I co mamy po 33 latach od wypowiedzi Włodzimierza Odojewskiego?
Kiedy po trzydziestu trzech latach ponownie przeczytałem komentarz Włodzimierza Odojewskiego , przyszło mi do głowy, że czas potrafi płatać człowiekowi osobliwe figle. Zmieniają się rządy, ustawy, politycy i całe pokolenia, a niektóre słowa wypowiedziane przed laty brzmią tak, jakby ich autor przed chwilą odłożył mikrofon. Można w tym dostrzec dowód niezwykłej przenikliwości pisarza, ale można również dojść do mniej pochlebnego dla nas wniosku, że przez te wszystkie lata niektórych rzeczy zwyczajnie nie nauczyliśmy się robić lepiej. A może, co wydaje mi się jeszcze bardziej prawdopodobne, nauczyliśmy się całkiem sporo, tylko niekoniecznie tego, czego najbardziej potrzebowaliśmy.
Najbardziej zastanowił mnie język. Ten osobliwy język politycznej rywalizacji, w którym jedno i to samo działanie potrafi być obroną praworządności albo zamachem na nią, przywracaniem sprawiedliwości albo polityczną zemstą, uzdrawianiem państwa albo jego zawłaszczaniem. Wszystko zależy od tego, kto akurat przemawia i po której stronie politycznego płotu stoi słuchacz. A płoty, jak wiadomo, mają to do siebie, że z obu stron wyglądają nieco inaczej, choć słupki tkwią przecież w tej samej ziemi. Niektórym wystarczy nawet sam widok sąsiada po drugiej stronie, żeby nabrać przekonania, że coś z tym płotem jest nie w porządku.
Nie zamierzam jednak przekonywać, że wszyscy politycy są jednakowi, a każda ze stron ma po połowie racji i winy. To byłoby zbyt łatwe, a przede wszystkim nieuczciwe. Są przecież konkretne decyzje, konkretne nadużycia i konkretni ludzie, którzy ponoszą za nie odpowiedzialność. Problem pojawia się wtedy, gdy zamiast przyglądać się faktom, najpierw sprawdzamy polityczny rodowód sprawcy, a dopiero później zastanawiamy się, jak nazwać jego postępowanie. Bywa, że czyn godny potępienia u przeciwnika staje się u swoich przejawem odwagi i determinacji, natomiast działanie, za które jeszcze niedawno należało się publiczne uznanie, po zmianie władzy zaczyna budzić najcięższe podejrzenia.
W 1993 roku patrzyłem na te sprawy z nieco innego miejsca niż dzisiaj. Byłem wówczas redaktorem „Stron Demokracji”, a jednocześnie doktorantem Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, pracującym pod kierunkiem profesora Wiesława Kozuba-Ciembroniewicza nad rozprawą „Totalitaryzm w myśli politycznej Zbigniewa Brzezińskiego”. Mechanizmy sprawowania władzy, znaczenie instytucji oraz stosunki między państwem a obywatelami interesowały mnie więc nie tylko jako człowieka zajmującego się bieżącą publicystyką, lecz również jako przedmiot badań. Miałem zresztą szczęście otrzymać od samego Brzezińskiego propozycję pomocy naukowej, ale to już osobny fragment tamtej historii, który nie jest nam tutaj potrzebny do zrozumienia komentarza Odojewskiego.
Tamten świat był przy tym znacznie mniej wygodny dla kogoś, kto próbował docierać do informacji. Tekst radiowego komentarza trzeba było nagrać na kasetę, a później cierpliwie przepisywać, cofając taśmę tyle razy, ile było potrzeba. Żadnego zatrzymywania nagrania jednym kliknięciem, żadnego automatycznego rozpoznawania mowy, żadnego internetowego archiwum, w którym można natychmiast sprawdzić nazwisko czy tytuł zagranicznej gazety. Człowiek grzebał w książkach, papierach i notatkach, czasem szukał pomocy u kogoś znającego język obcy, a kiedy tekst wreszcie trafiał do druku, miał zwykle za sobą znacznie więcej zachodu, niż dzisiejszy czytelnik mógłby przypuszczać.
Nie wspominam o tym po to, żeby narzekać na współczesne technologie, bo sam korzystam z nich z niemałym pożytkiem. Chodzi mi raczej o przypomnienie sposobu, w jaki poznawaliśmy wówczas świat. Polska dopiero uczyła się nowego ustroju, a my razem z nią, próbując odróżnić trudności nieuniknione od błędów, których można było uniknąć. Dzisiaj znamy dalszy ciąg tamtej historii, wiemy, które nadzieje się spełniły, a które okazały się złudzeniami. Łatwo więc być mądrym po trzydziestu trzech latach; znacznie trudniej uczciwie przypomnieć sobie, czego wtedy nie wiedzieliśmy.
Nie zamierzam zatem ani wystawiać Odojewskiemu świadectwa trafności jego przewidywań, ani poprawiać go z wyższością człowieka wyposażonego w wiedzę o następnych dekadach. Bardziej interesuje mnie, dlaczego jego gorzki komentarz nadal budzi znajome skojarzenia, choć Polska, w której dzisiaj żyjemy, pod tak wieloma względami nie przypomina tamtego kraju. Warto przy tym pamiętać, że pisarz posłużył się porównaniem szczególnie ostrym, pytając, czy Polska jest Afryką, i przywołując określenie „afrykanizacji polskiej sceny politycznej”, które — jak sam mówił — zaczerpnął ze szwajcarskiego dziennika „Neue Zürcher Zeitung”.
Nie udało mi się dotąd odnaleźć konkretnej publikacji, na którą się powoływał, dlatego nie mogę stwierdzić, w jakim dokładnie kontekście użyto tamtego określenia. Wiemy natomiast, że Odojewski uznał metaforę za wystarczająco wymowną, aby uczynić z niej punkt wyjścia do własnych rozważań. Afryka nie była przecież i nie jest jednym państwem ani jedną polityczną rzeczywistością, a jej obraz w europejskich przekazach początku lat dziewięćdziesiątych pozostawał pod silnym wpływem informacji o wojnach, kryzysach i walkach rywalizujących ugrupowań. Przez następne trzydzieści trzy lata zmieniała się jednak nie tylko Polska, lecz również poszczególne kraje afrykańskie, dlatego dzisiejsze powtarzanie tamtej metafory bez historycznego kontekstu byłoby niesprawiedliwym uproszczeniem także wobec Afryki.
Nie ma zresztą potrzeby urządzać pisarzowi po latach procesu o użyte porównanie ani szukać dla niego usprawiedliwienia, o które sam nie prosił. W publicystyce metafora bywa narzędziem ostrym, a Odojewski doskonale wiedział, że nie pisze podręcznika geografii politycznej. Istotne jest raczej to, co chciał za pomocą tego porównania powiedzieć o polskiej scenie politycznej, na której rywalizujące środowiska traktowały niekiedy państwo jak teren nieustannej walki o wpływy. I właśnie ten mechanizm, a nie geograficzna trafność dawnego określenia, zasługuje dzisiaj na naszą uwagę.
Państwo do wzięcia
Przyglądając się polskiej polityce przez ostatnie trzydzieści trzy lata, coraz częściej dochodzę do wniosku, że jedną z jej najbardziej trwałych cech jest osobliwe rozumienie wyborczego zwycięstwa. W demokracji wybory powinny rozstrzygać, komu obywatele na określony czas powierzają prowadzenie spraw państwa. Zwycięzcy otrzymują prawo do realizowania swojego programu, przegrani mogą przygotowywać się do następnej próby, a samo państwo powinno funkcjonować niezależnie od tego, kto akurat siedzi w ministerialnych gabinetach. Tyle teoria, z którą zapewne zgodzą się nawet ludzie pozostający ze sobą w głębokim politycznym sporze.
