Tusk zapowiedział, że częściej będzie rozmawiał z Nawrockim. To dobrze, ale można jeszcze pójść dalej. Stworzyć wspólną grupę zadaniową do konsultacji z Kancelarią Prezydenta, przedłożeń rządowych.

Obaj panowie muszą jakoś ułożyć swoje relacje, nawet jeśli nie darzą się sympatią.
Mogą oczywiście iść na udry, ale to tylko zaszkodzi interesom państwa, czyli nas samych.
Muszą wykazać minimum dobrej woli by ze sobą współpracować.
I to nie jest żaden idealizm, ale zwykła pragmatyka rządzenie.
A na tyle ich chyba stać.

Pomysł Nawrockiego by obie kancelarie, premiera i prezydenta, wspólnie omawiały przedłożenia rządowe na etapie projektu przyjętego już przez rząd, nie jest wcale taki głupi.
Być może uniknęlibyśmy tylu wet ze strony głowy państwa, a rządowi to nic nie ujmuje.

Mam na myśli grupę zadaniową, wspólną, złożoną z wysokich urzędników obu pałaców.

Omawiałaby ona, jeszcze przed skierowaniem projektu ustawy do sejmu, rządowe przedłożenia.

Strona rządowa wiedziałby, które zapisy ustaw są dla prezydenta problematyczne, a prezydencka, gdzie są ze strony rządu granice kompromisu.
Można byłoby wtedy, przy odrobinie dobrej woli wypracować jakiś konsensus, zadowalający oba pałace.

To jednak wymaga ustępstw z obu stron.
I jak wcześniej zaznaczyłem, minimum dobrej woli.

Albo, jeśli kompromis nie byłby możliwy, rząd miałby czas na wniesienie korekt, które gwarantowałyby, że prezydent ustawy nie zawetuje.

Tak czy owak, ważne by ze sobą rozmawiali, a nie prawili sobie złośliwości.
I rząd i prezydent mają mandat do rządzenia.
Dali go im wyborcy, czyli my.

I to my, będziemy ich rozliczali czy mieli na względzie tylko interesy osobiste i partyjne, czy nasze.

Za pomocą karty wyborczej.