Człowiek dochodzi dalej, ale nie dlatego, że ma siłę. Dochodzi dlatego, że droga nie zostawia wyboru. Każdy krok jest już tylko trwaniem, nie wysiłkiem. Nie ma w nim przyspieszenia ani nadziei na ulgę. Jest tylko to, co było od początku – i to, co zostało z człowieka po tej drodze.

I wtedy zatrzymują go. Nie po to, żeby odpoczął. Nie po to, żeby dać mu chwilę. Po to, żeby odebrać.

Zaczynają zdejmować z niego to, co jeszcze do niego należało. Szatę – ostatnią warstwę, która oddziela człowieka od świata. Ostatnią rzecz, która mówi: „to jest ktoś”, a nie tylko ciało pod ciężarem. Nie robią tego w gniewie ani w nienawiści. Robią to spokojnie, rzeczowo, jakby to była zwykła czynność. Jakby zdejmowali z niego coś, co i tak nie ma już znaczenia.

A przecież właśnie ma.

Bo nie chodzi tylko o materiał. Nie chodzi o odzienie. Chodzi o wszystko, co człowiek nosi na sobie przez całe życie – swoją godność, swoje poczucie bycia kimś, swoją historię, swoje „ja”, które jeszcze chwilę temu było jego własne. I nagle to wszystko przestaje mieć ochronę.

Człowiek zostaje odsłonięty. Nie tylko przed innymi. Przed wszystkim. Przed spojrzeniem, które nie zna wstydu. Przed światem, który nie pyta, czy wolno.

A wokół nie ma już twarzy. Są tylko zarysy obecności – postacie jakby wyrwane z kamienia, gesty zatrzymane w pół ruchu, sylwetki, które nie są ludźmi, ale samym działaniem. Jedna ręka unosi się, jakby miała coś odebrać. Druga ciągnie, jakby powtarzała czynność, która trwa od dawna. Nie wiadomo, czy to są ci, którzy rozbierają, czy tylko echo tego, co się dzieje. Jakby rzeźba chciała powiedzieć, że w tym momencie człowiek nie mierzy się z ludźmi, ale z samym faktem ogołocenia.

Za nim stoją dwie wielkie, poszarpane płyty – jak rozdarte niebo, jak otwarte rany świata. Nie chronią. Nie zasłaniają. Są jak świadectwo, że to, co się dzieje, jest większe niż gesty tych, którzy zdejmują szatę. Jakby cała przestrzeń wokół mówiła: „to jest moment, w którym nic nie zostaje ukryte”.

I to jest ból inny niż wszystkie wcześniejsze. Nie boli ciało – choć jest poranione. Nie boli ciężar – choć nadal jest obecny. Boli to, że człowiek nie ma się już za czym ukryć. Nie ma nic, co by powiedziało: „to jeszcze moje”. Nie ma nic, co by oddzielało go od tego, co przychodzi z zewnątrz. Zostaje tylko on – taki, jaki jest.

I w tym obnażeniu nie ma już żadnej iluzji. Nie ma roli, nie ma pozoru, nie ma niczego, co można by zachować dla siebie. Wszystko, co było zewnętrzne, zostaje zabrane. A to, co wewnętrzne, zostaje wystawione na widok.

I właśnie tutaj okazuje się coś, co wcześniej było ukryte. Że można odebrać człowiekowi wszystko, co ma. Ale nie można odebrać mu tego, kim jest. Bo to nie jest w szacie. Nie jest w tym, co zewnętrzne. Nie jest w tym, co można zdjąć. Jest głębiej.

I dlatego człowiek stoi – choć już prawie nic nie ma. Stoi nie dlatego, że coś zostało mu zostawione. Stoi dlatego, że nie wszystko da się zabrać.

Bo Stacja IX była o tym, że człowiek podnosi się, choć nie ma już siły. A Stacja X jest o tym, że człowiek zostaje ogołocony – a jednak nie przestaje być sobą.

Zbigniew Grzyb