Wiele, wiele razy odwiedzałem Nepal. Przyjeżdżałem do klasztoru mojego lamy dość regularnie począwszy od 1997 roku. Za pierwszym razem zostałem tam przez niemal 3 miesiące. Poza krótkimi odosobnieniami medytacyjnymi pod okiem lamy, poza uczestnictwem w Tańcach Lamów podczas obchodów Tybetańskiego Nowego Roku, zwiedzałem to (wtedy jeszcze) Królestwo i podróżowałem po okolicach doliny Kathmandu.

Pewnego razu zapragnąłem udać się nieco dalej, do Pokhary, skąd można było wyruszyć na treking w kierunku Annapurny i Maćhapućhare. Bardzo chciałem doświadczyć Himalajów, zobaczyć o wschodzie słońca słynne szczyty ośmiotysięczników, poczuć choć odrobinę ten klimat, który znałem z książek, z albumów, z filmów.
Miałem wtedy 28 lat i regularnie korzystałem z porad duchowych mojego lamy oraz jego umiejętności jasnowidzenia. Przed wyruszeniem na himalajską eskapadę zapytałem czy mam lecieć samolotem nepalskich linii lotniczych czy jechać autobusem.

Lama bez wahania wskazał na autobus, co mi jednak wydawało się dość uciążliwe, ale przekonało mnie, że widoki po drodze mogą być bezcenne – i tak było. Wyobraźcie sobie, że dwa dni później rozbił się samolot w drodze do Pokhary nad jakąś przełęczą…

Samoloty w Nepalu spadają bardzo często, za często. Z jednej strony trudne warunki do nawigacji, do lądowania, zmienność pogody, z drugiej – opłakany stan maszyn. W samolocie nepalskim jest jak w kasynie obstawionym przez mafiosów, albo wygrasz albo stracisz życie… albo odwrotnie.

A moja podróż autobusem tak czy inaczej dostarczała niebywałych emocji na zakrętach nad przepaściami, gdzie jeszcze trzeba było bezpiecznie minąć się z trakiem z naprzeciwka. Pamiętam, że miałem discmana, słuchałem Adiemus i patrzyłem na coraz to bardziej rosnące szczyty. Wyobrażam sobie, że taki rodzaj ekscytacji mógłby mnie jeszcze spotkać w naprawdę bliskim kontakcie z wielorybami (o czym marzę).

Odkąd zobaczyłem Himalaje i wszedłem z plecakiem na wysokość 2300 m, do wioski Sarankot, skąd miałem platformę widokową na Manaslu, Annapurnę i słynny Maćhapućhare (Rybi Ogon), przestało mnie nurtować pytanie dlaczego niektórzy ludzie poświęcają całe swoje życie górom i wspinaniu się. Wyobrażam sobie, że kiedy jest się tam, niemal w niebie, w tej ciszy niczym i nikim niezmąconej, doświadcza się czegoś, co czasami zdarza się podczas medytacji – stanu wszechogarniającej świetlistości umysłu, który NIGDY nie umiera, w którym zawiera się WSZYSTKO.

W Pokarze, w barze prowadzonym przez Amsterdamczyka spotkałem Szerpę (tragarza i przewodnika), który asystował Wandzie Rutkiewicz. Wypiliśmy mnóstwo whiskey. Słuchałem tych jego opowieści o Wandzie. To było naprawdę coś móc mieć kontakt z człowiekiem, który się z nią kolegował, który kilka razy wyciągał ją z opałów. Może koloryzował, może nie, ale opowiadał wybornie.

Dobrze w taki styczniowy poranek, siedząc w ciepłym i bezpiecznym domu, w kraju, który nie jest bombardowany i jest chroniony przez międzynarodowe traktaty, przy kawie, wspominać sobie z wdzięcznością…

Dobrego dnia!

Autor: Artur Cieślar