W praktyce ogłoszenie wyników wyborów przypomina niekiedy rozpoczęcie inwentaryzacji zdobytego majątku. Trzeba sprawdzić, jakie stanowiska są do obsadzenia, które instytucje można zreorganizować, kto powinien ustąpić miejsca, a komu należy się awans za dotychczasową wierność. Oczywiście stanowiska ministrów i politycznych doradców z natury rzeczy zmieniają się wraz z rządem, ale problem zaczyna się wtedy, gdy podobne kryteria przenoszone są do instytucji, które powinny zachowywać profesjonalny charakter niezależnie od wyniku wyborów. Pracowałem w administracji wystarczająco długo, by wiedzieć, że za urzędową tabliczką na drzwiach może siedzieć zarówno człowiek kompetentny i oddany swojej pracy, jak i ktoś, kto najchętniej przesiedziałby do emerytury bez podejmowania jakiejkolwiek trudniejszej decyzji. A w skrajnych przypadkach trafia się również taki, dla którego urzędowe biurko jest przede wszystkim miejscem, gdzie ma własny „interes do ogarnięcia”. Nie o nietykalność stanowisk więc chodzi, lecz o kryteria, według których się je obsadza.
Jeżeli najważniejszą kwalifikacją kandydata staje się jego przynależność do odpowiedniego środowiska, osobista znajomość z kimś wpływowym albo wieloletnia wierność politycznemu przywódcy, trudno później oczekiwać, że będzie przede wszystkim służył instytucji i obywatelom. Nie musi to jeszcze oznaczać, że okaże się złym pracownikiem, bo nawet wśród ludzi awansujących dzięki politycznym znajomościom mogą zdarzać się osoby dobrze przygotowane. Sam sposób powołania rodzi jednak wątpliwość, wobec kogo będą czuły się najbardziej zobowiązane, zwłaszcza gdy interes instytucji zacznie rozmijać się z oczekiwaniami ludzi, którym zawdzięczają stanowisko.
I tutaj wracamy do politycznych koterii, które tak niepokoiły Odojewskiego. Koteryjność nie polega przecież wyłącznie na tym, że grupa ludzi wzajemnie się popiera, spotyka i zgodnie głosuje podczas partyjnych zebrań. To również sposób organizowania wpływów, w którym przynależność do określonego środowiska otwiera drzwi niedostępne dla innych. Za tymi drzwiami bywają stanowiska, publiczne pieniądze, zamówienia, możliwości podejmowania decyzji oraz dostęp do informacji, a im więcej takich drzwi, tym większa pokusa, aby kluczami dysponowali przede wszystkim swoi. Zwykła znajomość potrafi wówczas z czasem przerodzić się w całkiem dochodową instytucję, choć próżno szukać jej w oficjalnym wykazie urzędów.
Nie każda partia polityczna jest jednak koterią, a ludzie o podobnych przekonaniach mają pełne prawo wspólnie ubiegać się o władzę i realizować uzgodnione cele. Demokracja bez zorganizowanych środowisk politycznych byłaby zresztą trudna do wyobrażenia. Różnica pojawia się wtedy, gdy wspólny program zaczyna służyć przede wszystkim za uzasadnienie wspólnych korzyści, a interes środowiska stopniowo przesłania interes państwa. Można wówczas zmieniać hasła, sztandary i przywódców, pozostawiając sam mechanizm niemal nietknięty. Nowi ludzie pojawiają się w gabinetach, poprzedni pakują swoje rzeczy do kartonów, a urzędowe korytarze po krótkim okresie zamieszania wracają do dawnego rytmu. Zmieniają się nazwiska na drzwiach, ale niekoniecznie zasady, według których drzwi te są otwierane.
Nie przypisuję jednak wszystkim środowiskom politycznym jednakowej odpowiedzialności. Byłoby to krzywdzące wobec ludzi uczciwych i bardzo wygodne dla tych, którzy rzeczywiście przekraczają granice prawa. Wspólny mechanizm nie oznacza identycznych czynów ani podobnej skali nadużyć. Konkretnych ludzi należy oceniać według tego, co zrobili, jakie prawo naruszyli i jakie skutki przyniosły ich działania, a nie na podstawie założenia, że skoro wszyscy czasem korzystają ze znajomości, to właściwie nie ma już o czym rozmawiać. Przeciwnie, właśnie dlatego, że istnieją rzeczywiste różnice pomiędzy uczciwym pełnieniem funkcji publicznej a wykorzystywaniem jej dla własnego środowiska, trzeba o nich mówić wyraźnie.
Jest jeszcze jedna rzecz, która w tych politycznych rozgrywkach wydaje mi się szczególnie kosztowna. Politycy przychodzą i odchodzą, natomiast państwo powinno zachowywać ciągłość, choć brzmi to jak banał, dopóki nie zaczniemy przyglądać się losom przedsięwzięć wymagających więcej czasu niż jedna kadencja parlamentu czy samorządu. Wyobraźmy sobie inwestycję przygotowywaną przez kilka lat. Są dokumenty, uzgodnienia, wydane decyzje, czasem wykupione grunty, a przede wszystkim publiczne pieniądze, które już zostały wydane. W pewnym momencie zmienia się władza i nagle przedsięwzięcie, jeszcze wczoraj przedstawiane jako potrzebne mieszkańcom, zaczyna budzić zastrzeżenia niekoniecznie z powodu swoich wad. Bywa po prostu niewygodnym dziedzictwem poprzedników.
Zdarzają się oczywiście projekty źle przygotowane, przewymiarowane, kosztowne albo wręcz szkodliwe, które nowa władza ma nie tylko prawo, lecz czasem obowiązek zatrzymać. Tyle że powodem powinny być rzeczowe argumenty, a nie polityczna niechęć do nazwisk widniejących pod wcześniejszymi decyzjami. W administracji samorządowej ciągłość państwa przestaje być abstrakcyjnym pojęciem z podręcznika, ponieważ za dokumentami kryją się konkretne drogi, wodociągi, szkoły i potrzeby mieszkańców. Dokumentacja nie staje się bezwartościowa tylko dlatego, że ktoś inny wygrał wybory, a mieszkańcy nie przestają potrzebować kanalizacji, bo zmieniła się większość w radzie.
Z perspektywy obywatela sprawa wydaje się dość prosta. Jeżeli coś jest potrzebne i zostało dobrze przygotowane, należy to zrobić, niezależnie od tego, komu przypadnie zaszczyt przecięcia wstęgi. Politycy miewają jednak szczególny stosunek do wstęg, bo niektórzy potrafią interesować się nimi bardziej niż samą inwestycją. A przecież droga wybudowana przez poprzedników nie prowadzi wyłącznie do domów ich wyborców. Korzystają z niej także ci, którzy głosowali zupełnie inaczej, a nawet ludzie, którzy w dniu wyborów woleli zostać w domu. Asfalt nie posiada bowiem, przynajmniej na razie, zdolności rozpoznawania politycznych sympatii kierowcy.
Można się z tego podśmiewać, gdyby nie fakt, że konsekwencje podobnych sporów bywają całkiem poważne. Każda nieuzasadniona zwłoka, każda decyzja podjęta bardziej z politycznej przekory niż z gospodarczego rozsądku może kosztować obywateli realne pieniądze, a czasem również utraconą szansę, której nie da się odzyskać. Polityk może przegrać wybory, stracić stanowisko, a po kilku latach powrócić na scenę publiczną, natomiast skutki jego wcześniejszych decyzji pozostają w postaci zadłużenia, opóźnionej inwestycji albo osłabionej instytucji. Najtrudniej zaś naprawić coś, czego nie można łatwo zmierzyć ani wycenić, czyli utracone zaufanie obywateli do państwa. Rachunek za polityczną wojnę bardzo rzadko trafia bowiem wyłącznie do tych, którzy ją prowadzą.
