Od połowy lipca na Zachodnim Wybrzeżu duje i leje bez przerwy. Po dziwnowskich bulwarach hula wiatr, a przemoczeni kuracjusze siedzą w pokojach, które opuszczają jedynie w porze obiadowej, żeby zjeść hot-doga w Żabce i uzupełnić zapasy piwa. Chyba lepszą pogodę i większy ruch w interesie, miałbym, gdybym otworzył stragan na Spitsbergenie.
Całymi godzinami lornetuje okolice, wypatrując klientów, niczym Kolumb lądu, ale zamiast Ameryki, znajduje jeno dziury w kieszeniach. Więc siedzę smętny, liczę straty i z nudów, oddaje się wspomnieniom.
14-ty lipca, czyli rocznica Zburzenia Bastylii przypomniała mi pierwsze spotkanie z Francją.
W 1976 roku w Suresnes, dokąd trafiłem, mieszkała jeszcze stara Polonia, chociaż młodzi uciekali już z dzielnicy, nie chcąc mieć za sąsiadów „alżerianów”, jak moja babcia nazywała wszystkich Arabów, którzy stopniowo przejmowali podparyskie banlieu w posiadanie.
Ale zacznę po kolei.
W połowie lipca 76 szóstego roku wypuścili mnie z ciupy, ze studiów wyleciałem wcześniej, więc rodzina uznała, ze źle rokuje i trzeba mnie wysłać za granice. Babcia miała znajomości we Francji jeszcze z czasów przedwojennej emigracji, więc wystarała się dla mnie o zaproszenie. A ojciec, który pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Polimex załatwił mi staż w fabryce maszyn mięsnych Manhuran w Vichy.
Przez pierwszy miesiąc zwiedzałem Paryż, zaliczając co się dało za darmo, bo oszczędzałem każdego franka. Stara Kaszubina u której mieszkałem, robiła mi kaskruta z bagietki i wyprawiała na cały dzień do miasta. Do południa włóczyłem się po bulwarach, a resztę czasu spędzałem w Bibliotece Polskiej na Quai d’Orleans, czytając lektury niedostępne w PRL-u. Każdy czwartek spędzałem w Luwrze, bo w tym dniu wstęp do muzeum był bezpłatny, a w soboty wyprawiałem się na dłuższe wycieczki. Jeździłem do Wersalu, Sevres, Maison Laffite. W tym ostatnim, ku mojemu rozczarowaniu nie zostałem przyjęty przez Księcia, ani nawet przez panią Zofię, tylko przez jakąś anonimową osóbkę z sekretariatu. Osóbka raczyła wziąć zeszyt z moimi wierszami, który przemyciłem, jak mi się zdawało z narażeniem życia przez granicę. Po jakimś czasie dostałem z Lafittu list zawiadamiający, że Kultura nie opublikuje moich wierszy, inspirowanych Wydarzeniami Czerwcowymi, ale redakcja skłonna jest przyjąć relację na ten sam temat, spisaną prozą.
– Niedoczekanie wasze – pomyślałem. – Skoro nie potraficie docenić geniuszu poety, to mam was w nosie i żadnych reportaży posyłać nie będę.
Urażony w poetyckiej dumie, porzuciłem Paryż i wyjechałem do dawnej stolicy marszałka Petein. Vichy po sezonie, to była senna dziura zapełniona emerytami, którzy ściągali do słynnych wód. Nudziłem się tam okropnie, bo słabo znałem język Moliera, a w Manhuran marnie płacili. Prawie całą kasę puszczałem na piwo i bilard w miejscowych bistrach. Resztę forsy odkładałem na prezent dla byłej koleżanki z liceum, w której się wtedy kochałem. Przed wyjazdem do Francji dziewczyna zrobiła mi pewne nadzieje, więc po powrocie chciałem się odwdzięczyć, jakimś paryskim ciuszkiem.
A było tak. Jeszcze przed wyjazdem spotkałem koleżankę w kwiaciarni mojej mamy, gdzie zatrudniłem się, żeby zarobić na pierwsze kroki we Francji.

Handel kwiatami w peerelu to był złoty interes. Ludzie kupowali kwiaty na Dzień Kobiet i na Dzień Nauczyciela, na śluby, pogrzeby, na każdą okazję i bez okazji. W dniach popularnych imienin kolejki pod kwiaciarnią ustawiały się już od rana. Mniej zamożni klienci obywali się gozdzikami, ci zamożniejsi, lub zdesperowani sadzili się na kosztowne bukiety z gerberów albo frezji.
Szczyt kwiatowego szaleństwa przypadał na Wszystkich Świętych. Tak się złożyło, że tamtego roku, mama musiała wyjechać z Warszawy, zostawiając mnie w kwiaciarni samego. Pierwszego listopada cały teren przed kwiaciarnią zaścielał dywan utkany z chryzantemowych donic. W środku sklepu w wielkich glinianych dzbanach kipiały pęki liliowo-fioletowych astrów, nadobnych gladiolusów i cmentarnych lilii. Zaś na podłodze piętrzyły się stosy świerkowych gałęzi, przeznaczonych do robienia cmentarnych wiązanek.
Miotałem się za ladą, próbując obsłużyć tłum klientów, ale była to walka z wiatrakami. Wtedy pojawiła się Ona. Koleżanka szła odwiedzić groby na pobliskim cmentarzu i wstąpiła do naszej kwiaciarni po zakupy. Obsłużyłem dziewczynę poza kolejnością i zapytałem, czy nie zechciałaby mi pomóc?
– Bardzo chętnie, tylko zapalę światło na grobie i zaraz wrócę – odpowiedziała i jak obiecała, tak zrobiła.
Do wieczora pomagała mi w pracy, a po zamknięciu sklepu nasze uczucia wybuchły, jak pęk złotych chryzantemów i rozkwitały na świerkowych gałęziach, pośród cmentarnych wieńców, w odurzającym zapachu kalii, aż do północy.
Napisałbym więcej, ale muszę kończyć, bo na horyzoncie pojawili się klienci. Może kupią gęś!?
Ale gdzie tam! Nie chcieli gęsi, ani kaczki. Szukali pamiątkowych kubków w barwach LGBT. Wysłałem ich na Spitsbergen.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz