OSKAR MINGE. CODZIENNIE.
Oskar Minge | 11 października 2026

„Dla waszego bezpieczeństwa” to zdanie, po którym odruchowo sprawdzam, czego za chwilę nie będzie mi wolno. Jest wygodne, eleganckie i wyjątkowo odporne na pytania. Bo spróbuj zapytać o szczegóły, kiedy w tle stoją przestraszeni rodzice. Jeszcze chwila i ktoś wyjaśni ci, że skoro interesuje cię procedura, to najwyraźniej mniej interesuje cię życie dzieci.

Znakomity zabieg komunikacyjny. Strach jest świetnym copywriterem. Potrafi sprzedać rozwiązanie, zanim ktokolwiek przeczyta warunki.

Po ostatnich atakach w szkołach rząd zapowiada szybsze działania wobec niebezpiecznych treści w internecie. Dziś Krzysztof Gawkowski mówił o przyspieszonym procedowaniu ustawy i konieczności skutecznego nakazywania platformom usuwania takich materiałów. Posiedzenie komisji senackich w tej sprawie zaplanowano na 13 października.

Trudno się dziwić, że ludzie oczekują reakcji. Gdy zagrożone są dzieci, państwo ma działać. Groźba zamachu nie jest odważną publicystyką, a krzywdzenie ludzi nie staje się dopuszczalne dlatego, że ktoś transmituje je z telefonu. Platforma zarabiająca na naszej uwadze nie powinna móc umyć rąk, gdy tę uwagę przyciąga cudze cierpienie.

Tylko że właśnie w takich chwilach potrzebujemy również spokojnych pytań. Kto podejmie decyzję? Na jakiej podstawie? Kto ją sprawdzi? I jak szybko odzyska głos człowiek, którego wyciszono niesłusznie?

Najpierw fakty, bo nie zamierzam krytykować politycznego marketingu, używając jego metod. Sejm uchwalił ustawę 8 października. To jeszcze nie znaczy, że nowe przepisy już obowiązują. W tekście przekazanym Senatowi zapisano wejście w życie po sześciu miesiącach od ogłoszenia. Techniczne przygotowanie systemu może wymagać czasu. Tym bardziej warto odróżniać tempo konferencji prasowej od kalendarza działania prawa.

Ustawa przewiduje rolę Prezesa UKE i Przewodniczącego KRRiT, sprzeciw do sądu powszechnego oraz możliwość usuwania niesłusznych ograniczeń nałożonych przez platformę. Część spraw, między innymi dotyczących propagowania totalitaryzmu i nawoływania do nienawiści, kieruje na drogę sądową. Opowieść, że urzędnik dostaje po prostu pilota do wyłączania dowolnej krytyki, byłaby więc nieuczciwa.

Te zabezpieczenia mają znaczenie. Trzeba je zauważyć również wtedy, gdy psują atrakcyjny nagłówek. Ja zresztą wolę stracić trochę zasięgu niż zbudować felieton na ustawowym potworze, którego sam sobie wymyśliłem.

Ale od zapisania uprawnienia do skorzystania z niego prowadzi czasem bardzo długa droga. Wyobraźmy sobie małą redakcję, lokalnego społecznika albo przedsiębiorcę. Żadne z nich nie musi mieć prawnika dyżurującego przy skrzynce odbiorczej. W procedurze przewidziano dwa dni na przedstawienie stanowiska przez autora treści. Dwa dni w życiu urzędu wyglądają inaczej niż dwa dni w życiu człowieka, który akurat pracuje, opiekuje się kimś albo po prostu nie zauważył powiadomienia.

Nie twierdzę, że przegapienie tej wiadomości automatycznie odbiera wszystkie dalsze możliwości obrony. Pytam, dla kogo projektujemy cały proces. Dla obywatela z telefonem i własnym życiem czy dla idealnego uczestnika postępowania, który od poniedziałku do niedzieli siedzi w marynarce obok segregatora?

Jest też kwestia przejrzystości. Tekst ustawy przewiduje publikowanie decyzji z ochroną danych, ale dostęp do rejestru blokowanych domen ogranicza do wskazanych podmiotów i wyłącza wobec tego rejestru przepisy o dostępie do informacji publicznej. To konkretny punkt do dyskusji. Chciałbym usłyszeć, jak społeczna kontrola ma działać w praktyce: jak łatwo dziennikarz czy organizacja obywatelska sprawdzi skalę blokad, ich podstawy i liczbę pomyłek.