Najbardziej niepokoi mnie jednak stopniowe przyzwyczajanie ludzi do przekonania, że każda kolejna władza przychodzi przede wszystkim po to, by odwrócić porządki poprzedniej. Zamiast kontynuacji należy spodziewać się następnej rewolucji, a zamiast spokojnego poprawiania błędów — triumfalnego ogłoszenia, że dopiero teraz państwo zacznie funkcjonować prawidłowo. Obywatel, który słyszał już podobne zapowiedzi od kilku politycznych ekip, może w końcu przestać wierzyć nie tylko zapowiadającym, ale również samemu sensowi naprawiania czegokolwiek. Tymczasem państwo nie jest ani politycznym trofeum, ani domem, który po każdej zmianie gospodarza trzeba rozebrać do fundamentów.
Remont państwa czy wymiana zamków?
Z fundamentami państwa sprawa jest jednak bardziej skomplikowana niż z fundamentami zwyczajnego domu. W budynku można przynajmniej wezwać konstruktora, który obejrzy pęknięcia, zbada wytrzymałość materiału i powie, czy wystarczy wzmocnić ścianę, czy trzeba rozebrać część konstrukcji. W polityce natomiast każdy z uczestników sporu potrafi przedstawić własną ekspertyzę, a z każdej wynika coś zupełnie innego. Dla jednych budynek grozi zawaleniem i wymaga natychmiastowej interwencji, dla drugich jest całkiem solidny, tylko nowi gospodarze chcą go urządzić według własnego gustu. Bywa również, że ktoś głośno zapowiada remont dachu, a po kilku miesiącach okazuje się, że wymienił przede wszystkim zamki w drzwiach.
Pomiędzy tymi politycznymi budowlańcami stoi obywatel, który chciałby po prostu wiedzieć, czy jutro będzie mógł załatwić swoją sprawę w urzędzie, dochodzić sprawiedliwości przed sądem i liczyć na to, że przepisy nie zmienią znaczenia w zależności od politycznej pogody. Instytucje państwowe nie istnieją przecież po to, aby dostarczać politykom kolejnych pól do rywalizacji. Mają wykonywać określone zadania, chronić prawa obywateli i zapewniać ciągłość funkcjonowania państwa. Ich wartość powinna wynikać przede wszystkim z tego, czy rzeczywiście spełniają swoją funkcję, a nie z długości tradycji czy nazwiska człowieka, który powołał ich kierownictwo. Sędzia nie staje się niezawisły przez samo założenie togi, podobnie jak urzędnik nie nabywa kompetencji wraz z otrzymaniem pieczątki.
Byłoby jednak naiwnością uważać, że każda istniejąca od wielu lat instytucja zasługuje na bezwarunkową obronę. Stary dom może mieć solidne fundamenty, ale może też od dawna osiadać, a jego mieszkańcy tak przywykli do krzywych ścian, że przestali je zauważać. W państwie również istnieją instytucje wymagające reform, niekiedy bardzo głębokich. Zmiana nie musi więc oznaczać zamachu na niezależność, podobnie jak zachowanie dotychczasowego porządku nie zawsze jest dowodem poszanowania prawa. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy o potrzebie remontu rozstrzygają przede wszystkim ludzie, którzy już wcześniej upatrzyli sobie pokoje do zajęcia.
Jednym z najważniejszych sprawdzianów niezależności instytucji jest dla mnie jej zdolność do podejmowania decyzji niekorzystnych dla tych, którzy umożliwili obsadzenie jej kierownictwa. Dopóki sąd, urząd czy organ kontrolny wydaje rozstrzygnięcia zgodne z oczekiwaniami władzy, zapewnienia o samodzielności pozostają w znacznej mierze deklaracjami. Dopiero sytuacja, w której trzeba powiedzieć własnym politycznym mocodawcom „nie”, pokazuje, ile te deklaracje są warte. Nie chodzi oczywiście o działanie na przekór rządzącym dla samego udowodnienia niezależności, lecz o to, aby o rozstrzygnięciach decydowały prawo, fakty i właściwe procedury, a nie przewidywanie, kto będzie zadowolony, a kto się obrazi.
Zastanawia mnie również, jak wiele o stosunku polityków do państwa zdradza język, którym posługują się podczas sporów o instytucje. Słyszymy o przejmowaniu, odbijaniu, odzyskiwaniu, zdobywaniu czy przywracaniu kontroli. Jedni zamierzają wyrwać coś z rąk przeciwników, drudzy zapowiadają, że nie oddadzą tego bez walki. Są to oczywiście często skróty publicystyczne, których nie należy rozumieć dosłownie, ale kiedy podobne słownictwo zaczyna dominować w dyskusji o instytucjach państwowych, trudno oprzeć się wrażeniu, że dla części uczestników sporu stają się one politycznymi twierdzami. A twierdz, jak wiadomo, nie zdobywa się po to, żeby następnie oddać klucze niezależnemu administratorowi.
Demokracja nie polega jednak na tym, że raz na kilka lat obywatele wybierają sobie nowych właścicieli Rzeczypospolitej. Wybierają ludzi, którym powierzają wykonywanie określonych zadań, w granicach prawa i na określony czas. To zasadnicza różnica, choć w politycznym ferworze bywa ona zaskakująco łatwa do przeoczenia. Pamiętam, że kiedy rozpoczynałem pracę w administracji samorządowej, szybko przekonałem się, iż urzędowa rzeczywistość jest znacznie mniej efektowna niż polityczne deklaracje. Za każdą decyzją kryły się przepisy, dokumenty, terminy, a przede wszystkim konkretni ludzie i ich sprawy. Administracja miała oczywiście swoje słabości i biurokratyczne absurdy, ale właśnie tam wyraźnie widać było, że państwo nie może funkcjonować wyłącznie według rytmu politycznych nastrojów.
Obywatel przychodzący do urzędu nie powinien zastanawiać się, na kogo głosował urzędnik ani czy jego własne poglądy podobają się aktualnej władzy. Powinien być traktowany zgodnie z prawem, podobnie jak człowiek występujący przed sądem, przedsiębiorca ubiegający się o decyzję administracyjną czy mieszkaniec składający skargę na działanie instytucji publicznej. Jeżeli ta zasada przestaje obowiązywać, państwo traci wiarygodność, której nie da się przywrócić samą wymianą kierownictwa czy uroczystym ogłoszeniem początku nowej epoki. Można przemalować urzędowe ściany i wymienić wszystkie tabliczki na drzwiach, a mimo to nie przekonać obywatela, że tym razem będzie traktowany sprawiedliwie.
Każda kolejna ekipa polityczna powinna przy tym pamiętać, że nie będzie rządzić wiecznie. Mechanizmy stworzone dla osiągnięcia doraźnych korzyści mogą przecież pewnego dnia znaleźć się w rękach przeciwników, którzy skorzystają z nich równie chętnie, a być może jeszcze skuteczniej. Przypomina to trochę człowieka, który podczas remontu wspólnego domu montuje sobie wyjątkowo wygodne drzwi, zapominając, że klucze do nich otrzyma kiedyś ktoś zupełnie inny. Warto więc od czasu do czasu zastosować prosty sprawdzian: czy uznalibyśmy dane rozwiązanie za słuszne również wtedy, gdyby miało służyć ludziom, którym politycznie nie ufamy? Jeżeli odpowiadamy przecząco, istnieje podejrzenie, że bronimy nie tyle zasady, ile własnego interesu.
