Czasem w komentarzach dotyczących krwawych wydarzeń jakie miały miejsce w Bieszczadach pojawiają się historie, których nie można w żaden logiczny sposób wytłumaczyć. Przeglądając fora czy strony miłośników eksploracji również można natknąć się na takie opowieści. Zwykle czyta się je jak ciekawostkę, jak legendę powtarzaną z ust do ust. A jednak zdarza się, że opowiadają je ludzie twardo stąpający po ziemi. Sam kiedyś miałem podobną przygodę — może kiedyś o niej napiszę.

Tymczasem historia, której świadkami było trzech dorosłych mężczyzn. Wszystko zaczęło się jeszcze na jednym z wykładów akademickich. Opowieści o działaniach wojennych z 1915 roku, które przetoczyły się przez Bieszczady, pochłonęły ich bez reszty. Z tygodnia na tydzień temat wracał w rozmowach, aż w końcu powstał plan spędzenia wakacji w tych górach. Nie miały to być jednak zwykłe wędrówki, lecz poszukiwania artefaktów z czasów Wielkiej Wojny. Całą zimę spędzili w archiwach, analizując stare mapy i zapiski dotyczące walk z 1915 roku.

Był początek lat dziewięćdziesiątych, gdy trzej przyjaciele wyruszyli w Bieszczady. Chryszczata przywitała ich piękną pogodą i ciszą. Wybrali miejsce na biwak niedaleko dawnych okopów. Byli jednak zbyt zmęczeni podróżą, by od razu ruszać na poszukiwania.
Najpierw było ognisko, kolacja i zimne piwo chłodzone w potoku.

Impreza przeciągnęła się do późnych godzin wieczornych. Śmiech niósł się po lesie, a browary smakowały jak nigdy. W końcu jednak zmęczenie i alkohol wzięły górę. Zgasili ogień i położyli się spać.

Mniej więcej godzinę później Krzysiek nagle otworzył oczy.
W ciszy lasu rozległ się wyraźny metaliczny dźwięk.

Najpierw pomyślał, że to sen. Leżał nieruchomo, nasłuchując. Po chwili znów rozległo się krótkie, czyste ding, jakby ktoś stał tuż obok namiotu. Koledzy spali jak zabici. Krzysiek wziął latarkę i wyszedł. Snop światła przeciął ciemność między drzewami. Nic. Gdy wrócił do namiotu, dźwięk już się nie powtórzył. Dopiero po kilkunastu minutach znów go usłyszał — tym razem jakby trochę dalej. Przeszukał teren. Nikogo. W końcu zmorzył go sen. Rankiem opowiedział wszystko kolegom. Ci wybuchnęli śmiechem i wskazali na spory worek pustych puszek po piwie. Po śniadaniu ruszyli w las. Znaleziska pojawiały się jedno po drugim — klamry, bagnety, łuski. Ziemia wciąż skrywała ślady dawnej wojny.

Wieczorem znów zasiedli przy ognisku, ale tym razem pili znacznie mniej. Każdy wypił po dwa piwa, żeby następnego dnia być w pełni sprawnym.

Dochodziła godzina 23:30, gdy Gienek nagle się podniósł. — Słyszycie?
W ciszy rozległ się znajomy dźwięk. Ding. Tym razem usłyszeli go wszyscy.
W jednej chwili wypadli z namiotu z latarkami. Przeszukali teren w promieniu kilkuset metrów. Nikogo. Kolejnej nocy powtórzyło się dokładnie to samo. A trzeciej było jeszcze gorzej. Dzwonek odzywał się co godzinę. Czysty metaliczny dźwięk niósł się przez nocny las. Za każdym razem wyskakiwali z namiotu i przeczesywali teren, lecz nikogo nie było. Do rana nie zmrużyli oka. Mieli dość. Byli przekonani, że ktoś robi im głupi kawał. Rankiem zaczęli się pakować. Stach poszedł jeszcze do potoku umyć naczynia. W miejscu, gdzie zawsze to robili, coś błysnęło między kamieniami. Na mokrych kamieniach leżał srebrny dzwonek na drewnianym, wyszczerbionym trzonku.
Byli tu wiele razy i nie było możliwości, żeby wcześniej go nie zauważyli. Zabrał znalezisko i pokazał kolegom.
— Pewnie jakiś żartowniś zgubił — stwierdzili.

Przenieśli się w inne miejsce i liczyli na spokojniejsze poszukiwania. Dzwonek spoczął w plecaku Krzyśka, starannie zawinięty w ręcznik. Po dniu poszukiwań znaleźli zapadniętą ziemiankę i długo analizowali, czy następnego dnia spróbują ją rozkopać.
W nocy obudził ich dźwięk dzwonka. Tym razem był tak głośny, że zerwali się wszyscy naraz.

Wyskoczyli z namiotu wściekli i przeszukali teren dokładniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nic. Pozbądźmy się tego przeklętego dzwonka — powiedział w końcu Krzysiek.
Sięgnął do plecaka.
Dzwonka tam nie było.
Wyciągnął wszystkie rzeczy i przeszukał każdy zakamarek.
Zniknął. Jakby nigdy go tam nie było.

Następnego dnia spakowali się i wrócili do domu. Mieli dość poszukiwań i tej dziwnej historii. Sprawa jednak nie dawała im spokoju. Przypadkiem trafili do starszej pani, która przechowywała kilka listów swojego dziadka — żołnierza walczącego w tamtych rejonach. Jeden z listów szczególnie przykuł ich uwagę. Opisano w nim młodego księdza, który w samym środku piekła bitwy chodził między rannymi i konającymi żołnierzami, udzielając ostatniego namaszczenia. Gdy któryś z żołnierzy odchodził, ksiądz delikatnie potrząsał małym srebrnym dzwonkiem na drewnianym trzonku, oznajmiając jego śmierć i modląc się za duszę poległego. Kilka zdań później autor wspominał , że pewnego dnia kapelan zginął rozerwany pociskiem. Z ciała odnaleziono tylko rękę która ściskała w dłoni dzwonek.

Minęły lata. Pewnej jesieni Krzysiek znów wrócił w okolice Chryszczatej. Podczas wędrówki trafił na niewielką polanę. Stał przez chwilę w milczeniu.

Las nagle zrobił się nienaturalnie cichy. I wtedy w tej ciszy rozległ się dźwięk. Najpierw jeden. Potem drugi. Ding…

Tym razem nie był to daleko.
Brzmiał tak, jakby ktoś stał tuż za nim. Powoli odwrócił głowę.Za jego plecami nie było nikogo.

I wtedy dzwonek zabrzmiał po raz trzeci. Jeszcze bliżej.
Tak blisko, że przez ułamek sekundy Krzysiek miał wrażenie… jakby ktoś stał obok… Powoli zdjął czapkę, zrobił znak krzyża i odszedł z polany, nie oglądając się za siebie.

Bo w tamtej chwili zrozumiał coś jeszcze. W tych górach wielu żołnierzy nigdy nie zostało pochowanych. A ktoś… do dziś liczy ich dusze…

Autor: Jędruś Ciupaga