Kiedy przeczytałem wyznanie Hołowni, że żegna się z polityką i nie wystartuje w przyszłorocznych wyborach, żałość wielka mnie ogarnęła i łzy polały się po policzkach.

Nawet sobie po cichu zaśpiewałem do melodii „Don’t cry for me Argentina” , ” nie płacz po mnie Polsko”.

Nie wiem czy to jest ostateczne pożegnanie Hołowni z polityką, czy może będzie jeszcze jedna trasa koncertowa, ale chyba dobrą decyzję podjął.

Bo kapitał jaki miał na początku marszałkowania szybko roztrwonił.

Myślę, że to wtedy woda sodowa uderzyła mu do głowy i stracił zdolności samooceny i racjonalnego myślenia.
Zachowywał się jak operowa diva, która odwołuje koncerty, poucza dyrygenta jak ma kierować orkiestrą, a po cichu, chce dorabiać na konkurencyjnej scenie.

Mam na myśli jego groźby o wychodzeniu z koalicji, nocne spotkania z Kaczorem, umizgi do Nawrockiego.
Po których stracił całkowicie wiarygodność jako koalicyjny partner.
Wchodził, wychodził z partii, którą sam założył.
Aż położył ją na łopatki.

Słowem, czego się nie dotknął, to spierdolił.

Płakać chyba po nim nikt nie będzie.
Ot, kolejny polityk, który przeszedł na polityczną emeryturę.
I kolejna partia, o której za moment wszyscy zapomną.

#Hołownia #Polska2050 #Koniecpolityczny