W polskiej polityce łatwo koncentrujemy uwagę na nazwiskach. Jednych przywódców obdarzamy niemal bezgranicznym zaufaniem, innych obwiniamy o wszystkie nieszczęścia, a kolejnym przypisujemy zdolność naprawienia państwa, jeśli tylko otrzymają odpowiednio dużo władzy. Tymczasem ludzie przychodzą i odchodzą, zmieniają się pokolenia, programy i partyjne szyldy, a pewne sposoby działania potrafią zadziwiająco długo pozostawać niezmienne. Człowiek wchodzący do polityki może naprawdę chcieć poprawiać rzeczywistość, ale po pewnym czasie odkrywa, że system nagradza przede wszystkim lojalność wobec własnego środowiska, umiejętność prowadzenia sporów i skuteczność w osłabianiu przeciwnika. Spokojna praca nad rozwiązaniami potrzebnymi obywatelom nie zawsze przynosi równie szybkie korzyści polityczne.
Nie zwalnia to nikogo z odpowiedzialności za własne decyzje. Wręcz przeciwnie, im większa władza, tym większe znaczenie indywidualnych wyborów człowieka, który ją sprawuje. Ale jeśli kolejne środowiska polityczne, mimo odmiennych deklaracji, powtarzają podobne zachowania, warto przyjrzeć się także regułom, które do tego prowadzą. Być może rozsądniej jest tworzyć instytucje zdolne ograniczać skutki ludzkich słabości, niż bez końca poszukiwać idealnych ludzi, którym można powierzyć państwo bez żadnych zabezpieczeń. Historia dostarcza takich ideałów raczej oszczędnie, a nawet najbardziej szlachetna deklaracja wyborcza nie stanowi gwarancji, że jej autor pozostanie równie szlachetny po otrzymaniu ministerialnej pieczątki.
Może więc dobrego państwa nie poznaje się wyłącznie po tym, kto nim rządzi, ale również po tym, jak bardzo potrafi ono ograniczać skutki błędów własnych przywódców. Polska przez trzydzieści trzy lata zmieniła się niemal nie do poznania, od gospodarki po pozycję międzynarodową i codzienne warunki życia obywateli, a niektóre mechanizmy rywalizacji o władzę wciąż przypominają te, które niepokoiły Odojewskiego. Nie jest to jednak wyłącznie opowieść o politykach, ponieważ w demokratycznym państwie nie pochodzą oni z bezludnych wysp. Ktoś ich przecież wybiera, popiera, broni, a niekiedy nawet domaga się od nich zachowań, które później z takim oburzeniem ogląda w telewizji.
W politycznej karczmie
Kiedy przyglądam się współczesnym politycznym sporom, przypomina mi się czasem stara wiejska karczma. Nie taka elegancka, z kartą dań i muzyką sączącą się dyskretnie z głośników, lecz zwyczajna, gdzie przy jednym stole siedzieli zwolennicy jednej racji, przy drugim przeciwnicy, a pomiędzy nimi krążył gospodarz, bardziej zainteresowany tym, żeby goście zamawiali kolejne kufle, niż żeby doszli do porozumienia. Bo gdyby się zgodzili i rozeszli do domów, interes mógłby przecież ucierpieć. Porównanie polityki do karczemnej awantury jest trochę niesprawiedliwe, ponieważ w parlamencie zapadają decyzje dotyczące życia milionów ludzi, a nie rozstrzygnięcia, kto ma zapłacić za rozbite krzesło. Trudno jednak nie dostrzec, że zachowanie niektórych wybranych „przedstawicieli” narodu do złudzenia przypomina właśnie karczemne obyczaje.
Przy każdym stole siedzą ludzie przekonani o własnej racji, a kiedy ktoś z przeciwnego kąta powie coś rozsądnego, najpierw sprawdza się, kto to powiedział, dopiero później, co właściwie miał na myśli. Niekiedy i ten drugi etap okazuje się zbędny. Polityczne przekonania coraz częściej bywają bowiem elementem zbiorowej tożsamości, podobnie jak przywiązanie do rodzinnej miejscowości czy ulubionej drużyny sportowej. Można krytykować własną drużynę po przegranym meczu, ale kiedy zrobi to kibic przeciwników, natychmiast trzeba jej bronić. Podobnie człowiek może dostrzegać błędy polityków, których popiera, a nawet po cichu przyznawać, że nie wszystko mu się podoba, lecz wystarczy, że te same błędy wytknie ktoś z przeciwnego obozu, a uruchamia się odruch obronny. Przecież nie można pozwolić, żeby tamci mieli rację.
Politycy potrafią takie przywiązanie wykorzystywać, choć nie należy zakładać, że wszyscy działają wyłącznie cynicznie. Ludzie mają rzeczywiste powody do obaw, interesy i przekonania, a spory polityczne dotyczą często bardzo ważnych spraw. Strach, gniew i poczucie zagrożenia potrafią jednak mobilizować znacznie silniej niż spokojne wyjaśnianie skomplikowanych projektów ustaw. Wyobraźmy sobie polityka, który przez pół godziny tłumaczy szczegóły reformy finansów publicznych, uczciwie przedstawiając również jej możliwe koszty. A teraz postawmy obok drugiego, który w trzech zdaniach zapewni słuchaczy, że przeciwnicy chcą ich oszukać, okraść i pozbawić przyszłości. Nie trzeba szczególnie bujnej wyobraźni, żeby przewidzieć, który z nich wywoła większe emocje i którego wypowiedź szybciej rozejdzie się po internecie.
Dawniej polityczne spory rozchodziły się przede wszystkim podczas spotkań, rozmów, zebrań oraz za pośrednictwem gazet, radia i telewizji. W moich redaktorskich czasach tekst przygotowany do gazety musiał jeszcze przejść przez kilka etapów, zanim dotarł do czytelnika. Należało zdobyć informacje, zredagować materiał, przygotować skład, zapłacić za druk i zadbać o kolportaż. Bywało, że zanim artykuł ukazał się na papierze, wydarzenia zdążyły pobiec w innym kierunku. Miało to oczywiście swoje wady, ale dawało również chwilę na zastanowienie. Obecnie każdy posiadacz telefonu może w ciągu kilku sekund zostać komentatorem, wydawcą i uczestnikiem ogólnopolskiej debaty, nie czekając nawet na zakończenie wydarzenia, które właśnie komentuje.
W tym współczesnym przedstawieniu każdy może otrzymać swoją rolę. Politycy występują przed kamerami, komentatorzy komentują wypowiedzi polityków, inni komentatorzy komentują komentatorów, a internauci komentują wszystkich po kolei. Jedni występują jako obrońcy prawdy, drudzy jako demaskatorzy kłamstw, jeszcze inni specjalizują się w wyrażaniu oburzenia, najlepiej odpowiednio głośnego. Publiczność również nie pozostaje bezczynna, ponieważ może natychmiast nagrodzić ulubionego aktora polubieniami i udostępnieniami, a przeciwnika obrzucić komentarzami, których autorzy zapewne nie odważyliby się wypowiedzieć podczas zwyczajnej rozmowy twarzą w twarz. Czasami mam wrażenie, że gdyby na chwilę zabrakło rzeczywistych wydarzeń, bez większego trudu znaleziono by zastępczy temat do awantury, byle tylko publiczność nie rozeszła się do własnych spraw.