Państwo oczekujące zaufania powinno umieć pokazać własny rachunek błędów. Ile decyzji cofnięto? Ile publikacji przywrócono? Jak długo trwało prostowanie niesłusznej ingerencji? Sama liczba usuniętych treści jest wygodnym wskaźnikiem sukcesu, ale kosz pełen wyrzuconych dokumentów też wygląda imponująco. Dopiero potem okazuje się, co było w środku.

Z perspektywy człowieka pracującego w marketingu widzę tutaj bardzo znajomą pokusę: łatwiej pokazać efektowny wynik niż udowodnić rzeczywistą skuteczność. Znikający wpis da się policzyć. Rozmowę, dzięki której ktoś odpowiednio wcześnie dostał pomoc, znacznie trudniej zmieścić w tabeli. Nie znaczy to, że pierwsze jest bezwartościowe. Znaczy, że nie powinno zastępować drugiego.

Dziecko w kryzysie nie potrzebuje wyłącznie internetu z mniejszą liczbą złych materiałów. Potrzebuje także dorosłego, który ma czas, kompetencje i możliwość reakcji. Szkoła potrzebuje wsparcia przed tragedią. Rodzic potrzebuje wiedzy, co zrobić z niepokojącym sygnałem. Tych rzeczy nie załatwia przycisk „zablokuj”, nawet jeśli bardzo dobrze prezentuje się podczas odprawy.

Nie mam przy tym ochoty bronić bezkarności cyfrowych gigantów. Zajmuję się komunikacją i prowadzę biznesy, więc zależy mi na internecie, w którym da się normalnie pracować. Oszustwa, podszywanie się pod ludzi czy arbitralne znikanie legalnych treści uderzają również w przedsiębiorców. Potrzebujemy egzekwowania zasad i skutecznej drogi sprzeciwu. Zarówno wtedy, gdy błąd popełni platforma, jak i wtedy, gdy popełni go państwo.

Dlatego nie kupuję wyboru między dobrym urzędnikiem a złym algorytmem. Człowiek może się pomylić. System może się pomylić. Cała konstrukcja powinna zakładać, że pomyłki się wydarzą, i pozwalać je szybko naprawiać. Najbardziej podejrzany jest dla mnie mechanizm, którego głównym zabezpieczeniem pozostaje zapewnienie, że będą go obsługiwać właściwi ludzie.

Właściwi ludzie mają bowiem tę niedogodność, że przegrywają wybory. Potem przychodzą inni, biorą klucze, hasła, pieczątki i zastane uprawnienia. Jeśli ktoś zachwyca się dziś nowym narzędziem kontroli, proponuję prosty test: niech wyobrazi sobie jego obsługę przez polityka, któremu ufa najmniej. Nadal wszystko wygląda równie bezpiecznie?

Ten test polecam wszystkim obozom. Obrońca wolności słowa powinien bronić również prawa do legalnej wypowiedzi kogoś, kogo nie znosi. Zwolennik skutecznego państwa powinien domagać się sprawdzania także własnej władzy. W przeciwnym razie spieramy się tylko o to, kto ma trzymać pilota.

Zależy mi na ochronie dzieci. Właśnie dlatego nie chcę, żeby ich strach służył do zamykania dyskusji o jakości prawa. Ofiary przemocy zasługują na realną pomoc, a obywatele na rzeczową odpowiedź. Pytanie o granice uprawnień nie jest sabotażem bezpieczeństwa. Jest częścią odpowiedzialnego stanowienia przepisów.

Chcę państwa, które potrafi szybko zatrzymać rozpowszechnianie przestępczych treści, jasno uzasadnić swoją decyzję i równie sprawnie przyznać się do błędu. Chcę także wiedzieć, że krytyka tego państwa nie będzie wymagała nadzwyczajnej odwagi, pieniędzy i wolnego tygodnia na korespondencję.

„Dla waszego bezpieczeństwa”? Dobrze. Proszę jeszcze pokazać, kto zabezpiecza nas przed błędem tych, którzy mają nas chronić.