w ogólniaku nie zabiegali o żadne relacje, nawet ze mną, choć może mogłoby być z tego coś pozytywnego, szczególnie w przypadku nie bliskiej, ale jednak koleżanki. To były osoby jak najbardziej w normie intelektualnej koleżanka była bardzo elokwentna ją poznałem później bardziej świadomie i od niej zacznę, tym bardziej, że jest to osoba z tą samą niepełnosprawnością, co ja, ale w o wiele lżejszym stopniu, czyli niedowidząca. Przyszła do nas w gimnazjum tylko na rok jak potem wyszło wcześniej miała cały czas nauczanie indywidualne, ale chyba też w szkole, a nie w domu potem na pewno, o czym przypadkowo dowiedziałem się po latach, do czego jeszcze dojdę ona z rodziną mieli też chyba bardzo krótki epizod w naszym stowarzyszeniu.
Absolutnie nigdy nie była jakimś odludkiem zamkniętą w sobie, lecz jak najbardziej komunikatywna i życiowo poukładana.

Nie wiem dlaczego, ale po roku już do nas nie wróciła, gdyż rodzice z powrotem przenieśli ją do nauczania indywidualnego w poprzedniej szkole. Potem jak się okazało była w jednej z równoległych klas w tym samym ogólniaku, a dowiedziałem się o tym, bo mieliśmy wspólną panią od fizyki może jeszcze jakichś nauczycieli, ale ta pani mi o tym powiedziała była to zresztą jedna z najbardziej przychylnych mi nauczycielek. Dowiedziałem się, że Karolina tak ma na imię ta bohaterka jest ok., ale nie zabiegała ona o żadne kontakty szkolne i nawet ze mną nie byłaby zainteresowana.

Drugą osobą był chłopak z porażeniem mózgowym, który od zawsze miał nauczanie indywidualne w domu w podstawówce i gimnazjum był w mojej klasie. O ile w nauczaniu początkowym pojawiał się u nas to na jakichś imprezach klasowych, czy niektórych wyjściach i nawet krótko w czwartej klasie, to jednak potem jakby o nim zapomniano, bo jego temat nie pojawił się w jakimkolwiek kontekście nikt o nim nic nie mówił. Potem jak się okazało w ogólniaku był zapisany do tej samej klasy, co ja, ale to nie miało przełożenia na nic nauczyciele mówili, że on jest zamknięty, a czy było to prawdą nie sposób było zweryfikować.

W moim życiu także poza szkołą były takie głosy pewnego rodzaju wyrzuty, że bardziej łatwiej nawiązuję relacje z dorosłymi. To było jednak swoiste uproszczenie skrót myślowy, bo wiadomo, że w szkole, czy gdziekolwiek nie ma relacji na siłę nie ma to żadnego sensu i dziecko młodsze czy starsze to czuje i jeśli chodzi o wszelkie relacje z osobami z mojego pokolenia wszędzie tam, gdzie było to naturalne, a nie wymuszane było z tego coś pozytywnego.
Jasnym dla mnie jest to, że nie przeskoczyłbym wtedy pewnych spraw, choćby technicznych, bo wiadomo stan techniki ułatwiającej mi funkcjonowanie nie był wtedy taki, jak to jest dziś, bo obecnie sytuacja w naszym kraju nie odbiega w tym względzie od świata zachodniego, ale nie musiało to być aż tak, jak miało to miejsce w aspekcie społecznym, gdyby na ile to możliwe szukać właściwych osób w ramach wolontariatu dorosłych czy to już wtedy studentów, czy ówczesnych słuchaczy studium pracowników socjalnych tak to się wtedy nazywało i w ogóle tych, którzy mieliby takie możliwości, by się w taką pomoc zaangażować niezależnie od wieku, czy posiadanego wykształcenia, bo bardziej chodziłoby o predyspozycje osobowościowe, choć trudniej byłoby dojść do takich osób w porównaniu do tego, jak mogą to zrobić tacy, których coś takiego współcześnie dotyczy.

Dlaczego w moim otoczeniu nie było wiedzy na ten temat?

Jedną z niewielu cech projektu Klango było to, że można było poznać doświadczenia innych i wyciągnąć wnioski pomocne danej osobie, czyli kto w okresie istnienia Klango był jeszcze uczniem mógł powiedzieć w swoim otoczeniu o tym lub tamtym, natomiast w pismach środowiskowych, które dawno temu prenumerowałem głównie w wersji papierowej brajlowskiej właśnie w ogóle nie pisano o takich rzeczach o sprawach związanych ze szkolnictwem masowym, więc nie było dostępu do informacji, inaczej zwróciłoby to moją uwagę.

Etap szkoły ponadpodstawowej, czy nawet schyłkowa podstawówka dawniej gimnazjum jest w istocie takim wązkim gardłem, ale nie musi być źle w odniesieniu do współczesnych niewidomych uczniów właśnie pod warunkiem myślenia z tej szerszej perspektywy. To nie oznacza, że relacji rówieśniczych szerzej szkolnych nie ma być zawsze jeśli możliwe niech też będą, ale rozwój w naturalnym środowisku zamiast w ośrodku należy rozumieć w sposób bardziej rozwinięty.