Nie zamierzam jednak obrażać się na internet tylko dlatego, że pamiętam czasy bez niego. Byłoby to zajęcie równie pożyteczne jak narzekanie na samochody z powodu sentymentu do furmanek. Współczesne technologie dały nam niezwykłe możliwości zdobywania wiedzy, komunikowania się i kontrolowania poczynań władzy. Obywatel może dzisiaj odnaleźć dokument, obejrzeć transmisję posiedzenia parlamentu, porównać wypowiedzi polityków i samodzielnie zabrać głos w publicznej dyskusji. W 1993 roku wiele z tych możliwości pozostawało poza naszym zasięgiem, a odnalezienie zagranicznego artykułu wymagało niekiedy znacznie więcej wysiłku niż samo jego przeczytanie.
Technologia nie zmieniła jednak w cudowny sposób ludzkiej natury. Nadal lubimy słyszeć, że mamy rację, chętniej przyjmujemy informacje potwierdzające nasze przekonania i mniej ochoczo zajmujemy się tymi, które mogłyby je podważyć. Dawniej można było kupować wyłącznie ulubioną gazetę albo słuchać jednej rozgłośni, dzisiaj podobną selekcję wykonujemy sami, a częściowo pomagają nam w tym algorytmy platform internetowych. Nie oznacza to, że każdy algorytm został stworzony po to, aby skłócać ludzi, ale treści wywołujące silne reakcje mogą przyciągać większą uwagę, a wraz z nią korzyści dla tych, którzy je rozpowszechniają. Polityczna awantura, która w dawnej karczmie kończyła się wraz z zamknięciem lokalu, może więc dzisiaj trwać przez całą dobę, bo zawsze znajdzie się ktoś gotów dorzucić do niej kolejne polano.
Najdziwniejsze, że uczestniczymy w tym często całkiem dobrowolnie. Nikt nie zmusza nas do czytania kolejnego obraźliwego komentarza ani do oglądania następnej konferencji prasowej, podczas której polityk przez kilkanaście minut tłumaczy, jak bardzo niekompetentni i nieuczciwi są jego przeciwnicy. A jednak oglądamy, czytamy, oburzamy się, po czym wysyłamy znajomym wiadomość, żeby oni również mogli się oburzyć. Stajemy się w ten sposób nie tylko odbiorcami politycznego widowiska, ale również jego bezpłatnymi kolporterami. Jako człowiek, który pamięta koszty wydawania papierowej gazety, muszę przyznać, że pod względem technicznym jest to postęp doprawdy zdumiewający, choć nie jestem pewien, czy równie wielki postęp dokonał się w naszej skłonności do zastanawiania się nad przeczytaną wiadomością.
Ten sam mechanizm potrafi działać także wtedy, gdy polityka przybiera znacznie poważniejszą postać niż zwyczajna wymiana złośliwości. Mam na myśli publiczne rozliczanie ludzi sprawujących wcześniej władzę. Nie widzę żadnego powodu, dla którego polityk miałby korzystać ze szczególnej ochrony przed odpowiedzialnością za naruszenie prawa. Przeciwnie, człowiek dysponujący władzą publiczną powinien szczególnie starannie przestrzegać obowiązujących zasad, ponieważ jego decyzje mogą wpływać na życie wielu obywateli. Jeżeli dopuścił się nadużyć, państwo powinno je rzetelnie wyjaśnić, a po udowodnieniu winy zastosować przewidziane prawem konsekwencje. Rzecz jednak w tym, że dochodzenie odpowiedzialności można prowadzić spokojnie i konsekwentnie albo zamienić w polityczny spektakl, którego najważniejszym elementem staje się widowiskowe upokorzenie przeciwnika.
W takim przypadku łatwo osiągnąć rezultat odwrotny do zamierzonego. Człowiek, wobec którego istnieją poważne zarzuty, może zacząć przedstawiać się jako ofiara prześladowania, a jego zwolennicy, zamiast zastanawiać się nad treścią oskarżeń, koncentrują uwagę na sposobie traktowania swojego przedstawiciela. Przeciwnicy natomiast zaczynają oceniać skuteczność rozliczeń według tego, jak dotkliwie udało się go poniżyć. Nie każde stanowcze działanie organów państwa jest oczywiście prześladowaniem, a osoby wpływowe nie powinny być traktowane łagodniej tylko dlatego, że ich zwolennicy mogą się oburzyć. Ale publiczne upokorzenie człowieka nie jest samo w sobie dowodem skuteczności wymiaru sprawiedliwości, podobnie jak głośne oskarżenie nie zastępuje udowodnienia winy.
I tak wracamy do naszej politycznej karczmy, w której przy jednym stole siedzą ludzie domagający się natychmiastowego i przykładnego ukarania przeciwnika, a przy drugim słychać krzyki o straszliwej niesprawiedliwości, choć nikt jeszcze nie zadał sobie trudu spokojnego zapoznania się z dokumentami. Gospodarz zaciera ręce, bo zainteresowanie lokalem rośnie, publiczność z obu stron dopinguje swoich zawodników, a sprawiedliwość, biedaczka, siedzi gdzieś z boku i zastanawia się, czy ktokolwiek pamięta, po co ją tutaj zaproszono. Można się z tego trochę podśmiewać, ale utrata wiary w bezstronność instytucji jest czymś znacznie poważniejszym niż kolejna przegrana telewizyjna dyskusja. Jeśli obywatel przestaje wierzyć, że państwo potrafi rozstrzygać spory według prawa, zaczyna podejrzewać, że wszystko zależy wyłącznie od chwilowego układu sił.
Trzeba przy tym uczciwie zapytać, skąd bierze się społeczne przyzwolenie na tak ostre polityczne rozliczenia. Nie zawsze wynika ono z pragnienia zemsty czy ślepego przywiązania do własnej partii. Czasem za domaganiem się zdecydowanych działań kryje się wieloletnie poczucie bezsilności, pamięć o niewyjaśnionych nadużyciach i przekonanie, że ludzie wpływowi potrafią uniknąć odpowiedzialności, której zwyczajny obywatel nie miałby szansy uniknąć. Takich doświadczeń nie wolno lekceważyć. Właśnie dlatego naprawianie wymiaru sprawiedliwości nie może polegać na zastępowaniu bezkarności jednych możliwością dowolnego karania drugich. Obywatel potrzebuje przekonania, że prawo działa, a nie tylko satysfakcji, że tym razem silniejsi okazali się ludzie, którym kibicuje.
Łatwo w tym wszystkim zacząć obwiniać wyborców, którzy oklaskują własnych politycznych gladiatorów, ale byłoby niesprawiedliwością przenosić na nich odpowiedzialność za działania ludzi dysponujących aparatem państwa. Obywatel może ulegać emocjom, powtarzać niesprawdzone informacje i usprawiedliwiać błędy swoich przedstawicieli, lecz nie ma takich samych możliwości działania jak minister, parlamentarzysta czy osoba kierująca instytucją publiczną. Władza oznacza nie tylko prawo podejmowania decyzji, lecz również szczególną odpowiedzialność za ich skutki. Nie zwalnia nas to z obowiązku samodzielnego myślenia, ale nie pozwala też wygodnie rozmywać winy rządzących w ogólnym narzekaniu na całe społeczeństwo.
Zresztą człowiek potrafi pokłócić się nie tylko o przyszłość państwa, lecz również o gałąź drzewa wystającą nad sąsiednim ogrodzeniem. W sporze o gałąź nie chodzi zazwyczaj o międzynarodowe sojusze ani o budżet gminy, a mimo to emocje mogą być całkiem podobne. Wystarczy przekonanie, że sąsiad przekroczył granicę, najlepiej naszą, a potem sprawy potrafią rozwijać się własnym rytmem. Filmowy Pawlak, ruszający z kosą na Kargula za „woranie się” w jego grunt na trzy palce, jest tutaj przykładem jaskrawym, ale niekoniecznie nieprawdziwym. Bo skłonność do dzielenia świata na swoich i obcych, przypisywania sobie szlachetnych intencji, a przeciwnikom najgorszych zamiarów nie narodziła się przecież wraz z powstaniem współczesnych partii politycznych. Zmieniały się narzędzia, obyczaje i sposoby porozumiewania, lecz ludzka natura nie przeszła równie szybkiej modernizacji jak telefon, który nosimy w kieszeni.
Być może dlatego od demokracji oczekujemy niekiedy rzeczy niemożliwych. Chcielibyśmy, żeby ludzie spierali się rozsądnie, przyznawali do błędów, szanowali odmienne poglądy, a po przegranych wyborach z godnością akceptowali rozstrzygnięcie obywateli. Byłoby pięknie, tylko że gdyby wszyscy posiadali podobne zalety w jednakowym stopniu, być może nie potrzebowalibyśmy tylu ustaw, sądów, organów kontrolnych i zabezpieczeń przed nadużywaniem władzy. Demokracja nie została przecież wymyślona dla społeczeństwa aniołów. Jest sposobem organizowania życia ludzi, którzy mają różne interesy, ambicje i słabości, a czasem potrafią łączyć upór, zarozumiałość i przekonanie o własnej nieomylności w jednej, całkiem zwyczajnej osobie.
Sam konflikt nie jest więc chorobą demokracji. Ludzie mają prawo inaczej oceniać rolę państwa w gospodarce, wysokość podatków, kierunki wydatków publicznych czy zmiany obyczajowe. Wizja społeczeństwa, w którym wszyscy mówią to samo, głosują tak samo i jednakowo oceniają decyzje władzy, nie budzi we mnie szczególnego zachwytu. Zajmując się niegdyś myślą polityczną Brzezińskiego, poznawałem również mechanizmy systemów totalitarnych, dlatego wiem, że publiczna jednomyślność nie musi oznaczać rzeczywistej zgody. Czasem świadczy tylko o tym, że ludzie nauczyli się milczeć. Wolę zatem demokrację, w której obywatele spierają się nawet bardzo ostro, niż państwo, w którym wszyscy zgodnie przytakują rządzącym, bo innego zachowania zwyczajnie się obawiają.
Istnieje jednak różnica między sporem o to, jak należy urządzić wspólny dom, a próbą wyrzucenia z niego wszystkich, którzy mają inne zdanie. Można przecież uważać propozycje przeciwnika za błędne, krytykować je bez pobłażania i zdecydowanie walczyć o ich odrzucenie, nie odbierając mu jednocześnie prawa do udziału w życiu publicznym. Można także wygrać wybory i przeprowadzać własne reformy, nie traktując przegranych jak intruzów, którym łaskawie pozwolono jeszcze przez jakiś czas przebywać we własnym kraju. Warunkiem jest jednak uznanie pewnych wspólnych reguł, które obowiązują niezależnie od politycznych sympatii. Właśnie dlatego przekonanie, że słuszność naszych celów usprawiedliwia dowolne sposoby ich osiągania, uważam za jedną z najbardziej niebezpiecznych pokus władzy.
Nie każdego obywatela interesuje jednak codzienne uczestniczenie w podobnych sporach. Po latach obserwowania politycznych awantur człowiek może dojść do wniosku, że najlepiej zająć się własnym ogródkiem, domem, pracą albo hobby, które przynajmniej nie wymaga oglądania kolejnych konferencji prasowych. Sam coraz częściej dostrzegam, że łatwiej poprawić krzywo przykręconą półkę niż naprostować poglądy politycznego adwersarza, a efekt pracy jest zazwyczaj trwalszy. Odsunięcie się od medialnego zgiełku nie musi jednak oznaczać rezygnacji z obywatelskiej odpowiedzialności. Można nie uczestniczyć w internetowych awanturach, a jednocześnie działać w swojej miejscowości, organizacji społecznej czy samorządzie, pilnując spraw, które rzeczywiście dotyczą ludzi.
Właśnie tutaj powraca do mnie Odojewski i jego Polska powiatowa. Pisarz widział w niej ludzi zajętych pracą i budowaniem przyszłości, mniej zainteresowanych nieustannymi rozgrywkami politycznych koterii. Nie jestem pewien, czy dawna prowincja była rzeczywiście tak odporna na polityczne podziały, jak mogło się wówczas wydawać, bo lokalnych sporów, ambicji i wzajemnych pretensji nigdy nie brakowało. Ale jedno jest pewne: przez następne trzydzieści trzy lata zmieniła się ona znacznie bardziej, niż moglibyśmy sądzić, spoglądając wyłącznie na polityczne wiadomości.
Polska, która robiła swoje
Kiedy próbuję przypomnieć sobie Polskę z 1993 roku, przed oczami stają mi nie tyle polityczne wydarzenia, ile zwyczajne obrazy codziennego życia. Ulice mniejszych miast, sklepy, warsztaty, zakłady pracy, gospodarstwa, domy, które dopiero zaczynano budować albo od lat próbowano dokończyć. Był to czas ogromnych nadziei, ale również wielkiej niepewności. Transformacja gospodarcza, o której politycy i ekonomiści rozprawiali przy użyciu najrozmaitszych wskaźników, dla zwykłego człowieka oznaczała często bardzo konkretne pytanie: czy jutro nadal będzie miał pracę i z czego utrzyma dom. Bezrobocie było wysokie, wiele przedsiębiorstw przeżywało trudności, a ludzie przyzwyczajeni do określonej stabilności zatrudnienia musieli nagle uczyć się życia w warunkach, w których niczego nie można było już uważać za zagwarantowane.
Pamiętam tamten czas zbyt dobrze, aby ulegać pokusie jego upiększania. Jedni szybko odnajdywali się w nowych warunkach, potrafiąc dzięki swoim umiejętnościom, sprytowi, a czasem zwyczajnemu szczęściu wykorzystać pojawiające się szanse. Drudzy również dostrzegali te szanse, ale w drodze „do kasy” nie cofali się przed stosowaniem paskudnych metod. Inni potrzebowali czasu, żeby jako tako ustabilizować swoje życie, a jeszcze inni ponosili koszty przemian, których nie byli sprawcami i na których przebieg mieli niewielki wpływ. Nie był to jednak wyłącznie okres kłopotów. W miejscowościach, w których zamykano stare zakłady, zaczynały pojawiać się nowe firmy, sklepy i warsztaty prowadzone przez ludzi, którzy postanowili spróbować własnych sił. Ktoś rozpoczynał handel, ktoś inny otwierał zakład usługowy, jeszcze ktoś organizował działalność, której kilka lat wcześniej nawet nie mógłby sobie wyobrazić. Nie każdemu się udało i nie każda historia skończyła się sukcesem, ale właśnie wtedy widać było, jak wielka energia zaczyna uwalniać się w społeczeństwie, które przez dziesięciolecia funkcjonowało w zupełnie innych warunkach.
Dzisiaj wystarczy przejechać się przez małopolskie wsie i miasteczka, żeby zobaczyć, jak wiele się zmieniło. Domy, których budowę prowadzono niegdyś latami, zastąpiły albo uzupełniły nowe budynki, pojawiły się drogi, chodniki, wodociągi, sieci kanalizacyjne i infrastruktura, o której dawniej można było jedynie rozmawiać podczas wiejskich zebrań, zastanawiając się, czy kiedykolwiek znajdą się na nią pieniądze. Przy domach stoją samochody, czasem po dwa lub trzy, a ich właściciele nawet nie zastanawiają się nad tym, że trzydzieści trzy lata temu podobny widok należałby w wielu miejscach do rzadkości. Nie wszędzie przemiany przebiegały jednakowo i nadal można spotkać ślady biedy, zaniedbania czy trudnych ludzkich losów. Ale równie nieuczciwe jak malowanie obrazu powszechnego dobrobytu byłoby udawanie, że przez te wszystkie lata niewiele się zmieniło.
Za nowymi domami, przedsiębiorstwami i gospodarstwami kryją się lata pracy milionów ludzi, natomiast za drogami, szkołami i sieciami wodociągowymi stoją również decyzje samorządów, instytucji publicznych i kolejnych władz. Trudno byłoby rozsądnie twierdzić, że wszystko, co dobre, powstało wyłącznie dzięki obywatelom, a wszystko, co złe, jest dziełem polityków. Tak wygodny podział pozostawmy raczej autorom wyborczych przemówień, którzy zawsze doskonale wiedzą, komu przypisać sukces, a kogo obciążyć odpowiedzialnością za porażkę. Polska ostatnich trzech dekad jest wspólnym dorobkiem wielu ludzi, choć ich zasługi nie były jednakowe, podobnie jak niejednakowe były możliwości i odpowiedzialność za podejmowane decyzje.
Po drodze dokonały się przy tym przemiany, o których w 1993 roku można było jeszcze mówić jako o celach albo nadziejach. W 1997 roku przyjęliśmy nową konstytucję, w 1999 roku Polska weszła do NATO, a w 2004 roku do Unii Europejskiej. Daty te nie zamykają oczywiście całej historii transformacji, ale wyznaczają ważne etapy budowania państwa i jego miejsca w świecie. Zmieniały się również pokolenia. Ludzie, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych dopiero wchodzili w dorosłość, dzisiaj mają dorosłe dzieci, a najmłodsi nie znają z własnego doświadczenia rzeczywistości, w której brakowało towarów, zagraniczny wyjazd był poważnym przedsięwzięciem, a o telefonie noszonym w kieszeni można było najwyżej przeczytać w czasopiśmie poświęconym technicznym nowinkom.
Warto jednak zatrzymać się przy pewnym paradoksie. Skoro nasze życie polityczne przez trzydzieści trzy lata pozostawało areną ostrych sporów, walk o wpływy i nieustannych prób przejmowania instytucji, to dlaczego Polska zdołała się tak bardzo rozwinąć? Dlaczego nie załamała się pod ciężarem politycznych konfliktów, lecz zbudowała nowoczesną gospodarkę, rozwinęła infrastrukturę i poprawiła warunki życia milionów obywateli? Nie sądzę, aby odpowiedź sprowadzała się do prostego stwierdzenia, że wszystko działo się pomimo polityków. Byłoby to równie powierzchowne jak przypisywanie całego sukcesu jednemu rządowi czy jednej partii.
Można natomiast zauważyć, że wraz z budowaniem demokratycznego państwa powstawały i umacniały się mechanizmy pozwalające ludziom działać także poza bezpośrednim rytmem wielkiej polityki. Przedsiębiorca nie musiał czekać na zgodę partyjnego sekretarza, aby rozpocząć działalność, samorząd mógł decydować o wielu sprawach własnej wspólnoty, a obywatele coraz szerzej korzystali z możliwości nauki, pracy i prowadzenia interesów. Integracja europejska otwierała nowe rynki i źródła finansowania, a reguły prawa oraz współpraca międzynarodowa tworzyły ramy, których nie można było dowolnie zmieniać po każdej kolejnej politycznej awanturze. Nie wszystko działało sprawnie, nie każda reforma była udana, a polityczne błędy potrafiły bardzo drogo kosztować, ale rozwój kraju nie był całkowicie uzależniony od codziennych nastrojów jego przywódców.
Być może właśnie tutaj znajduje się jedna z najważniejszych odpowiedzi na pytanie o trwałość polskich przemian. Siłą demokratycznego państwa jest również to, że potrafi funkcjonować i rozwijać się mimo niedoskonałości ludzi sprawujących władzę. Nie oznacza to, że jakość rządzenia pozostaje bez znaczenia, ponieważ błędne decyzje, nieskuteczne instytucje i polityczne konflikty mogą ograniczać rozwój oraz marnować możliwości. Skoro jednak Polska osiągnęła tak wiele przy wszystkich znanych nam słabościach swojego życia publicznego, warto również zastanowić się, ile więcej moglibyśmy osiągnąć, gdyby politycy mniej energii poświęcali walce o własne wpływy, a więcej tworzeniu warunków do spokojnej pracy całego społeczeństwa.
Patrząc na polską prowincję, dostrzegam jeszcze jedną zmianę, której Odojewski nie mógł przewidzieć w pełnym wymiarze. Dawniej ogólnopolskie konflikty polityczne docierały do małych miejscowości przede wszystkim za pośrednictwem radia, telewizji, gazet i rozmów, po których ludzie wracali do swoich zajęć. Dzisiaj polityczna awantura potrafi towarzyszyć człowiekowi od porannej kawy aż do chwili, kiedy wieczorem odkłada telefon na nocny stolik. A niektórzy nawet wtedy zaglądają, czy przeciwnik przypadkiem nie napisał czegoś, na co koniecznie trzeba odpowiedzieć przed zaśnięciem. Postęp techniczny jest pod tym względem doprawdy imponujący, bo kiedyś, żeby komuś nawymyślać, trzeba było przynajmniej pofatygować się do sąsiada. Dzisiaj można to zrobić, nie wstając z fotela.
Nie oznacza to jednak, że życie małych miejscowości zostało całkowicie podporządkowane internetowym awanturom. Z własnych doświadczeń samorządowych wiem, jak wiele lokalnych spraw wymaga zwyczajnej współpracy ludzi o różnych poglądach, którzy przy innych okazjach potrafią się ze sobą bardzo ostro nie zgadzać. Droga, wodociąg, szkoła czy bezpieczeństwo mieszkańców są przecież potrzebne całej wspólnocie, a nie wyłącznie sympatykom określonego ugrupowania. Podobnie strażacy ochotnicy wyjeżdżają do pożarów i wypadków, nie sprawdzając wcześniej politycznych sympatii tych, którym przychodzą z pomocą. W takich sytuacjach okazuje się, że wspólnota może być czymś znacznie więcej niż zbiorem ludzi głosujących na tę samą partię.
Właśnie ta codzienna zdolność do współdziałania wydaje mi się szczególnie cenna. Polityczna różnica zdań jest rzeczą naturalną, ale przenoszenie jej na wszystkie dziedziny życia prowadzi do czegoś znacznie bardziej niepokojącego. Jeżeli zaczynamy oceniać sąsiada przede wszystkim według tego, na kogo głosował, a dopiero później według tego, jakim jest człowiekiem, tracimy coś, czego nie zastąpi nam nawet najnowocześniejsza droga czy najpiękniej wyremontowana szkoła. Można bowiem zbudować bardzo wygodne miejsce do życia, a jednocześnie sprawić, że ludzie mieszkający obok siebie przestaną umieć ze sobą rozmawiać. Trudno byłoby uznać to za pełny sukces cywilizacyjny.
Rozumiem więc ludzi, którzy po latach obserwowania politycznych awantur postanowili ograniczyć swoje zainteresowanie bieżącymi sporami. Nie każdy ma ochotę codziennie uczestniczyć w dyskusjach, w których argumenty zastępują wzajemne oskarżenia, a próba spokojnego wyjaśnienia własnego stanowiska bywa odbierana jako dowód słabości albo ukrytej sympatii dla przeciwnika. Czasem odrobina dystansu pozwala zachować zdrowy rozsądek, zwłaszcza jeżeli człowiek ma własne zajęcia, zainteresowania i sprawy, na które rzeczywiście może wpływać. Co innego jednak odsunąć się od nieustannej awantury, a co innego całkowicie utracić zainteresowanie życiem własnej wspólnoty.
Jeżeli ludzie rozsądni i odpowiedzialni uznają, że sprawy publiczne są tak zepsute, iż nie warto się nimi zajmować, pozostawią coraz więcej miejsca tym, dla których polityczny konflikt jest nie tylko sposobem działania, ale wręcz sposobem na życie. Państwo może wówczas tracić obywateli, choć nikt nie wyjeżdża za granicę. Pozostają oni w swoich domach, pracują, płacą podatki i wychowują dzieci, ale coraz mniej wierzą, że mają jakikolwiek wpływ na to, co dzieje się poza granicami własnej posesji. Taka emigracja wewnętrzna nie wymaga paszportu, biletu ani walizki; wystarczy przekonanie, że cokolwiek człowiek zrobi, wszystko i tak zostanie rozstrzygnięte gdzieś ponad jego głową. Nie jest to jednak los nieuchronny, bo pomiędzy politycznym fanatyzmem a obojętnością istnieje ogromna przestrzeń zwyczajnego obywatelskiego działania.
Kiedy próbuję wystawić rachunek tym trzydziestu trzem latom, nie potrafię więc zamknąć go w jednej rubryce zatytułowanej „sukces” albo „porażka”. Polska przeszła drogę, której skali w 1993 roku zapewne nie umielibyśmy sobie wyobrazić, ale owoce przemian nie wszystkim przypadły w jednakowym stopniu, a wiele osób zapłaciło za nie wysoką cenę. Były dobre decyzje kolejnych władz, rozwój przedsiębiorczości, coraz sprawniejsze samorządy, możliwości wynikające z integracji europejskiej oraz ogrom pracy milionów obywateli. Były również błędy, zaniedbania, zmarnowane szanse i polityczne konflikty, których koszty ponosili ludzie niemający większego wpływu na ich przebieg. Dopiero dostrzeżenie wszystkich tych doświadczeń pozwala uczciwie mówić o tym, co rzeczywiście zbudowaliśmy.
W tym bilansie szczególne miejsce zajmuje dla mnie zwyczajny człowiek. Nie dlatego, że chciałbym wystawić społeczeństwu laurkę i ogłosić, iż wszyscy Polacy okazali się pracowici, rozsądni i przedsiębiorczy. Znamy przecież własne przywary, potrafimy zazdrościć sąsiadowi, pokłócić się o drobiazg i przez długie lata pamiętać urazę, której przyczyny nikt już dokładnie nie potrafi wyjaśnić. A jednak mimo tych słabości miliony ludzi przez trzy dziesięciolecia budowały swoje domy, rozwijały przedsiębiorstwa, zdobywały wykształcenie, organizowały lokalne wspólnoty i stopniowo zmieniały otaczający je świat. Nie zawsze spektakularnie i nie zawsze z sukcesem, ale z uporem, który trudno przecenić.
Nie chciałbym również udawać, że upływ lat automatycznie czyni człowieka mądrzejszym. Można przecież przez całe życie powtarzać te same błędy, nabierając jedynie coraz większej wprawy w ich uzasadnianiu. Czas daje jednak możliwość porównania własnych przekonań z rzeczywistością, która zdążyła już odpowiedzieć na przynajmniej część dawnych pytań. W 1993 roku interesowałem się państwem i polityką jako redaktor oraz doktorant próbujący zrozumieć mechanizmy przemian ustrojowych. Później miałem okazję obserwować funkcjonowanie państwa również od strony administracyjnej i samorządowej, gdzie wielkie hasła trzeba niekiedy przełożyć na całkiem przyziemne decyzje. Dzisiaj patrzę na te doświadczenia z większego dystansu, dostrzegając zarówno własne dawne złudzenia, jak i rzeczy, których wówczas nie doceniałem.
A co z nadzieją Odojewskiego? Mam wrażenie, że w znacznej mierze znalazła potwierdzenie w rzeczywistości. Polska powiatowa, na którą pisarz patrzył z taką życzliwością, przez trzydzieści trzy lata wykonała ogromną pracę, zmieniając swoje domy, drogi, gospodarstwa, przedsiębiorstwa i możliwości życiowe mieszkańców. Nie była to przemiana wolna od kosztów, błędów czy niesprawiedliwości, ale jej rezultat pozostaje widoczny niemal na każdym kroku. To właśnie w codziennej pracy ludzi, w ich zaradności i zdolności organizowania własnego życia odnajduję najtrwalszy fundament polskiego sukcesu.
Nie znaczy to jednak, że możemy spokojnie uznać zadanie za wykonane. Dorobek gospodarczy i cywilizacyjny wymaga ochrony, podobnie jak instytucje, które powinny zapewniać jego trwałość. Nowoczesne drogi nie zastąpią uczciwego prawa, sprawnie działające przedsiębiorstwa nie rozwiążą problemu politycznego zawłaszczania państwa, a coraz większy dobrobyt nie zagwarantuje, że potrafimy ze sobą rozmawiać pomimo różnic. Możemy być zamożniejsi niż przed trzydziestu trzema laty, a jednocześnie nieco ubożsi w zdolność wzajemnego słuchania. Być może właśnie tutaj czeka nas jeszcze wiele pracy, której nie da się wykonać ani samym wzrostem gospodarczym, ani kolejnym zwycięstwem wyborczym.
Nie wiem, jak Włodzimierz Odojewski oceniłby dzisiejszą Polskę i nie zamierzam dopisywać mu opinii, których nigdy nie wyraził. Mogę natomiast powiedzieć, że patrząc na kraj, który wyrósł z tamtej trudnej rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych, znajduję wystarczająco wiele powodów do uznania, aby nie ulegać łatwemu pesymizmowi. Polska nie stała się krajem wolnym od politycznych koterii, sporów i walki o wpływy, ale nie pozwoliła również, aby te zjawiska przesłoniły całą swoją przyszłość. Życie państwa okazało się znacznie bogatsze i trwalsze niż kolejne polityczne awantury, a zwyczajni ludzie, których pisarz dostrzegał poza politycznym zgiełkiem, wykonali pracę, której rezultaty widzimy dzisiaj wokół siebie.
Wypadałoby więc życzyć nam wszystkim, abyśmy potrafili ten dorobek zachować. Nie tylko przed zagrożeniami zewnętrznymi czy gospodarczymi trudnościami, ale również przed własną skłonnością do zamieniania każdej różnicy zdań w walkę, w której przeciwnika trzeba koniecznie pokonać, nawet gdyby przy okazji ucierpiał wspólny dom. Dom, jak wiadomo, można budować latami, a zburzyć znacznie szybciej, zwłaszcza kiedy każdy z domowników uważa, że tylko on wie, gdzie powinny stać ściany. Patrząc jednak na Polskę ostatnich trzydziestu trzech lat, wolę pamiętać nie tylko o tych, którzy nieustannie spierali się o rozmieszczenie pokoi, lecz także o ludziach, którzy przez cały ten czas cierpliwie budowali i nadal budują ten nasz wspólny dom.
Pozostaje jeszcze pytanie, którego nie sposób całkowicie oddzielić od rozważań o politycznych koteriach i naprawianiu instytucji państwa. Czym innym jest bowiem dochodzenie odpowiedzialności za rzeczywiste nadużycia, a czym innym wykorzystywanie władzy do odwetu na przeciwnikach. Różnica wydaje się oczywista, dopóki patrzymy na nią z daleka, lecz potrafi bardzo szybko się zacierać, gdy do głosu dochodzą gniew, poczucie krzywdy i przekonanie o własnej nieomylności. Warto więc kiedyś przyjrzeć się również temu, gdzie kończy się sprawiedliwe rozliczenie, a zaczyna polityczna zemsta. Ale to już temat na osobne pitolenie.
Zbigniew Grzyb
Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz